25.10.2024, 12:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.10.2024, 12:03 przez Millie Moody.)
Millie bardzo, bardzo mocno chciała być kochana, ale też w swoim pojebaniu nie wierzyła, że ktokolwiek byłby w stanie ją pokochać. Dlatego też na sytuacje takie jak te mogła zareagować tylko w jeden sposób:
– Gez, Thomas błagam, coś Ty ćpał na tym zebraniu? Morpheus zaparzył drugi imbryk tego gówna, którym Was naćpałam poprzednio? – prychnęła obronnie. Nie chciał jego litości, nie chciała obietnic bez pokrycia, albo takich którymi jedynym pokryciem był narkotyczny sen. Nie zamierzała przepraszać za pomylenie suszów, nikt nie składał skarg. Jedynym problemem był facet pływający u jej drzwi.
– Życie podobnie jak uczucia są popierdolone, więc nie ma co się spuszczać nad nimi. Widziałeś na dole jak się wszystko pojebało. – Dodała nabzdyczona, próbując sobie to jakoś ułożyć w tej małej głowie, ale brakowało jej jednego, jedynego czynnika A, który pokazałby paluszkiem co jest dobre co złe. Jak zawsze. Jak zawsze czekała. Jak zawsze czuła brak.
Thomas nie wpisywał się w figurę jej brata. Zdecydowanie, w żaden sposób nie był do niego podobny, zbyt swobodny, zbyt miękki, zbyt puchoński. Wbrew pozorom mogło to być dużo zdrowsze dla ich relacji, szkoda tylko, że Mildred zapodziała całą stronę ze słownika oznaczoną Z. Zostało tylko Zazdrosny, Zajebisty, Zjebany. Zpierdalaj kurwa, chyba zaczynało się jednak na S.
Mimo wszystko coś zaszurało po drugiej stronie, a klamka odskoczyła, otwierając drzwi na dwa cale, jak w przednich horrorach. Millie cały czas zajmowała podłogę, zwinięta w kulkę ale nie pod skrzydłem wejścia a pod ścianą. Na przeciwko niej, przy oknie stał słoik z uschniętymi kwiatami, które kiedyś mogły być żółte.
– Dobra dawaj te chwasty, bo mi stare się skończyły i chujowo to wygląda jak się budzę – wymamrotała defensywnie w rękaw swetra nie patrząc nawet w kierunku Figga.
– Gez, Thomas błagam, coś Ty ćpał na tym zebraniu? Morpheus zaparzył drugi imbryk tego gówna, którym Was naćpałam poprzednio? – prychnęła obronnie. Nie chciał jego litości, nie chciała obietnic bez pokrycia, albo takich którymi jedynym pokryciem był narkotyczny sen. Nie zamierzała przepraszać za pomylenie suszów, nikt nie składał skarg. Jedynym problemem był facet pływający u jej drzwi.
– Życie podobnie jak uczucia są popierdolone, więc nie ma co się spuszczać nad nimi. Widziałeś na dole jak się wszystko pojebało. – Dodała nabzdyczona, próbując sobie to jakoś ułożyć w tej małej głowie, ale brakowało jej jednego, jedynego czynnika A, który pokazałby paluszkiem co jest dobre co złe. Jak zawsze. Jak zawsze czekała. Jak zawsze czuła brak.
Thomas nie wpisywał się w figurę jej brata. Zdecydowanie, w żaden sposób nie był do niego podobny, zbyt swobodny, zbyt miękki, zbyt puchoński. Wbrew pozorom mogło to być dużo zdrowsze dla ich relacji, szkoda tylko, że Mildred zapodziała całą stronę ze słownika oznaczoną Z. Zostało tylko Zazdrosny, Zajebisty, Zjebany. Zpierdalaj kurwa, chyba zaczynało się jednak na S.
Mimo wszystko coś zaszurało po drugiej stronie, a klamka odskoczyła, otwierając drzwi na dwa cale, jak w przednich horrorach. Millie cały czas zajmowała podłogę, zwinięta w kulkę ale nie pod skrzydłem wejścia a pod ścianą. Na przeciwko niej, przy oknie stał słoik z uschniętymi kwiatami, które kiedyś mogły być żółte.
– Dobra dawaj te chwasty, bo mi stare się skończyły i chujowo to wygląda jak się budzę – wymamrotała defensywnie w rękaw swetra nie patrząc nawet w kierunku Figga.