25.10.2024, 23:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.10.2024, 23:41 przez Eden Lestrange.)
Rozchodzę się z mamą, Lorraine i Baldwinem, idę chuchać ojcu w kark
Bariera prysła niczym czar pozornej normalności roztoczonej nad każdą okazją, którą uświetniał swoją obecnością jej ojciec.
Uniosła oczy jak na komendę, kiedy nagie ramiona oplótł nieproszony zimny powiew, wywołując u Eden gęsią skórkę - żadna komórką ciała nie dałaby znać, że to nie jedynie chłód, a również strach wywołał reakcję na jej skórze.
- Wiedziałam, kurw... - urwała przekleństwo, łapiąc się na transgresji, ale nie dało się ukryć, że wyrwało się z piersi wbrew jej woli, choć zwykle wolałaby się dać pokroić niż coś tak ordynarnego przez usta przepuścić. Zaczęła ponownie szukać ojca w tłumie, choć tym razem zadanie miała utrudnione, bo przed oczyma widziała przede wszystkim czerwień zalewającej jej właśnie krwi. Niczego w tym momencie nie chciała bardziej, niż okazać się fałszywym prorokiem, wyjść na skrajnie głupią paranoiczkę w oczach Longbottom, taką, co już plecie bzdury, bo prosecco dokładane do każdego posiłku przeżarło jej mózg.
Korelacja nie implikuje przyczynowości, zaczęła do siebie powtarzać w myślach niczym mantrę, naiwnie chcąc wierzyć, że po prostu rzucający zaklęcie ochronne był łamagą. Kimś, kogo się zwolni i wyrzuci na zbity pysk za niedopatrzenie, a potem cała sprawa rozejdzie się po kościach i będzie jedynie wspominana na salonach jako sensacja z gatunku "kto to widział".
Oddychała miarowo, próbując się uspokoić i przede wszystkim zachować twarz, bo z sianiem paniki nie było jej do twarzy. Ignorowała wszelkie szmery i rozmowy wokół, wodząc spojrzeniem po podejrzanych członkach rodziny, ale w pewnym momencie usłyszała własne nazwisko, wyartykułowane tak, jakby autor walczył z jakąś ciężką chorobą. Ściągnęła ku głosowi poirytowane spojrzenie, rozjuszona już całym ambarasem z ojcem i barierą, a teraz dodatkowo wnerwiona, że ktoś ją od śledzenia Fortinbrasa odciąga. Oczy spotkały Baldwina, a mimika twarzy Eden dosłownie się zapadła. Doszła do wniosku, że wywołał w niej dokładnie takie samo uczucie, jak Alexander wpraszający się na wesele Blacków.
- Masz udar? - Zapytała, ale bez krzty troski, chyba tylko po to, żeby wbić mu szpilę i zostawić go z tą refleksją. Nie wiedziała, czy miał jakieś porażenie mózgowe od teraz, czy tak mu się trafiło na loterii genetycznej, ale skoro tak literował z trudem jej nazwisko, to coś musiało być z chłopakiem nie tak.
Nie poczekała na odpowiedź, bo spostrzegła ojca ruszającego dziarsko ku Ministrze. Zostawiła młodzież samą sobie, nie widząc nawet, że niewiele później czmychnęli ku namiotowi - Lorraine miała głowę na karku, więc Eden się o nią nie martwiła. Baldwina mógł trafić szlag, ale miał szczęście, że młoda się o niego z nieznanych przyczyn troszczyła.
Ruszyła w ślad za ojcem, ale pozostawała jego cieniem. Wiedziała, że nie mogła się ukryć, całym swoim jestestwem przyzdobionym pstrokatą suknią odznaczała się na tle gości. Niemniej nadal miała zamiar czyhać tuż za plecami Fortinbrasa, żeby zasłyszeć, jakie intencje ma wobec Ministry. Nie była jeszcze przekonana co do tego, żeby bronić kobietę własną piersią, ale skłaniała się ku przerwaniu ich rozmowy choćby i w najdurniejszy sposób, gdyby zmierzała w niebezpieczne rejony. Nie pozwoli na powtórkę z Beltane, choćby miała się tutaj położyć na podłodze i zacząć wyć jak pięcioletni Elliott. A poza tym zawsze mogła udawać, że chce teleportować się wraz z ojcem do domu. Z braku laku dobry i kit.
