26.10.2024, 20:08 ✶
- Wiesz, że powiedziałem tak specjalnie by cię wkurzyć...? - zapytałem z uśmiechem, ale tak powątpiewająco. Raczej nie podejrzewałem, że ktoś mi siostrę podmienił, więc nie zakładałem wcześniej, że może uznać, iż ja tak serio-serio. Za nic w świecie bym jej nie kazał iść w gary, bo nie ma penisa. Jako że nie znałem naszego najstarszego brata, to zapewne uważałem siebie za największego lekkoducha w rodzinie. Oczywiście, kiedy trzeba było, a przynajmniej niekiedy, kiedy trzeba było, zachowującego powagę, ale potrafiła się ona pojawić na mojej rozchichotanej, z reguły uroczej, niewinnej czy też/oraz rozchichotanej twarzy.
Poza tym nawet... Kto chciałby jeść obiad ugotowany przez Geraldine? Phi. Już wolałbym upiec sarnę nad ogniskiem. Bez przypraw, bez niczego.
- Dajże spokój, kobieto. Jestem nieśmiertelny. Nie potrzebna mi pomoc - stwierdziłem, rzecz jasna, niepoważnie. Egocentrycznie. Może bardziej narcystycznie. Cóż, tyle było we mnie wspaniałości, że ciężko było się połapać. Jedyna, co się w tym wszystkim nie gubiła, była Kimi, ale ona miała wrodzony talent do nie błądzenia. Nie tylko w terenie, ale też w astarothowości.
Machnąłem ręką i miałem się gotować do tego odliczania, ale... TO BYŁO NIE FAIR! Pobiegła nieprzewidywalnie szybko. Nie, może jednak przewidywalnie. Grała nieczysto by wygrać za wszelką cenę - standard. Nie zamierzałem jednak zostawać daleko w tyle, więc chwilę później spacerowałem ciemnym lasem.
Nasłuchiwałem. Nie tylko uszami, ale tym szóstym zmysłem, który odziedziczyłem po Gerardzie. Płynęła we mnie nie tylko krew olbrzymów, ale również krew łowców. Gęsta, żywa, dostarczająca mi do ciała dodatkowej energii, wytrwałości, niezłomności. Zapewne również tej brawury... To było niechybnie wrodzone. Mimo że Geraldine nie patrzyła, to zamierzałem ubić tego potwora widowiskowo. Tak to sobie planowałem w swojej głowie, nie zamierzając się bawić kuszą, tylko ubijając go w zwarciu, podchodząc tak blisko, że go osobiście, na żywca dekapituję. Geraldine była z tego znana. Urywała łby. Brała przykład z Gerarda, który zawsze powtarzał, że żaden potwór nie przeżyje odcięcia głowy. Zamierzałem to zrobić. Tak. Tylko najgorzej, bo po powtórzę nie było ani widu, ani słychu. Przeraziłem się, że Geraldine mogła mieć więcej szczęścia. Może właśnie zadawała mu śmiertelny cios...? Nie słyszałem jej kroków, ale zapewne skradała się przez las podobnie jak ja. Wstępny plan mieliśmy opracowany. Działaliśmy w omówionym na mapie terenie. W okolicach, w których było najwięcej ofiar.
Machnąłem od niechcenia mieczem. Nuda. Zero znaków ponadnaturalnej aktywności.
Obróciłem się, aby iść w stronę, gdzie mogłem spotkać Geraldine, ale... coś się zmieniło. Alarmy zabrzmiały w mojej głowie, dziwnie rozkojarzone, jak gdyby nie pojawiła się jedna bestia, tylko ich kilka. Rozproszyło to wszystkie moje zmysły, jeszcze nie przyzwyczajone do walki z kilkoma wrogami na raz... albo też jednym cwanym. Poczułem uderzenie w głowę, mocne uderzenie, które zwaliło mnie z nóg. Chciałem coś z siebie wyrzucić, coś krzyknąć. Może nawet wezwać Geraldine. Po to podnosiłem się niemrawo z ziemi, ale też by zlokalizować zagrożenie. Nie udało mi się, bo zaraz poczułem jak coś gwałtownie przyciska mnie do ziemi. Miałem wrażenie, że sam troll siadł na mnie swoim zadem, ale... to nie był troll. To był wampir, który właśnie rozrywał moją szyję swoimi kłami.
Wtedy właśnie krzyczałem. Nie dziwić się. Rozrywał mnie żywcem. Nie bawił się w delikatność, a też we mnie, pomimo ogłuszenia, pojawiły się odruchy przetrwania, a im bardziej się szarpałem, tym on był bardziej bezwzględny. I tym samym rana robiła się coraz większa. Krew ulatywała ze mnie, czyniąc mnie słabszym, wiotkim, gasnącym. Było to niezwykle uwłaczające. Było to niezwykle bolesne. Było to... zaskakujące?
