26.10.2024, 20:57 ✶
Sauriel rzucał najprostszymi rozwiązaniami, które miały sens. Nie chciałem, żeby miały jakikolwiek sens. Nie chciałem polować na ludzi. Wypijać ot tak. Nie mogłem tego robić, a jednak... I te wysysanie bestii... Wilkołaki jak curry. Dobre sobie. Obrzydzało mnie spijanie wilkołaków, ale wspomnienie o curry sprawiło, że się nieco uśmiechnąłem. Głupie, ale śmieszne. Aczkolwiek obstawiałem, że mogły trącić zmokniętym psem, więc nie byłem pewien, czy curry to dobre określenie, kiedy smród miał od nich trącić niezbyt smakowity.
- Ty to masz wyobraźnię - stwierdziłem, aczkolwiek było w tym tej racji, do której nie chciałem się przyznawać. Pamiętałem doskonale jak smakował Laurent. Niczym słodkie, delikatne pianki. O ile smak krwi w ogóle powinien być przyrównywany do słodkości, dziecięcych słodkości.
Zero komfortu. Już nawet nie przez ten mój szósty yaxleyowski zmysł. Temat wampiryzmu i krwi... Mnie jako bestii. Syrenek będących dorszami. Janis śpiewała. Janis śpiewała bosko, ale miałem wrażenie, że martwy i morderczy nie zasługiwałem na jej beztroskę. Byliśmy tacy młodzi, kiedy umarliśmy. Teraz jej śmierć, w zestawieniu z moją śmiercią, była jeszcze bardziej druzgocząca. Gdyby była również wampirem, jakąś moją wampirzą towarzyszką, byłoby mi lżej. Uśmiechnęłaby się uroczo, zaśpiewała lekkim cytatem i byśmy poszli w pochłonięty przez mrok nocy świat, ale tak... Noc jawiła mi się jako coś, co wysysało ze mnie wszelkie możliwości. W oczach Sauriela wcale tak nie było, ale ja... Brakowało mi słońca, wakacji, zabawy z rówieśnikami. Całego wachlarzu uciech. Nie tylko żyłem wieczorami i nocą, głównie balowałem parnymi popołudniami. Nad ranem, przed południem dochodziłem do siebie, a teraz? Za dnia siedziałem uwięziony w pokoju, nocą skradałem się spięty, ostrożny. W domu obserwowałem zaniepokojone spojrzenia. Z bliskimi przyjaciółmi zerwałem kontakty, z dalszymi tym bardziej.
Teoria, że wilkołaki mogły smakować jak curry... wcale nie pocieszała.
- Ech, muszę to sobie przemyśleć. Poukładać, tak... Przez ten... głód nie jestem sobą - przyznałem, wstając i zamierzając iść. - Dziękuję za rozmowę - odparłem i rozejrzałem się wokół, jak gdybym szukał wyjścia. Drzwi były przede mną. Zapewne zaraz dorwie mnie skrzat i wyprowadzi z tej piwnicy. Trochę obskurnej, trochę przyjemnej.
- Ty to masz wyobraźnię - stwierdziłem, aczkolwiek było w tym tej racji, do której nie chciałem się przyznawać. Pamiętałem doskonale jak smakował Laurent. Niczym słodkie, delikatne pianki. O ile smak krwi w ogóle powinien być przyrównywany do słodkości, dziecięcych słodkości.
Zero komfortu. Już nawet nie przez ten mój szósty yaxleyowski zmysł. Temat wampiryzmu i krwi... Mnie jako bestii. Syrenek będących dorszami. Janis śpiewała. Janis śpiewała bosko, ale miałem wrażenie, że martwy i morderczy nie zasługiwałem na jej beztroskę. Byliśmy tacy młodzi, kiedy umarliśmy. Teraz jej śmierć, w zestawieniu z moją śmiercią, była jeszcze bardziej druzgocząca. Gdyby była również wampirem, jakąś moją wampirzą towarzyszką, byłoby mi lżej. Uśmiechnęłaby się uroczo, zaśpiewała lekkim cytatem i byśmy poszli w pochłonięty przez mrok nocy świat, ale tak... Noc jawiła mi się jako coś, co wysysało ze mnie wszelkie możliwości. W oczach Sauriela wcale tak nie było, ale ja... Brakowało mi słońca, wakacji, zabawy z rówieśnikami. Całego wachlarzu uciech. Nie tylko żyłem wieczorami i nocą, głównie balowałem parnymi popołudniami. Nad ranem, przed południem dochodziłem do siebie, a teraz? Za dnia siedziałem uwięziony w pokoju, nocą skradałem się spięty, ostrożny. W domu obserwowałem zaniepokojone spojrzenia. Z bliskimi przyjaciółmi zerwałem kontakty, z dalszymi tym bardziej.
Teoria, że wilkołaki mogły smakować jak curry... wcale nie pocieszała.
- Ech, muszę to sobie przemyśleć. Poukładać, tak... Przez ten... głód nie jestem sobą - przyznałem, wstając i zamierzając iść. - Dziękuję za rozmowę - odparłem i rozejrzałem się wokół, jak gdybym szukał wyjścia. Drzwi były przede mną. Zapewne zaraz dorwie mnie skrzat i wyprowadzi z tej piwnicy. Trochę obskurnej, trochę przyjemnej.