24.10.2024, 15:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2024, 15:47 przez Lorraine Malfoy.)
Po siedmiu latach pracy w zakładzie pogrzebowym, Lorraine Malfoy doszła do wniosku, że jej praca nie polega na konserwacji zwłok, lecz na konserwacji wspomnień.
Wspomnienia, och, wiedziała wszystko o wspomnieniach – nigdy nie czuła się przecież bliżej drugiego człowieka niż wtedy, gdy zaglądała do wnętrza jego głowy. Gdyby techniki kosmetyki pośmiertnej pozwalały na zaklinanie najpiękniejszych wspomnień o zmarłych w ich twarzach, Lorraine poczułaby się spełniona w tym, co robi: wszystkie jej starania w tym kierunku spełzały jednak, póki co, na niczym, musiała więc posiłkować się standardowym wachlarzem narzędzi tanatokosmetologa. Często – zawsze, kiedy musiała przeprowadzić przed pochówkiem staranny zabieg rekonstrukcyjny – prosiła bliskich o dostarczenie fotografii zmarłego, chcąc jak najwierniej odwzorować to, jak wyglądał za życia. Śmierć zmieniała człowieka: wyciskała na nim piętno, które tworzyło dysonans między wspomnieniami o zmarłym – niegdyś tak bliskim – a między widokiem jego ciała – teraz dziwnie odległym, dziwnie obcym; zmienionym tak, że nawet najbliższa rodzina nie potrafiła czasem rozpoznać zmarłego. Działania Lorraine miały na celu znieść ten dysonans – zniwelować nieprzyjemny rozdźwięk między życiem a śmiercią. Żałoba stawała się bowiem łatwiejsza, gdy chowało się wspomnienia o zmarłym do grobu razem z jego ciałem.
Lorraine odsunęła się od zwłok, chcąc ocenić efekty swojej pracy: porównać niegdyś pełną blasku twarz kobiety śmiejącą się do niej z dostarczonego przez urzędników zdjęcia, z twarzą kobiety, której ciało spoczywało teraz bez życia na prosektoryjnym stole. Była martwa, ale na martwą nie wyglądała – już nie – dzięki staraniom Lorraine. przypominała pogrążona w głębokim śnie śnie, który był snem wiecznym. Tak kruche, pomyślała Lorraine, nanosząc kilka ostrożnych poprawek – ciała, które dostarczono do Necronomiconu przypominały bowiem zasuszone wylinki, puste w środku, zaskakująco lekkie – tak rozpaczliwie kruche. Wolałaby chyba, aby były ciężkie. Było coś nienaturalnego w lekkich ciałach, coś... Niestosownego. Tak lekkie, i tak ciężkie zarazem potrafiły być tylko ciała dzieci i starców. Żałobny orszak czarnych myśli przerwał jednak dźwięk kobiecego głosu: lekko schrypnięty, wciąż jednak miły uchu, wyrwał Lorraine z transu pracy.
– Przepraszam – westchnęła wiła, posyłając Victorii Lestrange blady uśmiech: odłożyła zdjęcie oraz aplikator podkładu, którym ukrywała ostatnie niedoskonałości na twarzy denatki, na stół z instrumentarium technika. Odchyliła nieco szyję, odrzucając do tyłu srebrnoblond włosy zaplecione w ciasny warkocz, tak, aby nie przeszkadzały w pracy. Wreszcie mogła rozprostować plecy. Od kilkunastu minut trwała przecież pochylona niemalże bez ruchu nad ciałem, nie zdając sobie sprawy z upływu czasu: kosmetyka pośmiertna wymagała precyzji i skupienia, a Lorraine zapominała o świecie wokół, kiedy pochłaniało ją wyjątkowo absorbujące zajęcie. Odsunęła się, aby Victoria mogła spojrzeć na tchnące spokojem oblicze zmarłej, jakże różne od wspomnienia zniekształconej, pokrytej spękaną, wysuszoną skórą twarzy wydmuszki, którą dostarczono do Necronomiconu. – Staram się pracować najszybciej jak potrafię, ale jeszcze trochę to potrwa. Zabiegi rekonstrukcyjne zawsze zajmują mi najwięcej czasu, a te ciała… – urwała, ściągnąwszy lekko brwi – ...jeszcze czegoś takiego nie widziałam – wyznała w końcu. – Czym jest to, co ich zabiło?