Percepcja, zapuszczam żurawia na Fortiego i Ministrę
Bariera prysła niczym czar pozornej normalności roztoczonej nad każdą okazją, którą uświetniał swoją obecnością jej ojciec.
Uniosła oczy jak na komendę, kiedy nagie ramiona oplótł nieproszony zimny powiew, wywołując u Eden gęsią skórkę - żadna komórką ciała nie dałaby znać, że to nie jedynie chłód, a również strach wywołał reakcję na jej skórze.
- Wiedziałam, kurw... - urwała przekleństwo, łapiąc się na transgresji, ale nie dało się ukryć, że wyrwało się z piersi wbrew jej woli, choć zwykle wolałaby się dać pokroić niż coś tak ordynarnego przez usta przepuścić. Zaczęła ponownie szukać ojca w tłumie, choć tym razem zadanie miała utrudnione, bo przed oczyma widziała przede wszystkim czerwień zalewającej jej właśnie krwi. Niczego w tym momencie nie chciała bardziej, niż okazać się fałszywym prorokiem, wyjść na skrajnie głupią paranoiczkę w oczach Longbottom, taką, co już plecie bzdury, bo prosecco dokładane do każdego posiłku przeżarło jej mózg.
Korelacja nie implikuje przyczynowości, zaczęła do siebie powtarzać w myślach niczym mantrę, naiwnie chcąc wierzyć, że po prostu rzucający zaklęcie ochronne był łamagą. Kimś, kogo się zwolni i wyrzuci na zbity pysk za niedopatrzenie, a potem cała sprawa rozejdzie się po kościach i będzie jedynie wspominana na salonach jako sensacja z gatunku "kto to widział".
Oddychała miarowo, próbując się uspokoić i przede wszystkim zachować twarz, bo z sianiem paniki nie było jej do twarzy. Ignorowała wszelkie szmery i rozmowy wokół, wodząc spojrzeniem po podejrzanych członkach rodziny, ale w pewnym momencie usłyszała własne nazwisko, wyartykułowane tak, jakby autor walczył z jakąś ciężką chorobą. Ściągnęła ku głosowi poirytowane spojrzenie, rozjuszona już całym ambarasem z ojcem i barierą, a teraz dodatkowo wnerwiona, że ktoś ją od śledzenia Fortinbrasa odciąga. Oczy spotkały Baldwina, a mimika twarzy Eden dosłownie się zapadła. Doszła do wniosku, że wywołał w niej dokładnie takie samo uczucie, jak Alexander wpraszający się na wesele Blacków.
- Masz udar? - Zapytała, ale bez krzty troski, chyba tylko po to, żeby wbić mu szpilę i zostawić go z tą refleksją. Nie wiedziała, czy miał jakieś porażenie mózgowe od teraz, czy tak mu się trafiło na loterii genetycznej, ale skoro tak literował z trudem jej nazwisko, to coś musiało być z chłopakiem nie tak.
Nie poczekała na odpowiedź, bo spostrzegła ojca ruszającego dziarsko ku Ministrze. Zostawiła młodzież samą sobie, nie widząc nawet, że niewiele później czmychnęli ku namiotowi - Lorraine miała głowę na karku, więc Eden się o nią nie martwiła. Baldwina mógł trafić szlag, ale miał szczęście, że młoda się o niego z nieznanych przyczyn troszczyła.
Ruszyła w ślad za ojcem, ale pozostawała jego cieniem. Wiedziała, że nie mogła się ukryć, całym swoim jestestwem przyzdobionym pstrokatą suknią odznaczała się na tle gości. Niemniej nadal miała zamiar czyhać tuż za plecami Fortinbrasa, żeby zasłyszeć, jakie intencje ma wobec Ministry. Nie była jeszcze przekonana co do tego, żeby bronić kobietę własną piersią, ale skłaniała się ku przerwaniu ich rozmowy choćby i w najdurniejszy sposób, gdyby zmierzała w niebezpieczne rejony. Nie pozwoli na powtórkę z Beltane, choćby miała się tutaj położyć na podłodze i zacząć wyć jak pięcioletni Elliott. A poza tym zawsze mogła udawać, że chce teleportować się wraz z ojcem do domu. Z braku laku dobry i kit.
Percepcja, zapuszczam żurawia na Fortiego i Ministrę
Rzut Z 1d100 - 35
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 70
Sukces!
Sukces!
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~