22.10.2024, 17:45 ✶
W pierwszej chwili nie zrozumiał, że cokolwiek, ktokolwiek mówi do niego. Nie chodziło o to, że ktoś musiał mówić. Drzewa płakały. Czuł to pod skórą, czuł cierpienie, czuł przerażającą, przytłaczającą i jakże prawdziwą pieśń tęsknoty. Tak bardzo tęsknił, bardziej nawet za Knieją niż za matką czy ojcem, których stracił przecież tak dawno temu.
Zamrugał i obrócił się w kierunku Rose, dumnego drzewa na którym osiadł jak grzyb, mając tylko cichą nadzieję, że nie jest pasożytem, a symbiontem. Jej dotyk nie palił. Nie czuł zdrady w bliskości, która była bardziej naturalna niż oddychanie. Jakby zdradą było przyłożenie czoła do twardej kory drzewa pod którym pochował jednego z rodziców.
– Oczywiście, że idziemy dalej. Ja... nic nie słyszę na razie. Boje się, jeśli.. jeśli widma zaatakują odwrócę ich uwagę, a Wy uciekajcie. – zasugerował. Czuł, czuł całym sobą że Roselyn grozi niebezpieczeństwo i nie mógł, och zaprawdę nie mógł być w innym miejscu. Nie mógł bo choć jego zieleń, ataki obrastające przestrzeń bluszczem, rośliny wrastające w jego skórę i trujące płuca, choć to nie było darem od lasu, to zaiste ona nim była.
– Może... może założę futro? Jeśli coś będzie się zbliżać, to wyczuję to nosem szybciej, niż wy. Będę mógł Was ostrzec. Instynkt ludzki zawodzi – zaproponował właściwie po to, żeby ostrzec, że w sumie i tak ma zamiar to zrobić. Jego łapa właściwie już była niedźwiedzia. Barki rozrosły się płynnie, ubranie zostało zastąpione gęstym brunatnym futrem, a on z ponad trzech metrów przeszedł do pozycji czterołapnej, ledwie metr sześćdziesiąt w kłębie. Wilgotny chłodny nos miźnął Roselyn po uchu, ciepły oddech miał dodać jej otuchy. A potem niedźwiedź nastroszył uszy, i zaciągnął się głęboko leśnym strachem w poszukiwaniu kierunku i zagrożenia.
Zamrugał i obrócił się w kierunku Rose, dumnego drzewa na którym osiadł jak grzyb, mając tylko cichą nadzieję, że nie jest pasożytem, a symbiontem. Jej dotyk nie palił. Nie czuł zdrady w bliskości, która była bardziej naturalna niż oddychanie. Jakby zdradą było przyłożenie czoła do twardej kory drzewa pod którym pochował jednego z rodziców.
– Oczywiście, że idziemy dalej. Ja... nic nie słyszę na razie. Boje się, jeśli.. jeśli widma zaatakują odwrócę ich uwagę, a Wy uciekajcie. – zasugerował. Czuł, czuł całym sobą że Roselyn grozi niebezpieczeństwo i nie mógł, och zaprawdę nie mógł być w innym miejscu. Nie mógł bo choć jego zieleń, ataki obrastające przestrzeń bluszczem, rośliny wrastające w jego skórę i trujące płuca, choć to nie było darem od lasu, to zaiste ona nim była.
– Może... może założę futro? Jeśli coś będzie się zbliżać, to wyczuję to nosem szybciej, niż wy. Będę mógł Was ostrzec. Instynkt ludzki zawodzi – zaproponował właściwie po to, żeby ostrzec, że w sumie i tak ma zamiar to zrobić. Jego łapa właściwie już była niedźwiedzia. Barki rozrosły się płynnie, ubranie zostało zastąpione gęstym brunatnym futrem, a on z ponad trzech metrów przeszedł do pozycji czterołapnej, ledwie metr sześćdziesiąt w kłębie. Wilgotny chłodny nos miźnął Roselyn po uchu, ciepły oddech miał dodać jej otuchy. A potem niedźwiedź nastroszył uszy, i zaciągnął się głęboko leśnym strachem w poszukiwaniu kierunku i zagrożenia.