Różne dochodziły ją pogłoski na temat tajemniczych wydarzeń w Kniei, a choć z uwagą śledziła oficjalne doniesienia pojawiające się na łamach gazet, nie sposób było dociec prawdy skrytej między wierszami starannie zredagowanych komunikatów prasowych. Lorraine spodziewała się najgorszego – skoro ciała ofiar do tej pory nie zostały wydane ich rodzinom, musiały być w bardzo złym stanie – zakładała, że nie obędzie się bez balsamacji: zapewne trzeba też będzie odtworzyć rysy, snuła przypuszczenia, utrwalić ciała na tyle długo, by pozwolić bliskim pożegnać się z tragicznie zmarłymi. Ostateczną decyzję co do sposobu utrwalenia zwłok zamierzała jednak podjąć dopiero po dokonaniu stosownych oględzin. Najlepszym rozwiązaniem byłby pogrzeb z zamkniętą trumną, stwierdziła wreszcie, zdegustowana, choć nie zaskoczona tym, co widzi – nie zamierzała jednak mówić tego głośno. Dobrze wiedziała, że władzom zależało na uspokojeniu opinii publicznej, zwłaszcza, że były to pierwsze pogrzeby od czasu odkrycia ciał.
Oszczędziła Victorii szczegółów na temat technik balsamowania, na tłumaczeniu modyfikacji, na które pokusiła się w tym konkretnie przypadku, odstępując od drenażu pustych jam ciała, a decydując na wprowadzenie dotętnicze specjalnego płynu, który miał zapewnić inwigorację martwych tkanek oraz przywrócić wysuszonej skórze naturalny wygląd, i innych zabiegów. Nie dlatego, że Lorraine nie lubiła rozmawiać w trakcie pracy, wręcz przeciwnie! Zanim tanatokosmetolożka, pod której okiem się wykształciła, zrezygnowała z pracy w Necronomiconie, większość czasu spędzały na rozmowie, każda zajęta swoją robotą. Czasem wpadała tutaj Ambrosia, klnąc na czym świat stoi, kiedy schodziła ze schodów prowadzących do prosektorium, obojętnie patrząc jednak na ofiary Kostuchy, która była stałym bywalcem Kościanego Zamtuzu i piła bruderszaft z jej nieumarłym dziadkiem. Czasem to Baldwin dotrzymywał jej towarzystwa – zwykle rozwalał się na którymś z wolnych stołów, zawsze gotów podzielić się z kuzynką nową ulubioną teorią spiskową – kiedy nie rozmawiali, ćwiczył tekst najnowszej roli albo szkicował, pogrążony w milczeniu, podobnie jak Desmond, który szukał w śmierci artystycznej inspiracji. Lorraine nie sądziła jednak, by Victoria miała ochotę na słuchanie o wszystkich czynnościach, które należało wykonać, aby przygotować ciało do pogrzebu: większość ludzi czuło obrzydzenie, wstręt, a nawet swego rodzaju niepokój w zetknięciu z martwym ciałem. Dla Lorraine była to codzienność.
Odwróciła się, aby zdjąć rękawiczki, w których pracowała, umyć lekko już spocone dłonie i przygotować się do utrwalenia kolejnego ciała. Kiedy Victoria podniosła alarm, z powrotem odwróciła się w stronę kobiety, nie dostrzegła jednak nic podejrzanego: przenikliwe oczy Malfoy omiotły czujnie twarz Lestrange, zanim na powrót skupiła wzrok na całunie. Nie miała przecież podstaw, by jej nie wierzyć. W głowie wiły kołatała przez chwilę tylko jedna myśl.
