Brenna miała póki co tylko dziewczęcy urok. Duże brązowe oczy i ogrom zadziorności. Przynajmniej w oczach Vincenta, który zawsze w niej widział przyjaciółkę, powierniczkę swoich sekretów. Nie był pewien, dlaczego jej ufał. Oczywiście wiadomo – to zaufanie w tym momencie nadal jest budowane, nadal sprawdza jakie są jej granice, a gdy je poznaje to nie chce ich przekraczać. Sa młodzi, nastoletni i jeszcze tacy niewinni oraz niedoświadczeni. Vinnie dopiero za kilka lat zrozumie jaką wartość mają osoby godne zaufania i jak łatwo jest takowe zaufanie stracić wobec innych.
Vincent z szacunku do Brenny starał się nie zapominać, że mimo bycia kumplem nadal była dziewczyną, a w przyszłości kobietą. Czasami miał wrażenie, że ona nie chce być uznawana za kobietę, że specjalnie chce się przystosować do bycia kolegą, ale z Vincentem było trudniej ze względu na to jak został wychowany. Miał spory szacunek do kobiet i uwielbiał w niej to, że była tak cholernie silna i stanowcza w swoich postanowieniach. Zawsze na urodziny dawał jej upominki, które czasem podkreślały właśnie to, że jest dziewczyną, a czasmi najzwyczajniej w świecie dawał jej coś przydatnego. Był praktycznym mężczyzną i w swoim życiu na pewno nie raz dał jej jakąś broń, która mogłaby jej uratować życie, czy cokolwiek innego, co akurat było jej potrzebne.
Paplanina Brenny wywołała w nim jedynie odruch rozbawienia, wesołości, a nawet w pewnym momencie lekceważąco przwrócił oczami. Brak ciszy przy niej był jednak dla niego kojący. Po prostu przyzwyczaił się do tego, że była Brenną, a nie kokietką lecącą na błyskotki. Była prosta, przyjemna i… i po prostu była lub miała być najlepszą przyjaciółką.
Słuchając jej rad puścił już dawno jej dłoń, oparł się o najbliższe drzewo i przez chwilę się w nią wpatrywał. Wyjął zza ucha papierosa i wsunął go pomiędzy wargi na chwilę przymykając oczy, gdy zaciągnął się drażniącym dymem. Nie było to przyjemne, ale jednocześnie kojące. Nie wiedział, czy koiło jego głowę, myśli, czy było po prostu zwykłym efektem placebo. W końcu, gdy dziewczyna skończyła mówić westchnął ciężko.
– Nie pamiętam ile miał lat jak się żenił, ale tu bardziej chodzi o słowo, które dał naszemu ojcu. Wiesz, mój staruszek faktycznie jest staruszkiem i chce być na każdym ślubie swoich dzieci, tak więc zostałem ja. Najmłodszy, najbardziej mnie cisną, nie – zaśmiał się dosyć gorzko, bo w sumie zawsze mu odpuszczano, zapominano o nim, a teraz, gdy wkroczył w świat dorosłych przypomnieli sobie o nim. Obserwował jej dłoń, która splatała sznurek huśtawki i zaśmiał się na przytyk dotyczący jego myśli. – Nie zaglądaj za daleko, bo nie wszystko jest dla twojej główki, kochanie – wyszczeszył się szeroko z łobuzerskim błyskiem w oku. Przyglądał się jak wznosi się na huśtawce, a potem spojrzał na taflę wody. Było tu tak dziwnie cicho i spokojnie. Inaczej niż na sali, gdzie wszystko głośno rozmawiali, tańczyli i się śmiali.
– Mogę cię zabrać do kuchni, albo możemy za chwilę wracać z powrotem na bal – ostatnie słowo powiedział z lekkim przekąsem. – Wiesz, ponarzekam sobie na to, ale nie dam mu tej satysfakcji. Ja się nie nadaje na męża, ani ojca – odparł z dużą pewnością siebie. Gdzieś tam w środku chciał mieć własną rodzinę, ale wolał z tym poczekać na odpowiednią osobę i przede wszystkim chciał się upewnić, że będzie się do tego nadawał.