Gdzie był miecz? Moja dłoń ryła ziemię wokół w poszukiwaniach. Coraz mniej walecznie, coraz bardziej niepewnie.
Poza tym nawet... Kto chciałby jeść obiad ugotowany przez Geraldine? Phi. Już wolałbym upiec sarnę nad ogniskiem. Bez przypraw, bez niczego.
- Dajże spokój, kobieto. Jestem nieśmiertelny. Nie potrzebna mi pomoc - stwierdziłem, rzecz jasna, niepoważnie. Egocentrycznie. Może bardziej narcystycznie. Cóż, tyle było we mnie wspaniałości, że ciężko było się połapać. Jedyna, co się w tym wszystkim nie gubiła, była Kimi, ale ona miała wrodzony talent do nie błądzenia. Nie tylko w terenie, ale też w astarothowości.
Machnąłem ręką i miałem się gotować do tego odliczania, ale... TO BYŁO NIE FAIR! Pobiegła nieprzewidywalnie szybko. Nie, może jednak przewidywalnie. Grała nieczysto by wygrać za wszelką cenę - standard. Nie zamierzałem jednak zostawać daleko w tyle, więc chwilę później spacerowałem ciemnym lasem.
Nasłuchiwałem. Nie tylko uszami, ale tym szóstym zmysłem, który odziedziczyłem po Gerardzie. Płynęła we mnie nie tylko krew olbrzymów, ale również krew łowców. Gęsta, żywa, dostarczająca mi do ciała dodatkowej energii, wytrwałości, niezłomności. Zapewne również tej brawury... To było niechybnie wrodzone. Mimo że Geraldine nie patrzyła, to zamierzałem ubić tego potwora widowiskowo. Tak to sobie planowałem w swojej głowie, nie zamierzając się bawić kuszą, tylko ubijając go w zwarciu, podchodząc tak blisko, że go osobiście, na żywca dekapituję. Geraldine była z tego znana. Urywała łby. Brała przykład z Gerarda, który zawsze powtarzał, że żaden potwór nie przeżyje odcięcia głowy. Zamierzałem to zrobić. Tak. Tylko najgorzej, bo po powtórzę nie było ani widu, ani słychu. Przeraziłem się, że Geraldine mogła mieć więcej szczęścia. Może właśnie zadawała mu śmiertelny cios...? Nie słyszałem jej kroków, ale zapewne skradała się przez las podobnie jak ja. Wstępny plan mieliśmy opracowany. Działaliśmy w omówionym na mapie terenie. W okolicach, w których było najwięcej ofiar.
Machnąłem od niechcenia mieczem. Nuda. Zero znaków ponadnaturalnej aktywności.
Obróciłem się, aby iść w stronę, gdzie mogłem spotkać Geraldine, ale... coś się zmieniło. Alarmy zabrzmiały w mojej głowie, dziwnie rozkojarzone, jak gdyby nie pojawiła się jedna bestia, tylko ich kilka. Rozproszyło to wszystkie moje zmysły, jeszcze nie przyzwyczajone do walki z kilkoma wrogami na raz... albo też jednym cwanym. Poczułem uderzenie w głowę, mocne uderzenie, które zwaliło mnie z nóg. Chciałem coś z siebie wyrzucić, coś krzyknąć. Może nawet wezwać Geraldine. Po to podnosiłem się niemrawo z ziemi, ale też by zlokalizować zagrożenie. Nie udało mi się, bo zaraz poczułem jak coś gwałtownie przyciska mnie do ziemi. Miałem wrażenie, że sam troll siadł na mnie swoim zadem, ale... to nie był troll. To był wampir, który właśnie rozrywał moją szyję swoimi kłami.
Wtedy właśnie krzyczałem. Nie dziwić się. Rozrywał mnie żywcem. Nie bawił się w delikatność, a też we mnie, pomimo ogłuszenia, pojawiły się odruchy przetrwania, a im bardziej się szarpałem, tym on był bardziej bezwzględny. I tym samym rana robiła się coraz większa. Krew ulatywała ze mnie, czyniąc mnie słabszym, wiotkim, gasnącym. Było to niezwykle uwłaczające. Było to niezwykle bolesne. Było to... zaskakujące?
Gdzie był miecz? Moja dłoń ryła ziemię wokół w poszukiwaniach. Coraz mniej walecznie, coraz bardziej niepewnie.