Znowu.
– To zwykłe kadzidło zapachowe, pozbawione właściwości odurzających, i jest tutaj bardziej dla twojego komfortu niż mojego, Victorio. Dla mojego komfortu przysłano tu ciebie. – Niewzruszone opanowanie Lorraine, która z irytującym wręcz spokojem przyjęła wieść o nagłym zmartwychwstaniu, nie powinno nikogo dziwić: zbyt długo tu pracowała. Fundamenty Necronomiconu przesiąknięte były magią, a w kątach czaiła się makabra, ale kiedy mrok stawał się nie do wytrzymania, Lorraine powtarzała w myślach mantrę każdego egzorcysty – "zawsze możesz to wszystko spalić" – i odzyskiwała równowagę. Cofnęła się, powoli – jeden krok w tył, potem drugi i trzeci – dopóki nie poczuła, że opiera się o krawędź stołu, nad którym trwała pochylona od dobrych kilku godzin, wykonując zabiegi z zakrasu tanatopraksji. Wzrok utkwiony miała w ciemnym suknie całunu, spowijającym wskazane przez Lestrange truchło, ale ręką macała stół za sobą w poszukiwaniu porzuconej różdżki. – Nie masz zwidów – dodała – już bardziej stanowczo – zerkając mimochodem na aurorkę, pozostającą w stanie gotowości bojowej – to nie pierwsza taka sytuacja. Spróbuję zabezpieczyć instrumentarium. – Cofając się, Lorraine jednocześnie popychała za sobą stół prosektoryjny z zabalsamowanymi już zwłokami w głąb pomieszczenia – własnym ciałem osłoniwszy kruche szczątki kobiety, która pogrążona była w śnie wiecznym, byle dalej od zagrożenia. Szeptem, spróbowała spleść zaklęcie ochronne wokół szczątków.
rozproszenie (I)
Wspomnienia, och, wiedziała wszystko o wspomnieniach – nigdy nie czuła się przecież bliżej drugiego człowieka niż wtedy, gdy zaglądała do wnętrza jego głowy. Gdyby techniki kosmetyki pośmiertnej pozwalały na zaklinanie najpiękniejszych wspomnień o zmarłych w ich twarzach, Lorraine poczułaby się spełniona w tym, co robi: wszystkie jej starania w tym kierunku spełzały jednak, póki co, na niczym, musiała więc posiłkować się standardowym wachlarzem narzędzi tanatokosmetologa. Często – zawsze, kiedy musiała przeprowadzić przed pochówkiem staranny zabieg rekonstrukcyjny – prosiła bliskich o dostarczenie fotografii zmarłego, chcąc jak najwierniej odwzorować to, jak wyglądał za życia. Śmierć zmieniała człowieka: wyciskała na nim piętno, które tworzyło dysonans między wspomnieniami o zmarłym – niegdyś tak bliskim – a między widokiem jego ciała – teraz dziwnie odległym, dziwnie obcym; zmienionym tak, że nawet najbliższa rodzina nie potrafiła czasem rozpoznać zmarłego. Działania Lorraine miały na celu znieść ten dysonans – zniwelować nieprzyjemny rozdźwięk między życiem a śmiercią. Żałoba stawała się bowiem łatwiejsza, gdy chowało się wspomnienia o zmarłym do grobu razem z jego ciałem.
