23.10.2024, 22:04 ✶
Scylla przyjęła nieobecność Dolohova z właściwym sobie spokojem. Mistrz z pewnością miał swoje powody, by podjąć decyzję o działaniu na własną rękę. Choć niewiele wyjaśnił, ona wiedziała, że działa dla dobra sprawy. Dokument, który otrzymali, uprawniał ich do przekroczenia granicy wyznaczonej przez pstrokatą taśmę, i Scylla była gotowa, by podjąć się zadania.
Polana zawsze przypominała jej miejsce, w którym rzeczywistość zbliżała się do granicy czegoś nienazwanego, niemal magicznego w swoim wyglądzie. Rosnące w wirze konary drzew zdawały się pochylać w jedną stronę, jakby pod wpływem niewidzialnej siły. Usypane na wypalonej ziemi kamienie tworzyły kręgi, jakby wciągane w środek niewidzialnego leja. Przestrzeń zdawała się być nieruchoma, a jednak coś w niej wciąż pozostawało w ruchu.
Gdy Scylla ujrzała drzewo rosnące do góry nogami na środku Polany, jej wzrok zastygł na jego dziwacznej sylwetce. Drzewo wyglądało jakby zapuszczało korzenie w niebo, a jednak jego liście pozostały zielone i żywe, mimo upływu czasu od Beltane. Widok ten wywołał w niej nie tyle niepokój, co fascynację - oto był przejaw nieznanej magii, zjawisko, które przeczyło wszelkim znanym prawom natury. Cokolwiek sprowadziło je tutaj, z pewnością miało znaczenie.
Odruchowo przechyliła głowę tak, jakby chciała zobaczyć drzewo w poprawny sposób, korzeniami w dół. Potknęła się przy tym i zatoczyła niezdarne koło, ale złapała w popłochu za łokieć Peregrinusa i finalnie zachowała równowagę.
- Przypomina baobab - skomentowała, rzucając krótkie przepraszające spojrzenie ku towarzyszowi. Chciało się powiedzieć, że sposób wzrostu drzewa nie miał sensu, ale wiedziała, że nie byłaby to prawda - na tym świecie wszystko miało jakiś cel, choć często pozostawał ukryty dla niepowołanych oczu. - Myślisz, że to kolejna anomalia? Pokłosie słońca i księżyca zaszczycających niebo w tym samym czasie? - Przechyliła się do Trelawneya, aby ściszyć głos do konspiracyjnego szeptu. Nie rozumiała czemu, ale nie potrafiła mówić o takich niespotykanych rzeczach wszem i wobec.
Scylla obserwowała naukowców krzątających się między namiotami i stolikami, ich twarze pochylone nad mapami i tajemniczymi przyrządami. Wyglądali na równie zagubionych jak ona i Peregrinus; krążyli wokół tematu, którego nie rozumieli, próbując nadać sens tej anomalii, która wymykała się wszelkim próbom racjonalizacji. Przypominali bezradnych ślepców, którzy potykają się o własne teorie, a w ich głowach nieustannie przewijały się pytania, na które nie znajdowali odpowiedzi. Ślady zaschniętej krwi na dębach nie pomagały w tworzeniu pozorów, że ktoś miał tu jakiekolwiek pojęcie, co robi. Wierzyła, że ich intencje są szczere, nawet jeśli rezultaty ich pracy wydawały się mgliste - nie miała wątpliwości, że każda odpowiedź, choćby nieznaczna, mogła rzucić światło na przyczynę istnienia tego niezwykłego miejsca.
Polana zawsze przypominała jej miejsce, w którym rzeczywistość zbliżała się do granicy czegoś nienazwanego, niemal magicznego w swoim wyglądzie. Rosnące w wirze konary drzew zdawały się pochylać w jedną stronę, jakby pod wpływem niewidzialnej siły. Usypane na wypalonej ziemi kamienie tworzyły kręgi, jakby wciągane w środek niewidzialnego leja. Przestrzeń zdawała się być nieruchoma, a jednak coś w niej wciąż pozostawało w ruchu.
Gdy Scylla ujrzała drzewo rosnące do góry nogami na środku Polany, jej wzrok zastygł na jego dziwacznej sylwetce. Drzewo wyglądało jakby zapuszczało korzenie w niebo, a jednak jego liście pozostały zielone i żywe, mimo upływu czasu od Beltane. Widok ten wywołał w niej nie tyle niepokój, co fascynację - oto był przejaw nieznanej magii, zjawisko, które przeczyło wszelkim znanym prawom natury. Cokolwiek sprowadziło je tutaj, z pewnością miało znaczenie.
Odruchowo przechyliła głowę tak, jakby chciała zobaczyć drzewo w poprawny sposób, korzeniami w dół. Potknęła się przy tym i zatoczyła niezdarne koło, ale złapała w popłochu za łokieć Peregrinusa i finalnie zachowała równowagę.
- Przypomina baobab - skomentowała, rzucając krótkie przepraszające spojrzenie ku towarzyszowi. Chciało się powiedzieć, że sposób wzrostu drzewa nie miał sensu, ale wiedziała, że nie byłaby to prawda - na tym świecie wszystko miało jakiś cel, choć często pozostawał ukryty dla niepowołanych oczu. - Myślisz, że to kolejna anomalia? Pokłosie słońca i księżyca zaszczycających niebo w tym samym czasie? - Przechyliła się do Trelawneya, aby ściszyć głos do konspiracyjnego szeptu. Nie rozumiała czemu, ale nie potrafiła mówić o takich niespotykanych rzeczach wszem i wobec.
Scylla obserwowała naukowców krzątających się między namiotami i stolikami, ich twarze pochylone nad mapami i tajemniczymi przyrządami. Wyglądali na równie zagubionych jak ona i Peregrinus; krążyli wokół tematu, którego nie rozumieli, próbując nadać sens tej anomalii, która wymykała się wszelkim próbom racjonalizacji. Przypominali bezradnych ślepców, którzy potykają się o własne teorie, a w ich głowach nieustannie przewijały się pytania, na które nie znajdowali odpowiedzi. Ślady zaschniętej krwi na dębach nie pomagały w tworzeniu pozorów, że ktoś miał tu jakiekolwiek pojęcie, co robi. Wierzyła, że ich intencje są szczere, nawet jeśli rezultaty ich pracy wydawały się mgliste - nie miała wątpliwości, że każda odpowiedź, choćby nieznaczna, mogła rzucić światło na przyczynę istnienia tego niezwykłego miejsca.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga