23.10.2024, 17:15 ✶
W grupie: Lorraine, Baldwin, Eden i Eleonora – rozglądam się po ludziach
Chłodny powiew wiatru rozwiał włosy Lorraine, która odruchowo poprawiła otrzymany od Eden laur wieńczący jej skroń: zadrżała, przysunęła się więc bliżej kuzynki, dzięki czemu usłyszała, co ta wymamrotała pod nosem: podniosła na nią oczy, zdziwiona, i wtedy zobaczyła, że półprzezroczysta zapora uniemożliwiająca teleportację zniknęła.
Nie zwiastowało to nic dobrego, zwłaszcza, kiedy wspomnienie ostatnich ataków terrorystycznych było wciąż żywe: pośród gości był przecież Morpheus Longbottom, którego brat zginął z ręki Śmierciożerców na Beltane. Nic dziwnego, że część gości teleportowało się z polany. Lorraine przesunęła spojrzeniem na twarzach brygadzistów, chcąc zorientować się w powadze sytuacji: chwilę zajęło jej odszukanie wzrokiem Erika Longbottoma, który nadzorował dzisiaj pracą sił Ministerstwa. Nie dalej jak wczoraj, podczas spotkania na wieczorku hazardowym Agnes Delacour narzekał na ochronę teatru Selwynów – na to, że obiekt nie jest w najmniejszym stopniu przystosowany do współczesnych standardów magicznego bezpieczeństwa – dzisiaj to na nim skupiała się odpowiedzialność za ochronę bankietu. Ciekawe, kto zawiódł? Rozglądała się, wypatrując czegoś, co wzbudziłoby jej podejrzenia.
Zamiast odruchowo wzdrygnąć się, kiedy Baldwin z cichym świstem powietrza teleportował się tuż obok, Lorraine wyraźnie się rozluźniła. Choć plecy wciąż trzymała sztywno wyprostowane, napięcie zniknęło z jej ramion, jak gdyby ktoś zdjął z nich niewidzialny ciężar. Wbrew sobie odetchnęła z ulgą. Baldwin miał wiele dziwacznych przekonań, które w najlepszym przypadku wzbudzały konsternację czy politowanie, w najgorszym zaś – sprawiały, że przebijał sobie dłonie na pokurwiałą modłę stygmatów, tylko po to, by w artystycznej frenezji bólu wykrwawić się na środku czyjegoś salonu, pomazawszy wcześniej ściany pasyjną juchą na dowód swojej racji. Lorraine patrzyła na to ze swego rodzaju protekcjonalną pobłażliwością, boleśnie świadoma własnych paranoi. Chociaż folgowała urojeniom Baldwina – wysyłając mu listy za pośrednictwem gołębi, nie zaś sów, które wedle jego przekonań należały do ministerialnego aparatu inwigilacji – sama nie zwykła brać do głowy podobnych niedorzeczności. Dziwiła się, że nie usłyszała wcześniej żadnej tyrady na temat kopuły antyteleportacyjnej i długotrwałego wpływu zaklęć obszarowych na potencjał magiczny! Teraz jednak, kiedy zapora ochronna zniknęła, Lorraine zdawała się podzielać niepokój kuzyna.
– Jak tam wernisaż? Czy dzieło artysty spełniło oczekiwania Muzy? – zapytała delikatnie, wiedząc, jak ważna była dla Baldwina dzisiejsza wystawa: znała go tak dobrze, jak znała samą siebie – nie dbał o atencję czarodziejskiej śmietanki towarzyskiej ani o blichtr złotych wieńców – wiedziała, czego oczekiwał od dzisiejszego wieczoru i nie była to aprobata publiczności. Nie zapytała wprost. Nie byli tutaj sami, nie dała więc poznać po sobie, czy pyta o wrażenia mecenasów Muzy – czy o wrażenia Calanthe, która pozostawała przecież Muzą artysty i najważniejszą inspiracją dla jego obrazów. – Miałam właśnie nieśmiało proponować, żebyśmy obejrzały obrazy – zwróciła się do Eleonory i Eden, próbując nadać rozmowie bardziej neutralny ton: spojrzenie, jakim kuzynka obdarzyła Baldwina, w niczym nie przypominało bowiem sposobu, w jaki patrzyła na Lorraine – ale obawiam się odwołania wernisażu. Jak Ministra Magii chce zapewnić bezpieczeństwo całemu kraju, jeżeli nie potrafi zadbać o bezpieczeństwo dostojników państwowych na skromnym bankiecie? – rzuciła cicho, rozglądając się dyskretnie w poszukiwaniu Fortinbrasa Malfoya: chciała wybadać reakcję stryja, którego słowa wciąż dźwięczały jej w uszach i zareagować adekwatnie.
percepcja (II) na rozglądanie się
Chłodny powiew wiatru rozwiał włosy Lorraine, która odruchowo poprawiła otrzymany od Eden laur wieńczący jej skroń: zadrżała, przysunęła się więc bliżej kuzynki, dzięki czemu usłyszała, co ta wymamrotała pod nosem: podniosła na nią oczy, zdziwiona, i wtedy zobaczyła, że półprzezroczysta zapora uniemożliwiająca teleportację zniknęła.
Nie zwiastowało to nic dobrego, zwłaszcza, kiedy wspomnienie ostatnich ataków terrorystycznych było wciąż żywe: pośród gości był przecież Morpheus Longbottom, którego brat zginął z ręki Śmierciożerców na Beltane. Nic dziwnego, że część gości teleportowało się z polany. Lorraine przesunęła spojrzeniem na twarzach brygadzistów, chcąc zorientować się w powadze sytuacji: chwilę zajęło jej odszukanie wzrokiem Erika Longbottoma, który nadzorował dzisiaj pracą sił Ministerstwa. Nie dalej jak wczoraj, podczas spotkania na wieczorku hazardowym Agnes Delacour narzekał na ochronę teatru Selwynów – na to, że obiekt nie jest w najmniejszym stopniu przystosowany do współczesnych standardów magicznego bezpieczeństwa – dzisiaj to na nim skupiała się odpowiedzialność za ochronę bankietu. Ciekawe, kto zawiódł? Rozglądała się, wypatrując czegoś, co wzbudziłoby jej podejrzenia.
Zamiast odruchowo wzdrygnąć się, kiedy Baldwin z cichym świstem powietrza teleportował się tuż obok, Lorraine wyraźnie się rozluźniła. Choć plecy wciąż trzymała sztywno wyprostowane, napięcie zniknęło z jej ramion, jak gdyby ktoś zdjął z nich niewidzialny ciężar. Wbrew sobie odetchnęła z ulgą. Baldwin miał wiele dziwacznych przekonań, które w najlepszym przypadku wzbudzały konsternację czy politowanie, w najgorszym zaś – sprawiały, że przebijał sobie dłonie na pokurwiałą modłę stygmatów, tylko po to, by w artystycznej frenezji bólu wykrwawić się na środku czyjegoś salonu, pomazawszy wcześniej ściany pasyjną juchą na dowód swojej racji. Lorraine patrzyła na to ze swego rodzaju protekcjonalną pobłażliwością, boleśnie świadoma własnych paranoi. Chociaż folgowała urojeniom Baldwina – wysyłając mu listy za pośrednictwem gołębi, nie zaś sów, które wedle jego przekonań należały do ministerialnego aparatu inwigilacji – sama nie zwykła brać do głowy podobnych niedorzeczności. Dziwiła się, że nie usłyszała wcześniej żadnej tyrady na temat kopuły antyteleportacyjnej i długotrwałego wpływu zaklęć obszarowych na potencjał magiczny! Teraz jednak, kiedy zapora ochronna zniknęła, Lorraine zdawała się podzielać niepokój kuzyna.
– Jak tam wernisaż? Czy dzieło artysty spełniło oczekiwania Muzy? – zapytała delikatnie, wiedząc, jak ważna była dla Baldwina dzisiejsza wystawa: znała go tak dobrze, jak znała samą siebie – nie dbał o atencję czarodziejskiej śmietanki towarzyskiej ani o blichtr złotych wieńców – wiedziała, czego oczekiwał od dzisiejszego wieczoru i nie była to aprobata publiczności. Nie zapytała wprost. Nie byli tutaj sami, nie dała więc poznać po sobie, czy pyta o wrażenia mecenasów Muzy – czy o wrażenia Calanthe, która pozostawała przecież Muzą artysty i najważniejszą inspiracją dla jego obrazów. – Miałam właśnie nieśmiało proponować, żebyśmy obejrzały obrazy – zwróciła się do Eleonory i Eden, próbując nadać rozmowie bardziej neutralny ton: spojrzenie, jakim kuzynka obdarzyła Baldwina, w niczym nie przypominało bowiem sposobu, w jaki patrzyła na Lorraine – ale obawiam się odwołania wernisażu. Jak Ministra Magii chce zapewnić bezpieczeństwo całemu kraju, jeżeli nie potrafi zadbać o bezpieczeństwo dostojników państwowych na skromnym bankiecie? – rzuciła cicho, rozglądając się dyskretnie w poszukiwaniu Fortinbrasa Malfoya: chciała wybadać reakcję stryja, którego słowa wciąż dźwięczały jej w uszach i zareagować adekwatnie.
percepcja (II) na rozglądanie się
Rzut N 1d100 - 12
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 40
Akcja nieudana
Akcja nieudana