Księżyc zaczynał świecić jasną łuną, na niebie pojawiła się właściwie jego część, bo pełnia była kilka dni temu. Yaxleyówna pomyślała, że wyglądało to całkiem malowniczo. Trawa pokryta drobnym szronem, powoli padające z nieba płatki śniegu, temperatura nie najgorsza. Idealne warunki, żeby komuś dzisiaj wpierdolić.
Tak, oczywiście nie zamierzała uciekać, Geraldine nie była miękką fają, mogła powymieniać z dwójką przeciwników serie zaklęć, wiedziała, że sobie z tym poradzi, była tego pewna. Od lat ćwiczyła pojedynki, to nie mogło być trudniejsze od tego, co robiła oficjalnie. Miała w ogóle całkiem duże szczęście, że postanowiła zostać częścią klubu pojedynków, bo wiedziała, że każdy walczy w inny sposób, szczególnie magią, a ją zaczynało zaskakiwać coraz mniej posunięć. Miała świadomość, że poplecznicy Voldemorta zapewne nie wiedzą, czym jest honor i nie będą mieli oporów, przed nie do końca szlachetnymi zagrywkami, ale ona też potrafiła oszukiwać, ona również nie należała do tych osób, które musiały grać według zasad, wręcz przeciwnie - nie zamierzała tego robić. Nie kiedy cel był jeden - przeżyć.
Może i powinna wziąć nogi za pas, ale to nie było dla niej typowym posunięciem, walczyła z bestiamii, na pewno poradzi sobie z ludźmi (wiedziała, że ludzie to najgorsze potwory).
Póki co przeciwników było dwóch, nie była w stanie określić z kim walczy, bo mieli zakryte twarze. Tak bardzo byli pewni swoich poglądów, że wstyd im było za nie walczyć, odważni - nie ma co. Wydawało jej się jednak, że to była kobieta i mężczyzna, przynajmniej na pierwszy rzut oka, kiedy mogła ocenić wygląd ich sylwetek. To nic nie zmieniało, ale dobrze było wiedzieć.
Geraldine nie zamierzała dzisiaj nikogo zabijać, to raczej nie był jej sposób na załatwianie podobnych problemów. Mogła ich trochę poturbować, ale nie chciała mieć na sumieniu ludzi. To jeszcze nie był ten moment, w którym mogłaby kogoś zabić ot tak.
Zaklęcia świstały w powietrzu, dostała nawet jednym rykoszetem w twarz, rozcięcie nie było duże, ale piekło, poczuła też ciepło krwi, która znalazła się na jej policzku, skapnęła też na oszronioną trawę. Gęsta, purpurowa krew, przez widok której zacisnęła mocniej zęby. Najwyraźniej oni nie mieli oporów przed tym, żeby faktycznie ją zranić powinna o tym pamiętać, i wybierać nieco bardziej przemyślane zaklęcia. Mogła tu umrzeć, mimo, że to nie po nią przyszli. Chcieli zaatakować mugolaków, u których znalazła się zupełnym przypadkiem.
Ciekawe ile było takich przypadkowych ofiar, które znalazły się bez żadnego powodu w miejscu, które akurat postanowili zaatakować, na pewno wiele. Oczywiście nie zamierzała do nich dołączyć. Yaxleyówna nie była ofiarą, była myśliwą, stworzoną do walki, nie powinna więc mieć z tym najmniejszego problemu. Nie uciekała, wręcz przeciwnie zbliżała się do swoich przeciwników między drzewami, żeby za bardzo się nie wychylać. Jeśli znajdzie się na odpowiedniej odległości poza magią będzie mogła skorzystać z broni, oczywiście że miała przy sobie sztylety, może nie zawrotną ilość, bo znalazła się tu tylko po o to aby wywalić gnomy ogrodowe zza domu, ale jednak miała przy sobie broń.
Znalazła się kilka metrów od zamaskowanych czarodziejów, wystarczająco blisko, żeby mieć pewność że jak rzuci w nich sztyletem to na pewno trafi i będzie mieć możliwość popchnąć mocniej, gdyby wbił się zbyt delikatnie.
Wiedziała, że powinna była uciekać, jednak wkurzyli ją kiedy zaczęli gonić za tymi dzieciakami. Dzieciakami, które nie potrafiły się bronić, miały przed sobą całe życie, które nic nikomu nie zrobiły. Tego nie mogła znieść. To było dla niej zbyt wiele. Dlatego też właśnie nadal dzielnie rzucała zaklęcia. Jedno za drugim, była bardzo mocno na tej czynności skupiona.
Wiedziała, że są na etapie, albo oni, albo ona, co skutecznie motywowało ją do tego, aby być od nich szybszą. Przeciwników było dwóch, co trochę komplikowało sytuację, ale nie zamierzała się tak szybko poddawać.
Udało jej się podpalić płaszcz kobiety (przynajmniej tak zakładała, że to była kobieta) dzięki czemu na moment wykluczyła ją z walki. Mogła się więc skupić na wymianie zaklęć z mężczyzną. Uniknęła nawet calm em zgrabnie jego drętwoty, niczym w tańcu, bo zrobiła przy tym całkiem efektowny piruet, tylko nieliczni wiedzieli, że to wcale nie jest zasługa pobieranych przez lata lekcji tańca, a szermierki, którą trenowała od dziecka.
Kątem oka zauważyła, że dobiegły jeszcze dwie zamaskowane osoby. Wiedziała, że nie poradzi sobie z taką ilością przeciwników. Całkiem zabawne, bo przecież mówiła, że nie dotyczy jej ten konflikt i nie chciała brać w nim udziału, a przede wszystkim umierać za nieswoje ideały.
Cóż, życie bywało nieprzewidywalne. Powinna zdawać sobie z tego sprawę. Machnęła szybko różdżką raz jeszcze, udało jej się ranić mężczyznę, który stał najbliżej niej, ale wtedy poczuła, że oberwała zaklęciem, bardzo paskudnym, najprawdopodobniej czarno magicznym, skuliła się na ziemi, poczuła ból rozchodzący się po całym ciele, ale nie wydawało jej się, żeby był fizyczny. Ktoś musiał mieszać jej w głowie. To nie było możliwe, żeby poczuła coś takiego przez zranione ciało.