Lorraine odsunęła się od zwłok, chcąc ocenić efekty swojej pracy: porównać niegdyś pełną blasku twarz kobiety śmiejącą się do niej z dostarczonego przez urzędników zdjęcia, z twarzą kobiety, której ciało spoczywało teraz bez życia na prosektoryjnym stole. Była martwa, ale na martwą nie wyglądała – już nie – dzięki staraniom Lorraine. przypominała pogrążona w głębokim śnie śnie, który był snem wiecznym. Tak kruche, pomyślała Lorraine, nanosząc kilka ostrożnych poprawek – ciała, które dostarczono do Necronomiconu przypominały bowiem zasuszone wylinki, puste w środku, zaskakująco lekkie – tak rozpaczliwie kruche. Wolałaby chyba, aby były ciężkie. Było coś nienaturalnego w lekkich ciałach, coś... Niestosownego. Tak lekkie, i tak ciężkie zarazem potrafiły być tylko ciała dzieci i starców. Żałobny orszak czarnych myśli przerwał jednak dźwięk kobiecego głosu: lekko schrypnięty, wciąż jednak miły uchu, wyrwał Lorraine z transu pracy.
– Przepraszam – westchnęła wiła, posyłając Victorii Lestrange blady uśmiech: odłożyła zdjęcie oraz aplikator podkładu, którym ukrywała ostatnie niedoskonałości na twarzy denatki, na stół z instrumentarium technika. Odchyliła nieco szyję, odrzucając do tyłu srebrnoblond włosy zaplecione w ciasny warkocz, tak, aby nie przeszkadzały w pracy. Wreszcie mogła rozprostować plecy. Od kilkunastu minut trwała przecież pochylona niemalże bez ruchu nad ciałem, nie zdając sobie sprawy z upływu czasu: kosmetyka pośmiertna wymagała precyzji i skupienia, a Lorraine zapominała o świecie wokół, kiedy pochłaniało ją wyjątkowo absorbujące zajęcie. Odsunęła się, aby Victoria mogła spojrzeć na tchnące spokojem oblicze zmarłej, jakże różne od wspomnienia zniekształconej, pokrytej spękaną, wysuszoną skórą twarzy wydmuszki, którą dostarczono do Necronomiconu. – Staram się pracować najszybciej jak potrafię, ale jeszcze trochę to potrwa. Zabiegi rekonstrukcyjne zawsze zajmują mi najwięcej czasu, a te ciała… – urwała, ściągnąwszy lekko brwi – ...jeszcze czegoś takiego nie widziałam – wyznała w końcu. – Czym jest to, co ich zabiło?
Różne dochodziły ją pogłoski na temat tajemniczych wydarzeń w Kniei, a choć z uwagą śledziła oficjalne doniesienia pojawiające się na łamach gazet, nie sposób było dociec prawdy skrytej między wierszami starannie zredagowanych komunikatów prasowych. Lorraine spodziewała się najgorszego – skoro ciała ofiar do tej pory nie zostały wydane ich rodzinom, musiały być w bardzo złym stanie – zakładała, że nie obędzie się bez balsamacji: zapewne trzeba też będzie odtworzyć rysy, snuła przypuszczenia, utrwalić ciała na tyle długo, by pozwolić bliskim pożegnać się z tragicznie zmarłymi. Ostateczną decyzję co do sposobu utrwalenia zwłok zamierzała jednak podjąć dopiero po dokonaniu stosownych oględzin. Najlepszym rozwiązaniem byłby pogrzeb z zamkniętą trumną, stwierdziła wreszcie, zdegustowana, choć nie zaskoczona tym, co widzi – nie zamierzała jednak mówić tego głośno. Dobrze wiedziała, że władzom zależało na uspokojeniu opinii publicznej, zwłaszcza, że były to pierwsze pogrzeby od czasu odkrycia ciał.
