22.10.2024, 22:16 ✶
Ze strony Brenny były to akurat bardziej wygłupy niż prawdziwe stwierdzenie. Nigdy nie miała specjalnego kompleksu na punkcie swojego wyglądu, i nawet nie pomyślała o proszeniu matki, by przerabiała jej twarz na ładniejszą – choć mogłaby to zrobić. Ale i mając przy sobie takie rówieśnice jak Cynthia, Victoria czy Mavelle, doskonale wiedziała, że przy nich znika.
I była tym rzadkim gatunkiem człowieka, któremu taki stan rzeczy naprawdę nie przeszkadzał.
– To już nie palisz – oświadczyła bez choćby krztyny sumienia, bo w końcu mógł jej nie dmuchać dymem w twarz, a skoro to zrobił, znaczy się, że sam się prosił.
Dla Brenny małżeństwo było abstrakcją. Z uwagi na wychowanie może i myślała, że kiedyś za mąż wyjdzie (ta myśl miała wywietrzeć jej z głowy tak mniej więcej w tym wieku, w którym był Vincent, gdy utwierdziła się w przekonaniu, że umrze młodo), ale to była bardzo, bardzo daleka przyszłość, no nie wcześniej przecież niż za cztery lata: znaczy się, całe wieki. Chłopcy byli dla niej wyłącznie kumplami, tak jak ona dla nich była nawet nie kumpelą, a chyba przez większość czasu kumplem bardziej.
Niezbyt przeszkadzało jej, że część paplaniny została zignorowana. Póki nie widziała wyraźnie, że nudzi drugą osobę śmiertelnie, była skłonna paplać dla samego paplania. Zresztą większość ludzi w pewnym momencie zaczynała odpowiadać, choćby odruchowo.
– Może powinieneś zrobić coś naprawdę głupiego, żeby do niego dotarło? Ile on miał lat, jak się ożenił? Chyba nie dziewiętnaście? Jak więcej, powiedz, ze chcesz iść w ślady starszego brata i nie ożenisz się wcześniej niż on. Albo spakuj rzeczy i ucieknij na drugi koniec świata. Albo to jego utop w jeziorze – zaproponowała, podchodząc do huśtawki i chwytając za jeden z podtrzymujących ją sznurków, by okręcić go wokół dłoni. – To mój specjalny talent, chociaż wiesz no, ciężko coś w tych myślach sensownego znaleźć – oświadczyła, ale z taką miną, że raczej nie ulegało wątpliwości, że jest to jej zwykłe przekomarzanie się, w ramach wzajemnego obrażania się. – Ale na koniec ma być t o r t. Stanowczo odmawiam topienia się, zwłaszcza przed tortem – powiedziała, obracając się, by usiąść na huśtawce i odbić się od ziemi, tak że niskie obcasy pantofli na moment zaryły w ziemi. Bo czy był sens huśtać się na huśtawce inaczej niż wysoko? – Czy twój brat ma jakiś kompleks, że koniecznie chce znaleźć ci żonę? Czy nie może cię już znieść i liczy, że w ten sposób się ciebie pozbędzie? Bo chyba całe jego rodzeństwo to już ma żony i mężów, mógłby ci dać spokój.
Elisa znała Enidę Prewett z młodości, i ta zdaje się była żoną jakiegoś Bulstroda, a Brenna kojarzyła ze szkoły Basiliusa Prewetta, więc i tutaj istniał jakiś związek, nawet jeżeli Brenna, tkwiąc głównie w Hogwarcie, nie orientowała się w szczegółach.
I była tym rzadkim gatunkiem człowieka, któremu taki stan rzeczy naprawdę nie przeszkadzał.
– To już nie palisz – oświadczyła bez choćby krztyny sumienia, bo w końcu mógł jej nie dmuchać dymem w twarz, a skoro to zrobił, znaczy się, że sam się prosił.
Dla Brenny małżeństwo było abstrakcją. Z uwagi na wychowanie może i myślała, że kiedyś za mąż wyjdzie (ta myśl miała wywietrzeć jej z głowy tak mniej więcej w tym wieku, w którym był Vincent, gdy utwierdziła się w przekonaniu, że umrze młodo), ale to była bardzo, bardzo daleka przyszłość, no nie wcześniej przecież niż za cztery lata: znaczy się, całe wieki. Chłopcy byli dla niej wyłącznie kumplami, tak jak ona dla nich była nawet nie kumpelą, a chyba przez większość czasu kumplem bardziej.
Niezbyt przeszkadzało jej, że część paplaniny została zignorowana. Póki nie widziała wyraźnie, że nudzi drugą osobę śmiertelnie, była skłonna paplać dla samego paplania. Zresztą większość ludzi w pewnym momencie zaczynała odpowiadać, choćby odruchowo.
– Może powinieneś zrobić coś naprawdę głupiego, żeby do niego dotarło? Ile on miał lat, jak się ożenił? Chyba nie dziewiętnaście? Jak więcej, powiedz, ze chcesz iść w ślady starszego brata i nie ożenisz się wcześniej niż on. Albo spakuj rzeczy i ucieknij na drugi koniec świata. Albo to jego utop w jeziorze – zaproponowała, podchodząc do huśtawki i chwytając za jeden z podtrzymujących ją sznurków, by okręcić go wokół dłoni. – To mój specjalny talent, chociaż wiesz no, ciężko coś w tych myślach sensownego znaleźć – oświadczyła, ale z taką miną, że raczej nie ulegało wątpliwości, że jest to jej zwykłe przekomarzanie się, w ramach wzajemnego obrażania się. – Ale na koniec ma być t o r t. Stanowczo odmawiam topienia się, zwłaszcza przed tortem – powiedziała, obracając się, by usiąść na huśtawce i odbić się od ziemi, tak że niskie obcasy pantofli na moment zaryły w ziemi. Bo czy był sens huśtać się na huśtawce inaczej niż wysoko? – Czy twój brat ma jakiś kompleks, że koniecznie chce znaleźć ci żonę? Czy nie może cię już znieść i liczy, że w ten sposób się ciebie pozbędzie? Bo chyba całe jego rodzeństwo to już ma żony i mężów, mógłby ci dać spokój.
Elisa znała Enidę Prewett z młodości, i ta zdaje się była żoną jakiegoś Bulstroda, a Brenna kojarzyła ze szkoły Basiliusa Prewetta, więc i tutaj istniał jakiś związek, nawet jeżeli Brenna, tkwiąc głównie w Hogwarcie, nie orientowała się w szczegółach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.