25.10.2024, 12:15 ✶
W gruncie rzeczy Brenna chyba nie chciała być uznana za nikogo konkretnie – nie zastanawiała się nad tym, i nawet nie starała szczególnie zachowywać jak chłopiec: nie miała żadnego problemu choćby z przyjściem tutaj w sukience. Ale jakoś odruchowo wchodziła w rolę koleżanki czy kumpla nawet. Nie przyswajała pewnych rzeczy, na przykład tego, dlaczego opiekunka Gryffindoru tak strasznie martwiła się, że czasem przyłapywała podopieczną w dziwnych miejscach w towarzystwie Ślizgona – i musiała zacząć pracować w Brygadzie Uderzeniowej, żeby zaczęło do niej docierać, o co mogła ich podejrzewać. A nawet wtedy nie od razu załapała, że McGonagall go przez to zwyczajnie nie lubiła.
I że z jednej strony to było krzywdzące, z drugiej ciężko było się dziwić.
– Czy twój ojciec złożył wieczystą przysięgę, że zrujnuje życie wszystkim swoim dzieciom? – zdziwiła się Brenna, odbijając się znowu od ziemi, i rujnując sobie już do końca fryzurę, i tak podniszczoną przez Vincenta, bo pęd powietrza bawił się długą spódnicą i włosami. Ale jak tu się oprzeć huśtawce? – Znaczy się, nie żeby każde małżeństwo było takie fatalne, moi rodzice się dogadują, ale tak patrząc, to mam wrażenie, że większość małżeństw czystokrwistych jest totalnie nieszczęśliwa. – Żeby daleko nie patrzeć, Brenna była tylko rocznik wyżej niż bratanek Vincenta, Laurent Prewett. Bratanek Vincenta, nie był synem jego bratowej. I Brenna zupełnie nie wyobrażała sobie, jak ktokolwiek mógłby być w takiej sytuacji szczęśliwy.
Pozwoliła huśtawce zatrzymać się, ale oczywiście nie mogła usiedzieć na niej po prostu i nic nie robić: zaczęła więc okręcać ją tak, by sznurki zaczęły się ze sobą splatać, oczywiście w celu późniejszego puszczenia i pozwolenia na szybkie rozplecenie.
– Jeszcze rozumiem, jakbyś nie miał starszego brata, i drugiego brata, i siostry, i do licha, ty masz chyba… zaraz, czy ty nie masz bratanków starszych od siebie? – spytała, dokonując szybkich przeliczeń, sama zdziwiona tym, co tutaj z tych wyliczeń wyszło. Nie żeby to było aż tak zaskakujące, w końcu jeden z jej kuzynów już miał dzieciaka i mały Frank był tutaj pewnego rodzaju gwarantem przetrwania rodu… – Wiesz co? To obsesja. Taka totalna obsesja. Jestem pewna, że to się kwalifikuje do Lecznicy Dusz. Dobrze, że u mnie wszyscy są rozsądni i skupiają się na Eriku.
Brenna wbrew pozorom rozumiała, że wśród rodzin czystokrwistych nacisk na mariaże jest dość naturalne, ale Vincent był dalej n a s t o l a t k i e m. I miał żonatych braci.
Zeskoczyła wreszcie z huśtawki i stanęła przed Vincentem, zadzierając głowę, by spojrzeć na niego krytycznie.
– Nie nadajesz się – przytaknęła, bo absolutnie go sobie nie wyobrażała jako ojca. – Hm… a w tej kuchni mają tort?
I że z jednej strony to było krzywdzące, z drugiej ciężko było się dziwić.
– Czy twój ojciec złożył wieczystą przysięgę, że zrujnuje życie wszystkim swoim dzieciom? – zdziwiła się Brenna, odbijając się znowu od ziemi, i rujnując sobie już do końca fryzurę, i tak podniszczoną przez Vincenta, bo pęd powietrza bawił się długą spódnicą i włosami. Ale jak tu się oprzeć huśtawce? – Znaczy się, nie żeby każde małżeństwo było takie fatalne, moi rodzice się dogadują, ale tak patrząc, to mam wrażenie, że większość małżeństw czystokrwistych jest totalnie nieszczęśliwa. – Żeby daleko nie patrzeć, Brenna była tylko rocznik wyżej niż bratanek Vincenta, Laurent Prewett. Bratanek Vincenta, nie był synem jego bratowej. I Brenna zupełnie nie wyobrażała sobie, jak ktokolwiek mógłby być w takiej sytuacji szczęśliwy.
Pozwoliła huśtawce zatrzymać się, ale oczywiście nie mogła usiedzieć na niej po prostu i nic nie robić: zaczęła więc okręcać ją tak, by sznurki zaczęły się ze sobą splatać, oczywiście w celu późniejszego puszczenia i pozwolenia na szybkie rozplecenie.
– Jeszcze rozumiem, jakbyś nie miał starszego brata, i drugiego brata, i siostry, i do licha, ty masz chyba… zaraz, czy ty nie masz bratanków starszych od siebie? – spytała, dokonując szybkich przeliczeń, sama zdziwiona tym, co tutaj z tych wyliczeń wyszło. Nie żeby to było aż tak zaskakujące, w końcu jeden z jej kuzynów już miał dzieciaka i mały Frank był tutaj pewnego rodzaju gwarantem przetrwania rodu… – Wiesz co? To obsesja. Taka totalna obsesja. Jestem pewna, że to się kwalifikuje do Lecznicy Dusz. Dobrze, że u mnie wszyscy są rozsądni i skupiają się na Eriku.
Brenna wbrew pozorom rozumiała, że wśród rodzin czystokrwistych nacisk na mariaże jest dość naturalne, ale Vincent był dalej n a s t o l a t k i e m. I miał żonatych braci.
Zeskoczyła wreszcie z huśtawki i stanęła przed Vincentem, zadzierając głowę, by spojrzeć na niego krytycznie.
– Nie nadajesz się – przytaknęła, bo absolutnie go sobie nie wyobrażała jako ojca. – Hm… a w tej kuchni mają tort?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.