Spodziewała się, że sprostuje jej wypowiedź. To był moment, w którym zdecydowanie chcieli czegoś innego, chociaż tak właściwie nie do końca. Ona starała się kierować tym, co powinni zrobić. Wyjątkowo, bo zazwyczaj nie postępowała w ten sposób. Polowania jednak zawsze były dla niej dość istotne, traktowała je poważnie, może nawet aż za bardzo poważnie, zważając na to, że to dzisiejsze miało być raczej rozrywką, dla ich dwoje.
Tak, uparła się wyjątkowo mocno, to nie tak, że zazwyczaj tego nie robiła, jednak znajdowały się pewne luki, które potrafiły zmienić jej zdanie, szczególnie w podobnej sytuacji. Wiedziała, że Ambroise zdecydowanie wolałaby odłożyć polowanie w czasie i może nawet trochę za bardzo podobało się jej to wygłodniałe spojrzenie. To nie tak, że chciała się nad nim pastwić, chociaż może odrobinkę? Obiecała mu, że później na pewno wrócą do tego tematu, zresztą on zrobił to samo, nie ominie ich dzisiaj zbliżenie, wszystko miało ich do tego doprowadzić. Wiedziała nawet, że dzięki temu, że tak z tym walczyła to będzie smakowało jeszcze lepiej. Tak przynajmniej powtarzała sobie w głowie, aby się nie złamać, a była bardzo blisko tego.
Nie da się ukryć, że przez te kilka miesięcy poznali się bardzo dobrze. Spędzali ze sobą praktycznie cały wolny czas, to doprowadziło do tego, że trudno im było ukryć przed sobą cokolwiek. Właściwie to przynosiło więcej korzyści, niżeli szkód, bo potrafili wyłapać nawet drobne zmiany w swoich nastrojach, to powodowało, że łatwiej im było pielęgnować relację, którą zbudowali. Yaxleyówna w tej chwili trochę go wodziła za nos, ale przecież to nie było nic złego. Mieli dość istotną sprawę do załatwienia, ale nie oznaczało to, że nie mogła się dobrze bawić przy okazji tego polowania, biedny Ambroise.
- Na szczęście, Macmillanowie są dosyć mocno odklejeni, jeszcze zmuszałbyś mnie do co tygodniowych spotkań kowenowych, odtańczania rytuałów dla Bogini i kto wie, czego innego. - Tak właściwie to nie znała Macmillanów na tyle, żeby być pewną, że właśnie tym zajmują się w wolnym czasie, ale podejrzewała, że to musi być coś podobnego. Wiara była ich przewodniczką, w przeciwieństwie do niej, na pewno by ją męczyło przebywanie wokół takich osób, w sumie to trochę uważała je za nawiedzone. - Mulciberowie nie są zbyt mile widziani w ministerstwie, ale wiesz, jaki mam stosunek do tego urzędu, poza tym jesteś chyba jedynym Mulciberem jakiego znam, a do tego tylko częściowym. - Zupełnie jej to nie przeszkadzało, sama gardziła urzędnikami i wszystkim co było związane z ministerstwem magii. Zresztą dla niej Ambroise był przede wszystkim Greengrassem, a ich ród w mniemaniu Geraldine należał do tych raczej stabilnych, może nawet byli lepiej usytuwani w hierarchii od Yaxleyów, którzy nadal byli traktowani jako nieco dzicy i nieokrzesani. Sama też nie identyfikowała się praktycznie wcale z rodziną matki. Miała świadomość, że różnie to bywało wśród arystokratów.
Właściwie to miała nadzieję, że uda jej się przekonać go do tego, że nie jest wcale taka chujowa w posługiwaniu się kuszą. Tak, to był jeden z powodów dla których wzięła go ze sobą do lasu. Miała dość tych jego złośliwych wypominek, że nie do końca potrafi to robić. Niby były to tylko żarty, ale bardzo mocno godziły w jej łowcze ego. Jego opinia opierała się na jednorazowym niepowodzeniu, do którego doszło kiedy byli pod wpływem jakiegoś dziwnego zaklęcia, halucynacji? Sama nie wiedziała czego. Gdyby nie to na pewno udałoby się jej trafić do celu, co zresztą mógł teraz zauważyć.
- Ja zawsze trafiam, no prawie... - Dodała jeszcze, bo się nieco zrefkletowała, nie trafiła raz, akurat kiedy celowała w niego.
W tej chwili nic już jej nie powstrzymywało. Udało się jej, a właściwie im (doceniała udział Ambroisa w tym polowaniu) zabić akromantulę. Nie ruszała się, nie próbowała ich zaatakować, co oznaczało, że misja zakończyła się sukcesem. Nie musiała się już niczym przejmować. Mogli przejść do tej bardziej przyjemnej części dnia.
Zbyt długo się powstrzymywała, aby nie skorzystać z okazji, nie musiał jej tego powtarzać dwa razy, bardzo szybko ogarnęła jego sugestię i zamierzała wykorzystać to, że nadażyła się okazja do tego, aby wreszcie mogła się do niego zbliżyć.
Była pełna energii, adrenalina nadal płynęła w jej krwi, połączyła się z palącym ją od środka pożądaniem, które rosło w niej od momentu, w którym weszli do lasu. To nie była do końca stabilna mieszanka, ale teraz nie potrzebowali stabilności. Mogli się w tym zatracić.
Tak, to zdecydowanie miało być lepsze od kwiatu paproci. Zamierzała mu pokazać, że faktycznie warto było na to czekać. Nie przestawała go całować, zupełnie nie przeszkadzało to, że znajdują się w lesie, w końcu było to ich kolejne miejsce na ziemi. Idealnie wpasowywali się w ten krajobraz.
Wsunęła dłonie pod koszulę Ambroisa, zaczęły błądzić po jego plecach, czuła pod palcami ciepło jego skóry, miała ochotę się w nim teraz zatracić opętana niemalże zwierzęcym pożądaniem, którego nie zamierzała powstrzymywać. To mogło być całkiem przyjemne zakończenie tego nie do końca przewidywalnego polowania.