20.01.2023, 03:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.01.2023, 04:07 przez William Lestrange.)
Oczywiście, że był to żart. William nie miał absolutnie żadnego powodu, aby planować zamach na fergusowy żywot i nie spodziewał się, że ta kwestia się w przyszłości zmieni. Zauważając, że sens wypowiedzi dotarł do drugiego Krukona obdarzył to przelotnym uśmiechem, na tyle, na ile miał możliwośc w tym całym chaosie, przepychance i powoli tonącym w krzykach i zaklęciach świecie dookoła nich.
- Dzięki - bąknął, gdy Ollivander wycelował łokciem w osobę z transparentem. Zaraz też zaczał szukać drogi dalszej ucieczki, chociaż tych było niewiele, a nawet jeżeli w tlumie pojawił się przebłysk, to zaraz zapełniał się kolejną osobą lub nawet paroma, które pchały się w przeciwną stronę, szarpały z kimś obok siebie lub celowało różdżką w coś, czego Lestrange nie mogł już zauważyć, bo było poza zasiegiem jego wzroku.
- No co ty nie powiesz - mruknął tylko, na kolejne zdanie, jakie wypowiedział w jego stronę znajomy towarzysz z przypadku, ale zaraz się zreflektował, bo nie było to ani miejsce, ani czas na tego typu sarkastyczne teksty. Skarcił się w myślach, nigdy nie był najlepszy z wyczuwaniem atmosfery, nawet gdy ta uciskała go z każdej strony plecami, rękoma, butami, nogami i głowami innych, probujących zgnieść go ludzi.
Zaraz zaczął podążać za Fergusem w stronę wspomnianego przez niego sklepu, próbował dotrzymać mu tempa i w miarę się nie rozdzielać, ale czasami było to niemożliwe, bo chaosu, okrzyków i padajacych ludzi było coraz więcej. W pewnym momencie musiał uważać jak stąpa, aby nie zadeptać tych już leżących na bruku. Nawet instynkt uzdrowiciela nie zmusiłby go teraz do pomocy im, bo też pierwszą zasadą jakiejkolwiek pracy było upewnienie się, że otoczenie jest na tyle bezpieczne, że można ją wykonać. Niestety, protest (a nawet dwa, bo był też ten 'anty') zagrażał zdrowiu, a nawet i życiu wszystkim, którzy teraz znajdowali się na ulicy Pokątnej.
Rozproszyła go grupa chłopców wpierw grająca na bębnach, a potem odpalająca też szmaty zawinięte na złamanych kijach - prawdopodobnie po transparentach, które teraz wszyscy deptali wraz z ciałami tych, którzy już stracili przytomność. Łuna płomieni padła na twarz Lestrange'a, a ten nie mógł przez chwilę się ruszyć, oderwać od pochodni wzroku, jakby zahipnotyzowany, pożerany przez myśli o tym, jak niebezpiecznie się tu zrobiło tylko w przeciągu paru minut. Zaraz ktoś się na niego przewrócił, przerażająco krzycząc, coś mocno uderzyło go w plecy, znowu. William podparł się o ścianę, aby nie stracić równowagi, serce zaczęło mu szybciej bić, spojrzał w przód, wciąż widział plecy Ollivandera, który parł do przodu, nie był daleko i wydawał się rozglądać, wymówił też jego imię. Zaczęło szumieć mu w uszach, nawet nie był pewien kiedy dokładnie wyciągnął różdżkę ani jakie zaklęcie wymamrotał pod nosem, był oszołomiony, ale szedł za instynktem. Zakładał, że czar nie zadziałał tak, jak powinien, bo poza tym, że niektórych ludzi po prostu od niego odrzuciło, on sam prawie wpadł na Fergusa, pchając go na drzwi, przez co wlecieli do sklepu lądując na podłodze.
Uderzył ciałem i też głową o deski, więc zrobiło mu się czarno przed oczyma, nie był pewien czy wciąż miał swoją różdżkę, czuł, że jest cały posiniaczony, a okrzyki ludzi z ulicy dobiegały do niego jakby zza ściany. Otworzył oczy, kręciło mu się w głowie, ale poderwał się, opierając na łokciu, szukając swojego towarzysza.
