24.10.2024, 21:26 ✶
Odchodzę od Baldwina, Eden i Eleonorki, idę w stronę namiotu artystów
– Sprzedałeś swój obraz? – Zawsze miała wysoki głos, ale jej lodowaty sopran zaskrzył się gamą wyższych niż zwykle tonów, kiedy zwróciła się w stronę kuzyna. Zdziwienie, żal, a może pretensja? Żadnemu z nich nie pozwoliła w pełni wybrzmieć, tylko jej oczy zaszkliły się dziwnie, kiedy utkwiła w chłopaku niepewne spojrzenie. Zrozumiała, gdy dostrzegła złoty laur w dłoni Baldwina, zmięty niedbale, jakby dopiero co ściągnął go z głowy. Więc cała ta batalia na początku czerwca z freskiem w rezydencji Anthony'ego w roli głównej była kaprysem zaledwie – wyrazem młodzieńczego buntu, oporu wobec autorytetów – kpiną, wycelowaną w Lorraine, wyśmiewającą jej naiwność i dobrą wolę. Tyle razy prosiła, aby był choć trochę mniej uparty, aby spojrzał przychylnym okiem na Muzę – na możliwości, jakie otwierała przed nim praca w teatrze Selwynów – na rodzinę, od której tak desperacko chciał się odciąć. Wtedy, gdy poręczyła za niego własną reputacją, niemalże wykrwawił się w proteście, odmawiając przyjęcia zapłaty. Dziś – obraz, w który przelał coś więcej niż własną krew, sprzedawał za nic nie znaczący laur, burżuazyjną kpinę z wieńca wieńczącego skroń Apolla. To on miał czelność wyrzucać jej zdradę ideałów?
– Wspaniale, Baldwinie, mój drogi, możesz być z siebie dumny – wiedziałam, że twój artystyczny kunszt zostanie należycie doceniony na salonach. – Nie kłamała. Nie musiała kłamać. Słowa ulatywały z ust Lorraine jak ptaki, wolne i nieskrępowane, choć zaskakująca płochliwość wkradła się jednocześnie w jej gesty: spuściła oczy, gładząc w zamyśleniu fałdy prostej, białej sukni i tuląc do piersi kwiaty. W pewnym sensie cieszyła się, że zmądrzał – w pewnym sensie czuła się zdradzona.
– Proszę najmocniej o wybaczenie, ale chyba zostawiłam różdżkę w namiocie artystów. Nie wiem, gdzie ja miałam głowę – usprawiedliwiła się gładko, obdarzając towarzystwo krótkim, przepraszającym uśmiechem, który miał tłumaczyć jej chwilowe roztargnienie – musiałam ją dzisiaj całkiem zatracić w sztuce – pozwoliła sobie na subtelny żart, nawiązując do słów Baldwina. Pożegnała się grzecznie, posyłając na odchodnym szybkie, acz wymowne spojrzenie Eden – kuzynka zdawała się być w swoim żywiole, mogąc śledzić rozwój sytuacji z dogodnego miejsca, a Lorraine nie sądziła, by mogła ją w tym jeszcze jakkolwiek wspomóc – zwłaszcza, że wydarzenie zbliżało się ku końcowi. Zanim jednak odeszła, zajrzała w twarz Baldwinowi, który zdawał się patrzeć wszędzie – tylko nie na nią.
– Eviva l'arte.
Słowa wieńczące ich wymianę wymówiła ciepło, niemalże czule – samej nie wiedząc, czy mają być mściwym przypomnieniem o krwi i bólu włożonych w pamiętny fresk w domu Shafiqa, na którym namazał to motto, czy obietnicą, zamkniętą w delikatnym uśmiechu, wykwitłym nagle na jej ustach. Nawet nie mogła się na niego złościć. Jak zwykle wyszła na skończoną idiotkę, ale winić mogła za to tylko siebie. Skłamała. Oczywiście, że skłamała – nie zostawiła swej różdżki w namiocie artystów – nigdy nie zostawiłaby różdżki w obcych rękach: oddała ją Baldwinowi jeszcze przed otwarciem bankietu, zaklinając go w imię Matki, by pilnował jej lepiej niż własnej duszy. Tak jak różdżka Lorraine spoczywała teraz w którejś z obszernych kieszeni szaty chłopaka, tak jej właścicielka potrzebowała skryć się na chwilę przed wszystkimi, odetchnąć, zanim ewakuuje się z resztą rodziny.
