26.10.2024, 19:31 ✶
– Sądzisz, że na jak długo by pomogło? – spytała, a potem uniosła tę szklankę w geście niemego toastu, zanim wypiła resztę jej zawartości. To nie był słaby alkohol, chociaż nie był też tym najmocniejszym: trochę sama nie była pewna, jak na nią zadziała, bo nigdy k i e d y ś głowę miała mocną, ogólnie zresztą jedzenie i eliksiry słabo na nią działały, ale nie piła od lat. Atreus miał rację, nie pasowało to do niej. Za mocno zakodowała sobie, że pewnych rzeczy robić jej po prostu nie wolno. Zwłaszcza w ostatnich latach. Nie mogła być pijana, bo mogła być komuś potrzebna. Nie mogła iść się upić na poprawę nastroju, bo musiałaby przyznać, że cokolwiek jest nie tak. Nawet tym razem uciekła z Księżycowego Stawu, nie wróciła do Warowni, nie wybrała najbezpieczniejszego Dziurawego Kotła, bo nie chciała pokazać nikomu tej słabości.
– Jest paskudne – przyznała. Paliło w usta, w gardło, w żołądek. I dobrze, bo w tej chwili chciała, żeby ten ogień wypalił to poczucie odpowiedzialności, własnej beznadziejności i że cholera, wszystko się sypie, w tym ona. – Ale na Nokturnie chyba nie podają czegoś, co nie jest paskudne? Twoje wcale nie wygląda lepiej – oświadczyła krytycznie, zerkając na jego kufel. Nie była nawet pewna, czy to co mu zaserwowano to faktycznie piwo. – Wybrałam je, bo tak mi przyszło w ostatniej chwili do głowy, że mocniejsze to durny pomysł, jak się po nim stąd wywlekę sama jedna. Kto tam wie, czy się gdzieś tu nie włóczy twój kumpel, Borgin? Pewno byłby bardzo szczęśliwy, jakby na mnie wpadł, strasznie się chyba za mną stęsknił.
Sam w końcu wysyłał jej liściki, wyrażające ogrom tej tęsknoty, które zbierała pieczołowicie, coraz bardziej zdziwiona, zastanawiając się, czy nie grała tak dobrze, jak sądziła: czy pokazywała, jak bardzo go nienawidzi, skoro tak mocno zapisała się mu w pamięci. Nie przypominała sobie, aby zrobiła cokolwiek konkretnego, czym mogłaby podpaść Stanleyowi. Może by o nim nie wspomniała, gdyby alkohol nie zaczął już szumieć w głowie – gdyby nie zaczęło jej być tak bardzo wszystko jedno.
Odpowiedziała uśmiechem na uśmiech, chociaż nie była ani trochę wesoła. Miał rację. To był najpaskudniejszy rodzaj zmęczenia i bardzo chciałaby, aby przeszedł. I wiedziała, że nie przejdzie.
– Spałam. – Cztery godziny, ale szczęśliwi czasu nie liczą. - Przedwczoraj też spałam i to na twojej kanapie – przypomniała, obracając w dłoniach pustą szklankę. – A wiesz, że widziałam? Wpadłam na takich dwóch, wychodzili stąd, jak wchodziłam, spytali, czy mam jakiś problem, ale jak powiedziałam, że tak, to sobie poszli. Nie chcieli chyba słuchać, dranie.
Może to był jej szczęśliwy dzień (ha ha ha) i ich skonsternowała, więc sobie z tego skonsternowania poszli, przypomnieli sobie, że jak zdemolują bar Woody’emu, to im napluje następnym razem do kufla, a może doszli do wniosku, że jest w tej jej odpowiedzi jakaś pułapka i doszli do wniosku, że lepiej jednak poszukać łatwiejszej ofiary do pobicia i okradzenia.
– Jest paskudne – przyznała. Paliło w usta, w gardło, w żołądek. I dobrze, bo w tej chwili chciała, żeby ten ogień wypalił to poczucie odpowiedzialności, własnej beznadziejności i że cholera, wszystko się sypie, w tym ona. – Ale na Nokturnie chyba nie podają czegoś, co nie jest paskudne? Twoje wcale nie wygląda lepiej – oświadczyła krytycznie, zerkając na jego kufel. Nie była nawet pewna, czy to co mu zaserwowano to faktycznie piwo. – Wybrałam je, bo tak mi przyszło w ostatniej chwili do głowy, że mocniejsze to durny pomysł, jak się po nim stąd wywlekę sama jedna. Kto tam wie, czy się gdzieś tu nie włóczy twój kumpel, Borgin? Pewno byłby bardzo szczęśliwy, jakby na mnie wpadł, strasznie się chyba za mną stęsknił.
Sam w końcu wysyłał jej liściki, wyrażające ogrom tej tęsknoty, które zbierała pieczołowicie, coraz bardziej zdziwiona, zastanawiając się, czy nie grała tak dobrze, jak sądziła: czy pokazywała, jak bardzo go nienawidzi, skoro tak mocno zapisała się mu w pamięci. Nie przypominała sobie, aby zrobiła cokolwiek konkretnego, czym mogłaby podpaść Stanleyowi. Może by o nim nie wspomniała, gdyby alkohol nie zaczął już szumieć w głowie – gdyby nie zaczęło jej być tak bardzo wszystko jedno.
Odpowiedziała uśmiechem na uśmiech, chociaż nie była ani trochę wesoła. Miał rację. To był najpaskudniejszy rodzaj zmęczenia i bardzo chciałaby, aby przeszedł. I wiedziała, że nie przejdzie.
– Spałam. – Cztery godziny, ale szczęśliwi czasu nie liczą. - Przedwczoraj też spałam i to na twojej kanapie – przypomniała, obracając w dłoniach pustą szklankę. – A wiesz, że widziałam? Wpadłam na takich dwóch, wychodzili stąd, jak wchodziłam, spytali, czy mam jakiś problem, ale jak powiedziałam, że tak, to sobie poszli. Nie chcieli chyba słuchać, dranie.
Może to był jej szczęśliwy dzień (ha ha ha) i ich skonsternowała, więc sobie z tego skonsternowania poszli, przypomnieli sobie, że jak zdemolują bar Woody’emu, to im napluje następnym razem do kufla, a może doszli do wniosku, że jest w tej jej odpowiedzi jakaś pułapka i doszli do wniosku, że lepiej jednak poszukać łatwiejszej ofiary do pobicia i okradzenia.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.