25.10.2024, 13:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.10.2024, 13:31 przez Brenna Longbottom.)
Uważała, że absolutnie nie miał prawa winić ją za tę pomyłkę, w końcu był w barze jej wujka, w kapeluszu, całkiem podobnym do jednego z tych Woodyego, nakleił sobie wąsy i jeszcze stanął tak, że zasłaniał światło. Dobrze, że nie wiedziała, że jego zdaniem pomyliła go z Morpheusem, jeszcze by wyjaśniła, że no absolutnie nie, nigdy by ich nie pomyliła, bo zarost Morpheusa lepiej wyglądał i nie nosił takich beznadziejnych kapeluszy – i w końcu pobiliby się tutaj we dwoje. Nie potrzebowaliby nawet męt z Nokturna.
Spojrzała na niego znad tej od miesiąca nie czyszczonej szklanki, niby świadoma, że jego słowa to żart, zwykła zaczepka, ale nie mogąc nie potraktować ich przynajmniej po części poważnie. Nie pomyśleć nad tym, na czym myśleć nie chciała, gdy tu wchodziła. Czy to by cokolwiek załatwiło? Nie. Nie chciała przecież pobić nikogo z Zakonu, nie mogła walnąć w nos sama siebie, a bijatyka na Nokturnie, chociaż zdawała się w tej chwili całkiem kusząca, niczego by nie załatwiła. Problemy by nie znikły. A ona wcale nie poczułaby się lepiej na dłuższą metę.
– Chyba nie – powiedziała więc w końcu, odchylając głowę w tył i spoglądając na belki pod sufitem Rejwachu, tonące w półmroku. Portret na ścianie w pobliżu rzucił kilka przekleństw, a Brenna mimowolnie pomyślała, że Woody gdy się tu zapowiadała, rzucał na nie zaklęcia zamrażające – i że być może powinna to ocenić. – Nie żebym narzekała, gdyby się trafiło, ale chyba by nie rozwiązało żadnych problemów. Jestem…
Zawahała się, bo właściwie co? Nie była wściekła, nie była nawet na dnie rozpaczy: rozpaczanie chyba w ogóle nie leżało w naturze Brenny. Raczej bardzo nie wiedziała, co robić. I wiedziała za to, czego robić nie mogła. Nie mogła prowadzić zebrań, z których ludzie wychodzą, nie mogła dawać im informacji, jeśli na krótki fakt „pracuje dla śmierciożerców, a to będzie jego żona”, rzucony choćby po to, by nagle narzeczony tejże nie został niechcący zaproszony jako osoba towarzysząca na urodziny Dory, dostawała odpowiedzieć brzmiącą w jej uszach jak „ale czemu to w ogóle mówisz, to o niczym nie świadczy” i nie mogła być lojalna bez reszty wobec organizacji, składającej się z ufających sobie ludzi gotowych walczyć i zginąć dla idei, jeżeli mieli do niej dołączać ludzie, którym trudno zaufać i zdecydowanie nie wydawali się oddani konkretnej stronie. Być może mieli rację, że należało po prostu werbować każdego, kto był skłonny pomóc, ale to wymuszało na niej gwałtowną zmianę podejścia. Przewartościowania i zmiany wszystkiego, w co wierzyła. Nie było łatwo zrobić to na pstryknięcie palców.
– Zmęczona – dokończyła w końcu, bo zdało się jej, że to najlepsze słowo. Nie chodziło o zmęczenie fizyczne, raczej psychiczne. I nie tylko tym wieczorem, bo stanowił finał trudnego dla wszystkich lata, które nastąpiło po równie trudnej wiośnie. Sam w sobie nie wystarczyłby, ale wszystko razem, tysiąc jeden spraw, Beltane, duch w lesie, Derwin, Voldemort, Perła Morza, pobyt Millie w Lecznicy, Thomas i czarna magia, wampirzyca Dolores, przygnębienie Victorii, i wiele innych rzeczy... To wreszcie się skumulowało. – Po prostu zmęczona. A ty wpadłeś tu znaleźć jakieś kłopoty? Albo rozwiązać problemy dając komuś w nos? – spytała w końcu, nie patrząc na Atreusa. – Jasne. Wąs jest święty, odnotowano.