– Sprzedałeś swój obraz? – Zawsze miała wysoki głos, ale jej lodowaty sopran zaskrzył się gamą wyższych niż zwykle tonów, kiedy zwróciła się w stronę kuzyna. Zdziwienie, żal, a może pretensja? Żadnemu z nich nie pozwoliła w pełni wybrzmieć, tylko jej oczy zaszkliły się dziwnie, kiedy utkwiła w chłopaku niepewne spojrzenie. Zrozumiała, gdy dostrzegła złoty laur w dłoni Baldwina, zmięty niedbale, jakby dopiero co ściągnął go z głowy. Więc cała ta batalia na początku czerwca z freskiem w rezydencji Anthony'ego w roli głównej była kaprysem zaledwie – wyrazem młodzieńczego buntu, oporu wobec autorytetów – kpiną, wycelowaną w Lorraine, wyśmiewającą jej naiwność i dobrą wolę. Tyle razy prosiła, aby był choć trochę mniej uparty, aby spojrzał przychylnym okiem na Muzę – na możliwości, jakie otwierała przed nim praca w teatrze Selwynów – na rodzinę, od której tak desperacko chciał się odciąć. Wtedy, gdy poręczyła za niego własną reputacją, niemalże wykrwawił się w proteście, odmawiając przyjęcia zapłaty. Dziś – obraz, w który przelał coś więcej niż własną krew, sprzedawał za nic nie znaczący laur, burżuazyjną kpinę z wieńca wieńczącego skroń Apolla. To on miał czelność wyrzucać jej zdradę ideałów?
– Wspaniale, Baldwinie, mój drogi, możesz być z siebie dumny – wiedziałam, że twój artystyczny kunszt zostanie należycie doceniony na salonach. – Nie kłamała. Nie musiała kłamać. Słowa ulatywały z ust Lorraine jak ptaki, wolne i nieskrępowane, choć zaskakująca płochliwość wkradła się jednocześnie w jej gesty: spuściła oczy, gładząc w zamyśleniu fałdy prostej, białej sukni i tuląc do piersi kwiaty. W pewnym sensie cieszyła się, że zmądrzał – w pewnym sensie czuła się zdradzona.
– Proszę najmocniej o wybaczenie, ale chyba zostawiłam różdżkę w namiocie artystów. Nie wiem, gdzie ja miałam głowę – usprawiedliwiła się gładko, obdarzając towarzystwo krótkim, przepraszającym uśmiechem, który miał tłumaczyć jej chwilowe roztargnienie – musiałam ją dzisiaj całkiem zatracić w sztuce – pozwoliła sobie na subtelny żart, nawiązując do słów Baldwina. Pożegnała się grzecznie, posyłając na odchodnym szybkie, acz wymowne spojrzenie Eden – kuzynka zdawała się być w swoim żywiole, mogąc śledzić rozwój sytuacji z dogodnego miejsca, a Lorraine nie sądziła, by mogła ją w tym jeszcze jakkolwiek wspomóc – zwłaszcza, że wydarzenie zbliżało się ku końcowi. Zanim jednak odeszła, zajrzała w twarz Baldwinowi, który zdawał się patrzeć wszędzie – tylko nie na nią.
– Eviva l'arte.
Słowa wieńczące ich wymianę wymówiła ciepło, niemalże czule – samej nie wiedząc, czy mają być mściwym przypomnieniem o krwi i bólu włożonych w pamiętny fresk w domu Shafiqa, na którym namazał to motto, czy obietnicą, zamkniętą w delikatnym uśmiechu, wykwitłym nagle na jej ustach. Nawet nie mogła się na niego złościć. Jak zwykle wyszła na skończoną idiotkę, ale winić mogła za to tylko siebie. Skłamała. Oczywiście, że skłamała – nie zostawiła swej różdżki w namiocie artystów – nigdy nie zostawiłaby różdżki w obcych rękach: oddała ją Baldwinowi jeszcze przed otwarciem bankietu, zaklinając go w imię Matki, by pilnował jej lepiej niż własnej duszy. Tak jak różdżka Lorraine spoczywała teraz w którejś z obszernych kieszeni szaty chłopaka, tak jej właścicielka potrzebowała skryć się na chwilę przed wszystkimi, odetchnąć, zanim ewakuuje się z resztą rodziny.