25.10.2024, 16:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.10.2024, 19:15 przez Thomas Figg.)
- Dzisiaj sam robiłem herbatę, więc jak tak to wszystkie są do wyjebania - zaśmiał się, ale nie, tym razem herbata smakowała owocami, a nie ziemią, tym razem wuj nie mieszał palców w jego zachowaniu. Poprzednim razem wystarczyło. I choć wielu zapewne uznałoby to za fatalną pomyłkę to jednak Figg był z niej zadowolony.
Nie kierowała nim jednak litość, z niej mógłby zaoferować komuś kubek herbaty i koc, żeby się mógł uspokoić. Z Millie nie podążył z tych pobudek, jej chciał pomóc .Zawsze stawiał dobro i szczęście innych ponad swoim. Kiedy tak naprawdę ostatnio był szczęśliwy?
Dobrze wiesz i nie powtórzysz tego zaatakował go głos w głowie, który niczym demoniczny sufler postanowił dręczyć Thomasa.
Zostanie ci jedynie blaknące wspomnienie, bo jesteś słabym człowiekiem
Zacisnął pięści, pierwszy raz próbował wyciągnąć rękę po coś czego naprawdę pragnął, chwycić się tej nici która ich połączyła, skupić się na niej, odkryć czym jest. O ironio chciał się trzymać nici której koloru by nie był w stanie rozpoznać, gdyby był w stanie je widzieć.
Westchnął, bał się tego wszystkiego, nie rozumiał swoich uczuć, ale najbardziej obawiał się tego co czuje Millie.
- Bo nie wszystko jest czarno białe, życie to morze szarości, z którego musisz odłowić inne kolory - zaczął powoli, bo faktycznie to co się wydarzyło na spotkaniu będzie wymagało ogarnięcia. Jednak Thomas nie mógł zajmować się kilkoma rzeczami na raz, teraz liczyła się ona, samolubnie postawił ją przed wszystkim innym.- Ale są przecież uczucia które warto pielęgnować - powiedział ostrożnie.
Będzie bolało, oj będzie, lepiej tego nie rób...
Szyderczy głos jakby go ostrzegał, ale nie mógł go powstrzymać. Zobaczenie jej na dole umęczonej sprawiało, że pękało mu serce. Sama rozmowa z nią sprawiała, że czuł... Kurwa co on czuł? Nie potrafił tego jeszcze nazwać, był beznadziejny jeśli o to chodzi, ale wiedział, że do tej pory tego nie czuł. Nie mógł ukrywać przed sobą, że było to najpiękniejsze doznanie w jego życiu.
Drgnął i przestał opierać się o drzwi, gdy tylko usłyszał szmer. I to całkiem dobrze, bo skończyłby na plecach na progu pokoju Moody. Pospiesznie wyciągnął z torby pudełko, które otworzył i wyciągnął z niego bukiet żonkili przewiązanych jasnoszarą wstążką, podobał mu się ten kolor, sugerował niewinność, ale nie w pełni czystą, niczym miłość człowieka z dziurawym sercem. Gdyby tylko ktoś mu mógł powiedzieć, że wstążka była jasnoczerwona, a nie szara...
- Zachowałaś je? - w jego głosie słyszalna była nuta zdziwienia, ale i radości. Milion myśli wpadło mu do głowy, ale jedna kołatała się w niej nieubłagania "chujowo to wygląda jak się budzę". I nawet podszepty głosu o tym, że to kwiaty wyglądają chujowo, a nie fakt, że już zwiędły do niego nie dotarły. ONA JE ZATRZYMAŁA, nie wyrzuciła. Niby niewielka rzecz, drobny gest, jednak poczuł się jakby dostał skrzydeł.
Wszedł powoli do jej pokoju zostawiajac torbę po drugiej stronie drzwi, nie była mu potrzebna, najważniejsze miał w dłoniach, bukiet żonkili. Momentalnie poczuł w sobie chęć przytulenia skulonej postaci, gdy tylko ją zobaczył. Ale tak bardzo przypominała osaczoną zwierzynę, która uciekłaby, gdyby tylko zbliżył się zbyt gwałtownie. Dlatego podszedł i klęknął podwijając nogi pod siebie i siadając na własnych piętach, na wyciągniętych dłoniach, niczym rycerz oddający damie swego serca miecz wyciągnął ów bukiet.
- Wróciłem...
Długo ci zajęło, nie ma co, zaraz znowu znikniesz?