Oszczędziła Victorii szczegółów na temat technik balsamowania, na tłumaczeniu modyfikacji, na które pokusiła się w tym konkretnie przypadku, odstępując od drenażu pustych jam ciała, a decydując na wprowadzenie dotętnicze specjalnego płynu, który miał zapewnić inwigorację martwych tkanek oraz przywrócić wysuszonej skórze naturalny wygląd, i innych zabiegów. Nie dlatego, że Lorraine nie lubiła rozmawiać w trakcie pracy, wręcz przeciwnie! Zanim tanatokosmetolożka, pod której okiem się wykształciła, zrezygnowała z pracy w Necronomiconie, większość czasu spędzały na rozmowie, każda zajęta swoją robotą. Czasem wpadała tutaj Ambrosia, klnąc na czym świat stoi, kiedy schodziła ze schodów prowadzących do prosektorium, obojętnie patrząc jednak na ofiary Kostuchy, która była stałym bywalcem Kościanego Zamtuzu i piła bruderszaft z jej nieumarłym dziadkiem. Czasem to Baldwin dotrzymywał jej towarzystwa – zwykle rozwalał się na którymś z wolnych stołów, zawsze gotów podzielić się z kuzynką nową ulubioną teorią spiskową – kiedy nie rozmawiali, ćwiczył tekst najnowszej roli albo szkicował, pogrążony w milczeniu, podobnie jak Desmond, który szukał w śmierci artystycznej inspiracji. Lorraine nie sądziła jednak, by Victoria miała ochotę na słuchanie o wszystkich czynnościach, które należało wykonać, aby przygotować ciało do pogrzebu: większość ludzi czuło obrzydzenie, wstręt, a nawet swego rodzaju niepokój w zetknięciu z martwym ciałem. Dla Lorraine była to codzienność.
Odwróciła się, aby zdjąć rękawiczki, w których pracowała, umyć lekko już spocone dłonie i przygotować się do utrwalenia kolejnego ciała. Kiedy Victoria podniosła alarm, z powrotem odwróciła się w stronę kobiety, nie dostrzegła jednak nic podejrzanego: przenikliwe oczy Malfoy omiotły czujnie twarz Lestrange, zanim na powrót skupiła wzrok na całunie. Nie miała przecież podstaw, by jej nie wierzyć. W głowie wiły kołatała przez chwilę tylko jedna myśl.
Znowu.
– To zwykłe kadzidło zapachowe, pozbawione właściwości odurzających, i jest tutaj bardziej dla twojego komfortu niż mojego, Victorio. Dla mojego komfortu przysłano tu ciebie. – Niewzruszone opanowanie Lorraine, która z irytującym wręcz spokojem przyjęła wieść o nagłym zmartwychwstaniu, nie powinno nikogo dziwić: zbyt długo tu pracowała. Fundamenty Necronomiconu przesiąknięte były magią, a w kątach czaiła się makabra, ale kiedy mrok stawał się nie do wytrzymania, Lorraine powtarzała w myślach mantrę każdego egzorcysty – "zawsze możesz to wszystko spalić" – i odzyskiwała równowagę. Cofnęła się, powoli – jeden krok w tył, potem drugi i trzeci – dopóki nie poczuła, że opiera się o krawędź stołu, nad którym trwała pochylona od dobrych kilku godzin, wykonując zabiegi z zakrasu tanatopraksji. Wzrok utkwiony miała w ciemnym suknie całunu, spowijającym wskazane przez Lestrange truchło, ale ręką macała stół za sobą w poszukiwaniu porzuconej różdżki. – Nie masz zwidów – dodała – już bardziej stanowczo – zerkając mimochodem na aurorkę, pozostającą w stanie gotowości bojowej – to nie pierwsza taka sytuacja. Spróbuję zabezpieczyć instrumentarium. – Cofając się, Lorraine jednocześnie popychała za sobą stół prosektoryjny z zabalsamowanymi już zwłokami w głąb pomieszczenia – własnym ciałem osłoniwszy kruche szczątki kobiety, która pogrążona była w śnie wiecznym, byle dalej od zagrożenia. Szeptem, spróbowała spleść zaklęcie ochronne wokół szczątków.
rozproszenie (I)
Rzut O 1d100 - 26
Akcja nieudana
Akcja nieudana