Mogłaby wspomnieć, że wygląda zupełnie jak ten, który wyhodował sobie clemensowy, ale podarowała sobie znęcanie.
Spojrzała na niego znad tej od miesiąca nie czyszczonej szklanki, niby świadoma, że jego słowa to żart, zwykła zaczepka, ale nie mogąc nie potraktować ich przynajmniej po części poważnie. Nie pomyśleć nad tym, na czym myśleć nie chciała, gdy tu wchodziła. Czy to by cokolwiek załatwiło? Nie. Nie chciała przecież pobić nikogo z Zakonu, nie mogła walnąć w nos sama siebie, a bijatyka na Nokturnie, chociaż zdawała się w tej chwili całkiem kusząca, niczego by nie załatwiła. Problemy by nie znikły. A ona wcale nie poczułaby się lepiej na dłuższą metę.
– Chyba nie – powiedziała więc w końcu, odchylając głowę w tył i spoglądając na belki pod sufitem Rejwachu, tonące w półmroku. Portret na ścianie w pobliżu rzucił kilka przekleństw, a Brenna mimowolnie pomyślała, że Woody gdy się tu zapowiadała, rzucał na nie zaklęcia zamrażające – i że być może powinna to ocenić. – Nie żebym narzekała, gdyby się trafiło, ale chyba by nie rozwiązało żadnych problemów. Jestem…
Zawahała się, bo właściwie co? Nie była wściekła, nie była nawet na dnie rozpaczy: rozpaczanie chyba w ogóle nie leżało w naturze Brenny. Raczej bardzo nie wiedziała, co robić. I wiedziała za to, czego robić nie mogła. Nie mogła prowadzić zebrań, z których ludzie wychodzą, nie mogła dawać im informacji, jeśli na krótki fakt „pracuje dla śmierciożerców, a to będzie jego żona”, rzucony choćby po to, by nagle narzeczony tejże nie został niechcący zaproszony jako osoba towarzysząca na urodziny Dory, dostawała odpowiedzieć brzmiącą w jej uszach jak „ale czemu to w ogóle mówisz, to o niczym nie świadczy” i nie mogła być lojalna bez reszty wobec organizacji, składającej się z ufających sobie ludzi gotowych walczyć i zginąć dla idei, jeżeli mieli do niej dołączać ludzie, którym trudno zaufać i zdecydowanie nie wydawali się oddani konkretnej stronie. Być może mieli rację, że należało po prostu werbować każdego, kto był skłonny pomóc, ale to wymuszało na niej gwałtowną zmianę podejścia. Przewartościowania i zmiany wszystkiego, w co wierzyła. Nie było łatwo zrobić to na pstryknięcie palców.
– Zmęczona – dokończyła w końcu, bo zdało się jej, że to najlepsze słowo. Nie chodziło o zmęczenie fizyczne, raczej psychiczne. I nie tylko tym wieczorem, bo stanowił finał trudnego dla wszystkich lata, które nastąpiło po równie trudnej wiośnie. Sam w sobie nie wystarczyłby, ale wszystko razem, tysiąc jeden spraw, Beltane, duch w lesie, Derwin, Voldemort, Perła Morza, pobyt Millie w Lecznicy, Thomas i czarna magia, wampirzyca Dolores, przygnębienie Victorii, i wiele innych rzeczy... To wreszcie się skumulowało. – Po prostu zmęczona. A ty wpadłeś tu znaleźć jakieś kłopoty? Albo rozwiązać problemy dając komuś w nos? – spytała w końcu, nie patrząc na Atreusa. – Jasne. Wąs jest święty, odnotowano.
Mogłaby wspomnieć, że wygląda zupełnie jak ten, który wyhodował sobie clemensowy, ale podarowała sobie znęcanie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.