- Wróciłem dla ciebie - dokończył, nie przyszedł tu z poczucia obowiązku, choć to też gdzieś się tam tliło, to jednak żar, który go przywiódł był zupełnie innego pochodzenia.
Nie kierowała nim jednak litość, z niej mógłby zaoferować komuś kubek herbaty i koc, żeby się mógł uspokoić. Z Millie nie podążył z tych pobudek, jej chciał pomóc .Zawsze stawiał dobro i szczęście innych ponad swoim. Kiedy tak naprawdę ostatnio był szczęśliwy?
Dobrze wiesz i nie powtórzysz tego zaatakował go głos w głowie, który niczym demoniczny sufler postanowił dręczyć Thomasa.
Zostanie ci jedynie blaknące wspomnienie, bo jesteś słabym człowiekiem
Zacisnął pięści, pierwszy raz próbował wyciągnąć rękę po coś czego naprawdę pragnął, chwycić się tej nici która ich połączyła, skupić się na niej, odkryć czym jest. O ironio chciał się trzymać nici której koloru by nie był w stanie rozpoznać, gdyby był w stanie je widzieć.
Westchnął, bał się tego wszystkiego, nie rozumiał swoich uczuć, ale najbardziej obawiał się tego co czuje Millie.
- Bo nie wszystko jest czarno białe, życie to morze szarości, z którego musisz odłowić inne kolory - zaczął powoli, bo faktycznie to co się wydarzyło na spotkaniu będzie wymagało ogarnięcia. Jednak Thomas nie mógł zajmować się kilkoma rzeczami na raz, teraz liczyła się ona, samolubnie postawił ją przed wszystkim innym.- Ale są przecież uczucia które warto pielęgnować - powiedział ostrożnie.
Będzie bolało, oj będzie, lepiej tego nie rób...
Szyderczy głos jakby go ostrzegał, ale nie mógł go powstrzymać. Zobaczenie jej na dole umęczonej sprawiało, że pękało mu serce. Sama rozmowa z nią sprawiała, że czuł... Kurwa co on czuł? Nie potrafił tego jeszcze nazwać, był beznadziejny jeśli o to chodzi, ale wiedział, że do tej pory tego nie czuł. Nie mógł ukrywać przed sobą, że było to najpiękniejsze doznanie w jego życiu.
Drgnął i przestał opierać się o drzwi, gdy tylko usłyszał szmer. I to całkiem dobrze, bo skończyłby na plecach na progu pokoju Moody. Pospiesznie wyciągnął z torby pudełko, które otworzył i wyciągnął z niego bukiet żonkili przewiązanych jasnoszarą wstążką, podobał mu się ten kolor, sugerował niewinność, ale nie w pełni czystą, niczym miłość człowieka z dziurawym sercem. Gdyby tylko ktoś mu mógł powiedzieć, że wstążka była jasnoczerwona, a nie szara...
- Zachowałaś je? - w jego głosie słyszalna była nuta zdziwienia, ale i radości. Milion myśli wpadło mu do głowy, ale jedna kołatała się w niej nieubłagania "chujowo to wygląda jak się budzę". I nawet podszepty głosu o tym, że to kwiaty wyglądają chujowo, a nie fakt, że już zwiędły do niego nie dotarły. ONA JE ZATRZYMAŁA, nie wyrzuciła. Niby niewielka rzecz, drobny gest, jednak poczuł się jakby dostał skrzydeł.
Wszedł powoli do jej pokoju zostawiajac torbę po drugiej stronie drzwi, nie była mu potrzebna, najważniejsze miał w dłoniach, bukiet żonkili. Momentalnie poczuł w sobie chęć przytulenia skulonej postaci, gdy tylko ją zobaczył. Ale tak bardzo przypominała osaczoną zwierzynę, która uciekłaby, gdyby tylko zbliżył się zbyt gwałtownie. Dlatego podszedł i klęknął podwijając nogi pod siebie i siadając na własnych piętach, na wyciągniętych dłoniach, niczym rycerz oddający damie swego serca miecz wyciągnął ów bukiet.
- Wróciłem...
Długo ci zajęło, nie ma co, zaraz znowu znikniesz?
- Wróciłem dla ciebie - dokończył, nie przyszedł tu z poczucia obowiązku, choć to też gdzieś się tam tliło, to jednak żar, który go przywiódł był zupełnie innego pochodzenia.