- Fergus? Fergus, wszystko w porządku? - prawie, ze krzyknął, spanikowany, bo wciąż nie wiedział co dokładnie się wokół nich dzieje.
- Dzięki - bąknął, gdy Ollivander wycelował łokciem w osobę z transparentem. Zaraz też zaczał szukać drogi dalszej ucieczki, chociaż tych było niewiele, a nawet jeżeli w tlumie pojawił się przebłysk, to zaraz zapełniał się kolejną osobą lub nawet paroma, które pchały się w przeciwną stronę, szarpały z kimś obok siebie lub celowało różdżką w coś, czego Lestrange nie mogł już zauważyć, bo było poza zasiegiem jego wzroku.
- No co ty nie powiesz - mruknął tylko, na kolejne zdanie, jakie wypowiedział w jego stronę znajomy towarzysz z przypadku, ale zaraz się zreflektował, bo nie było to ani miejsce, ani czas na tego typu sarkastyczne teksty. Skarcił się w myślach, nigdy nie był najlepszy z wyczuwaniem atmosfery, nawet gdy ta uciskała go z każdej strony plecami, rękoma, butami, nogami i głowami innych, probujących zgnieść go ludzi.
Zaraz zaczął podążać za Fergusem w stronę wspomnianego przez niego sklepu, próbował dotrzymać mu tempa i w miarę się nie rozdzielać, ale czasami było to niemożliwe, bo chaosu, okrzyków i padajacych ludzi było coraz więcej. W pewnym momencie musiał uważać jak stąpa, aby nie zadeptać tych już leżących na bruku. Nawet instynkt uzdrowiciela nie zmusiłby go teraz do pomocy im, bo też pierwszą zasadą jakiejkolwiek pracy było upewnienie się, że otoczenie jest na tyle bezpieczne, że można ją wykonać. Niestety, protest (a nawet dwa, bo był też ten 'anty') zagrażał zdrowiu, a nawet i życiu wszystkim, którzy teraz znajdowali się na ulicy Pokątnej.
Rozproszyła go grupa chłopców wpierw grająca na bębnach, a potem odpalająca też szmaty zawinięte na złamanych kijach - prawdopodobnie po transparentach, które teraz wszyscy deptali wraz z ciałami tych, którzy już stracili przytomność. Łuna płomieni padła na twarz Lestrange'a, a ten nie mógł przez chwilę się ruszyć, oderwać od pochodni wzroku, jakby zahipnotyzowany, pożerany przez myśli o tym, jak niebezpiecznie się tu zrobiło tylko w przeciągu paru minut. Zaraz ktoś się na niego przewrócił, przerażająco krzycząc, coś mocno uderzyło go w plecy, znowu. William podparł się o ścianę, aby nie stracić równowagi, serce zaczęło mu szybciej bić, spojrzał w przód, wciąż widział plecy Ollivandera, który parł do przodu, nie był daleko i wydawał się rozglądać, wymówił też jego imię. Zaczęło szumieć mu w uszach, nawet nie był pewien kiedy dokładnie wyciągnął różdżkę ani jakie zaklęcie wymamrotał pod nosem, był oszołomiony, ale szedł za instynktem. Zakładał, że czar nie zadziałał tak, jak powinien, bo poza tym, że niektórych ludzi po prostu od niego odrzuciło, on sam prawie wpadł na Fergusa, pchając go na drzwi, przez co wlecieli do sklepu lądując na podłodze.
Uderzył ciałem i też głową o deski, więc zrobiło mu się czarno przed oczyma, nie był pewien czy wciąż miał swoją różdżkę, czuł, że jest cały posiniaczony, a okrzyki ludzi z ulicy dobiegały do niego jakby zza ściany. Otworzył oczy, kręciło mu się w głowie, ale poderwał się, opierając na łokciu, szukając swojego towarzysza.
- Fergus? Fergus, wszystko w porządku? - prawie, ze krzyknął, spanikowany, bo wciąż nie wiedział co dokładnie się wokół nich dzieje.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated