22.10.2024, 18:31 ✶
– To już Wizengamot. Ja mam ich złapać, wrąbać do aresztu, zadbać, żeby po drodze nie naruszyć procedur, przez które mogliby ich wypuścić i napisać raport. Temu będzie się ciężej wykręcić.
Czy drwale – złodzieje drzew mieli szansę się wywinąć? Brenna podejrzewała, że wycinanie drzew z Kniei nie będzie mile widziane, i że okradanie Greengrassów, którzy byli rodem przecież znanym i dość w pewnych kręgach wpływowym, nie będzie mile widziane tym bardziej. Ale dobry prawnik umiał czynić cuda, a tutaj… no wchodziła biurokracja. Chociaż stawianie oporu przy aresztowaniu i prawdopodobnie nielegalna animagia nie działały na korzyść grupy rudych złodziejaszków/diabłów z kosmosu/Weasleyów/Irlandczyków (niepotrzebne skreślić).
Uśmiechnęła się tylko lekko na jego komentarz, ani myśląc odpowiadać, bo pomyślała, że sama to też waliłaby w plecy bez zastanowienia. Nie bez powodu nie należała do Srebrnych Różdżek, które prowadził jej dziadek, i członkostwo w których uważano go za zaszczyt. Nie bez powodu nigdy nie nauczyła się więzić przeciwnika w magicznym kręgu, a zamiast tego studiowała z matką sztukę zmienienia twarzy.
Na ulicy – albo w lesie, sytuacji w takiej jak ta – nie było dla niej miejsca na honorową walkę. Zwłaszcza gdy wrogowie mieli przewagę liczebną. A tu… cóż. Nie miała więcej kajdanek, bo miała przyjąć zgłoszenie, nie spodziewała, że ci będą na tyle głupi, by tkwić w pobliżu miejsca zbrodni… i głupoty i geniuszu po przestępcach to dopiero uczyła się spodziewać. Teraz to już, odnawiając zaklęcie na klatce, a potem jeszcze raz na trzecim z mężczyzn, była pewna, że musi skombinować sobie skądś trzecią parę, nawet jak wydawali standardowo dwie.
Zgarnęła dwie różdżki. Trzeciej nie mogła, bo animag pewnie miał ją w kieszeni, w tej chwili nieistniejącej. Trzy razy wypowiedziała standardową formułkę, głośno i wyraźnie, tak żeby drwal nie mógł twierdzić, że jako szczur to on zupełnie nie słyszał, co takiego mówiła. Musiała wyglądać wyjątkowo głupio, kiedy tak klęczała i monotonnym głosem recytowała zwierzęciu wszystkie niezbędne informacje.
– Hm? – spytała, unosząc głowę i spoglądając najpierw na Ambroise’a, a później na przelewitowanego przez niego drwala, wciąż nieprzytomnego pod wpływem drętwoty. Idealnie, się nie będzie szarpał przy transporcie, a aresztowania można dokonać w bardziej sprzyjających warunkach! – Nie, nie, wszystko absolutnie wspaniale – zapewniła, bardzo szybko, trochę w odruchu bezwarunkowym, który wykształciła w sobie, gdy Cedric i Dani trafili do Akademii Munga i przy każdej okazji, gdy Brenna rozbiła sobie głowę, kolano, nos albo oberwała jakimś paskudnym zaklęciem patrzyli na nią w ten specyficzny, pełen wyrzutu sposób, jakby robiła im osobiście krzywdę. To nie tak, że nie lubiła uzdrowicieli, ani że ich nie doceniała, ale nie lubiła jak tak na nią patrzyli. Albo podejrzliwie, jakby podejrzewali, że coś jest nie tak, a ona nie chce się do tego przyznać. Ambroise nie miał żadnych powodów, żeby zachowywać się w ten sposób, ale pewne odruchy już się zaczęły w Brennie zakorzeniać i nawet nie zdążyła przed udzieleniem odpowiedzi pomyśleć, że tutaj sytuacja była przecież zupełnie inna. – Ale jak możesz zerknąć, czy oni nadają się do transportu… musimy lecieć z nimi do Ministerstwa.
Ambroise musiał w końcu złożyć zeznania, bo to już nie był raport o kradzieży, a całkiem spora nawalanka, tutaj trzeba było szybko ściągnąć ekipę, by zajrzała do tego namiotu i zabezpieczyła dowody, w dodatku Brenna zwyczajnie nie była w stanie przetransportować się na raz z czterema podejrzanymi do ministerialnego atrium. A miała takie nieładne przeczucie, że nawet jak zostawi tu kogoś skutego i nieprzytomnego, to ten jakimś cudem wyparuje, bo okaże się na przykład, że w namiocie był piąty drwal albo coś takiego.
Czy drwale – złodzieje drzew mieli szansę się wywinąć? Brenna podejrzewała, że wycinanie drzew z Kniei nie będzie mile widziane, i że okradanie Greengrassów, którzy byli rodem przecież znanym i dość w pewnych kręgach wpływowym, nie będzie mile widziane tym bardziej. Ale dobry prawnik umiał czynić cuda, a tutaj… no wchodziła biurokracja. Chociaż stawianie oporu przy aresztowaniu i prawdopodobnie nielegalna animagia nie działały na korzyść grupy rudych złodziejaszków/diabłów z kosmosu/Weasleyów/Irlandczyków (niepotrzebne skreślić).
Uśmiechnęła się tylko lekko na jego komentarz, ani myśląc odpowiadać, bo pomyślała, że sama to też waliłaby w plecy bez zastanowienia. Nie bez powodu nie należała do Srebrnych Różdżek, które prowadził jej dziadek, i członkostwo w których uważano go za zaszczyt. Nie bez powodu nigdy nie nauczyła się więzić przeciwnika w magicznym kręgu, a zamiast tego studiowała z matką sztukę zmienienia twarzy.
Na ulicy – albo w lesie, sytuacji w takiej jak ta – nie było dla niej miejsca na honorową walkę. Zwłaszcza gdy wrogowie mieli przewagę liczebną. A tu… cóż. Nie miała więcej kajdanek, bo miała przyjąć zgłoszenie, nie spodziewała, że ci będą na tyle głupi, by tkwić w pobliżu miejsca zbrodni… i głupoty i geniuszu po przestępcach to dopiero uczyła się spodziewać. Teraz to już, odnawiając zaklęcie na klatce, a potem jeszcze raz na trzecim z mężczyzn, była pewna, że musi skombinować sobie skądś trzecią parę, nawet jak wydawali standardowo dwie.
Zgarnęła dwie różdżki. Trzeciej nie mogła, bo animag pewnie miał ją w kieszeni, w tej chwili nieistniejącej. Trzy razy wypowiedziała standardową formułkę, głośno i wyraźnie, tak żeby drwal nie mógł twierdzić, że jako szczur to on zupełnie nie słyszał, co takiego mówiła. Musiała wyglądać wyjątkowo głupio, kiedy tak klęczała i monotonnym głosem recytowała zwierzęciu wszystkie niezbędne informacje.
– Hm? – spytała, unosząc głowę i spoglądając najpierw na Ambroise’a, a później na przelewitowanego przez niego drwala, wciąż nieprzytomnego pod wpływem drętwoty. Idealnie, się nie będzie szarpał przy transporcie, a aresztowania można dokonać w bardziej sprzyjających warunkach! – Nie, nie, wszystko absolutnie wspaniale – zapewniła, bardzo szybko, trochę w odruchu bezwarunkowym, który wykształciła w sobie, gdy Cedric i Dani trafili do Akademii Munga i przy każdej okazji, gdy Brenna rozbiła sobie głowę, kolano, nos albo oberwała jakimś paskudnym zaklęciem patrzyli na nią w ten specyficzny, pełen wyrzutu sposób, jakby robiła im osobiście krzywdę. To nie tak, że nie lubiła uzdrowicieli, ani że ich nie doceniała, ale nie lubiła jak tak na nią patrzyli. Albo podejrzliwie, jakby podejrzewali, że coś jest nie tak, a ona nie chce się do tego przyznać. Ambroise nie miał żadnych powodów, żeby zachowywać się w ten sposób, ale pewne odruchy już się zaczęły w Brennie zakorzeniać i nawet nie zdążyła przed udzieleniem odpowiedzi pomyśleć, że tutaj sytuacja była przecież zupełnie inna. – Ale jak możesz zerknąć, czy oni nadają się do transportu… musimy lecieć z nimi do Ministerstwa.
Ambroise musiał w końcu złożyć zeznania, bo to już nie był raport o kradzieży, a całkiem spora nawalanka, tutaj trzeba było szybko ściągnąć ekipę, by zajrzała do tego namiotu i zabezpieczyła dowody, w dodatku Brenna zwyczajnie nie była w stanie przetransportować się na raz z czterema podejrzanymi do ministerialnego atrium. A miała takie nieładne przeczucie, że nawet jak zostawi tu kogoś skutego i nieprzytomnego, to ten jakimś cudem wyparuje, bo okaże się na przykład, że w namiocie był piąty drwal albo coś takiego.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.