21.10.2024, 23:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2024, 23:35 przez Brenna Longbottom.)
Na moment przesunęła dłoń na jego ramię, odwzajemniając pocałunek, ani myśląc przed tym uciekać, chociaż odsunęła się zaraz, bo nawet jeśli oddalili się trochę od lamp, to wciąż byli odrobinę za blisko tłumu ludzi, a zabawa była trochę zbyt elegancka, aby nie było głupio tutaj stać i się dłużej całować.
Poza tym istniała realna szansa, że jeżeli wypatrzyłby ich jej brat, to umarłby tu i teraz na zawał.
– Obawiam się, że król Artur chyba nie jest w moim typie – stwierdziła, nawet jeżeli – gdyby już ktoś o to spytał i zaczęłaby się nad tym zastanawiać jeszcze niedawno – to pomyślałaby, że owszem, w jej typie powinien być ktoś miły, prawy, odważny i dobry, dokładnie jak Artur. Nigdy nie zachwycała się tymi popularnymi chłopcami, którzy w Hogwarcie przyciągali tyle spojrzeń. Takiego Anthony’ego klepała po głowie i podsuwała mu smakołyki, z Vincentem pakowała się w kłopoty, a istnienie innych ledwo zauważała, obserwując otaczające ich kółeczko adoracji co najwyżej z zaintrygowaniem badacza, analizującego niecodzienne zjawisko.
Czasem świat po prostu wywijał koziołka i stawał na głowie.
– Jeżeli postanowiłby urządzić krwawą jatkę, to by mi wybaczyli – rzuciła, chociaż tak naprawdę nie podejrzewała hrabiego o taki występ. – Nie podoba mi się, że rozmawiał na bogu z młodym Polterem. Dopiero przyjechał do Anglii, skąd w ogóle go zna? – mruknęła, osuszając ubranie i buty na tyle, na ile się dało ciepłym powiewem powietrza, znów jakoś automatycznie wracając do pewnej czujności i spoglądając w stronę namiotu. – Myślę, że panna Selwyn nie pozwoli, aby drugi raz poniosły ją emocje. Pewnie spali tę kieckę w rytualny sposób w jakimś lesie, jak nikt nie będzie jej widział, może w towarzystwie trzech Parkinsonówiec. Wczuły się w szekspirowską atmosferę, prawda? Jeszcze brakuje, żeby przywitały Fortynbrasa jako tana… czy ministra magii, który kiedyś powróci. Wracamy? – spytała, wskazując na teren bankietu, gdy przestała aż tak ociekać wodą. A później skierowali się z powrotem ku terenowi imprezy...
Poza tym istniała realna szansa, że jeżeli wypatrzyłby ich jej brat, to umarłby tu i teraz na zawał.
– Obawiam się, że król Artur chyba nie jest w moim typie – stwierdziła, nawet jeżeli – gdyby już ktoś o to spytał i zaczęłaby się nad tym zastanawiać jeszcze niedawno – to pomyślałaby, że owszem, w jej typie powinien być ktoś miły, prawy, odważny i dobry, dokładnie jak Artur. Nigdy nie zachwycała się tymi popularnymi chłopcami, którzy w Hogwarcie przyciągali tyle spojrzeń. Takiego Anthony’ego klepała po głowie i podsuwała mu smakołyki, z Vincentem pakowała się w kłopoty, a istnienie innych ledwo zauważała, obserwując otaczające ich kółeczko adoracji co najwyżej z zaintrygowaniem badacza, analizującego niecodzienne zjawisko.
Czasem świat po prostu wywijał koziołka i stawał na głowie.
– Jeżeli postanowiłby urządzić krwawą jatkę, to by mi wybaczyli – rzuciła, chociaż tak naprawdę nie podejrzewała hrabiego o taki występ. – Nie podoba mi się, że rozmawiał na bogu z młodym Polterem. Dopiero przyjechał do Anglii, skąd w ogóle go zna? – mruknęła, osuszając ubranie i buty na tyle, na ile się dało ciepłym powiewem powietrza, znów jakoś automatycznie wracając do pewnej czujności i spoglądając w stronę namiotu. – Myślę, że panna Selwyn nie pozwoli, aby drugi raz poniosły ją emocje. Pewnie spali tę kieckę w rytualny sposób w jakimś lesie, jak nikt nie będzie jej widział, może w towarzystwie trzech Parkinsonówiec. Wczuły się w szekspirowską atmosferę, prawda? Jeszcze brakuje, żeby przywitały Fortynbrasa jako tana… czy ministra magii, który kiedyś powróci. Wracamy? – spytała, wskazując na teren bankietu, gdy przestała aż tak ociekać wodą. A później skierowali się z powrotem ku terenowi imprezy...
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.