26.10.2024, 21:59 ✶
Scylla poczuła, jak serce nieznacznie przyspiesza na widok ciepła w spojrzeniu Charlesa. Miał w sobie coś, czego nie mogła do końca pojąć - niezachwianą, naiwną otwartość, której nigdy wcześniej nie widziała. W jego słowach wyczuwała szczerość, lecz czytała też jego niepewność - a może nawet poczucie winy? To tylko dodawało mu uroku.
Słysząc jego pytanie o wizje, poczuła, jak gardło jej się ściska, ale po chwili przemogła się i lekko skinęła głową.
- Czasami pojawiają się bez ostrzeżenia - powiedziała cicho, jakby każde słowo było krokiem w nieznane. – Znikąd. Nic ich nie zapowiada, a ja… jestem zmuszona oglądać rzeczy, których wolałabym nigdy nie zobaczyć. - Jej głos drżał, choć starała się mówić spokojnie. Uspokoiła się nieco, widząc, że Charles nie naciskał, gotowy, by zmienić temat, jeśli miałoby ją to bardziej zaboleć. Zaimponował jej tą troskliwością. Nie wybuchał śmiechem, nie próbował bagatelizować jej obaw ani traktować ich z politowaniem - a tego się spodziewała, przywykła do tego.
- Nie zrozum mnie źle - zaczęła ponownie od swojej starej śpiewki, nauczona wieloma przykrymi doświadczeniami, kiedy właśnie tak się działo. - To nie tak, że nie chcę o tym rozmawiać. Po prostu... ciężko to ubrać w słowa. O wiele łatwiej byłoby ci to pokazać, ale nie wiem, jak miałabym to zrobić - wyjaśniwszy, uśmiechnęła się przepraszająco. Wszystko byłoby prostsze, gdyby Charlie po prostu wlazł jej do głowy i na własne oczy zobaczył, co się dzieje w jej umyśle. Nie chciała go na to skazywać, ale kiedy nie umiała daru przekuć w słowa, nie było lepszego wyjścia.
Nie potrafiła również wskazać, co splamiło krew jej rodziny ani kto spośród jej przodków był na tyle nierozważny, by zbliżyć się do mugoli lub ich potomstwa. Prawdopodobnie była to jakaś siódma woda po kisielu, praciotka, ale to wystarczyło, żeby jej grzechy teraz ciążyły na jej życiorysie, przekreślając szanse na budowanie wartościowych więzi. Charles co prawda starał się przekonać ją, że jest "honorową" czystokrwistą, lecz Scylla nie mogła pozbyć się wrażenia, że jego słowa były tylko formą uprzejmości. W końcu dziwnie by wyglądało, gdyby po zaproszeniach na obiad i żarliwym zainteresowaniu nagle wycofał się z oburzeniem i udał, że nigdy jej nie poznał.
Spojrzała na Charlesa z wdzięcznością, lecz jej serce ścisnęło się w niepewności. Mimo jego uprzejmych słów nie mogła w pełni uwierzyć, że naprawdę traktował ją jak równą. Uznanie kogoś za nieoficjalnie za czystokrwistego nie miało przecież tej samej wagi co rzeczywista czystość krwi, a niepewność tego, co kryło się w przeszłości jej rodziny, jak cień spowijała ją od lat. Czy ktokolwiek, kto znałby prawdę, mógłby faktycznie zaakceptować ją jako część tego świata?
Jednak jego ciepły uśmiech, pełen niewymuszonej troski, sprawił, że jej wątpliwości na chwilę się rozmyły. Słowa o niechęci do mugoli i ich podejściu niemal ją rozbawiły, ale uśmiechnęła się jedynie z lekką rezerwą. Gdy zmniejszył dystans, instynktownie cofnęła się nieznacznie, lecz jego życzliwość sprawiła, że szybko zapanowała nad reakcją. Wysłuchała jego pytania, serce zaczęło bić nieco szybciej. W jego obecności przeszłe grzechy zdawały się tracić swój ciężar, jakby zapach żywicy i estragonu tworzył ochronną barierę, miejsce, gdzie mogła chociaż na chwilę zdjąć maskę obojętności. Słowa Charlesa przemykały przez jej myśli, zostawiając po sobie ciepłe ślady, jakby ich znaczenie powoli zapuszczało korzenie w jej zamkniętym, chłodnym świecie. Czuła się odsłonięta, jakby nagle ktoś dostrzegł jej ukryte lęki, które przez lata były jej towarzyszem. Uśmiechnęła się nieśmiało i odezwała się wreszcie:
- To nie twoja wina, naprawdę. Być może przesadzam, czasem trudno mi uwierzyć, że ktoś mógłby traktować mnie… na równi. Chociaż czasem tego pragnę. - Spojrzała w bok, przemykając wzrokiem po stołach, by nie musieć patrzeć mu w oczy. - Ale dziękuję, Charlie. To wiele dla mnie znaczy - oznajmiła cichym, nieco niepewnym głosem. Uniosła nieśmiało palce i ostrożnie poklepała wierzch dłoni Mulcibera, która spoczywała teraz na jej drugim ramieniu, jakby chciała wyrazić swoją wdzięczność czymś więcej niż tylko słowami. Dotyk chłopaka palił, jak wszystkie gesty, do których nie nawykła, ale żar z nieprzyjemnego szybko przerodził się w pożądany; nie miała zamiaru ani drgnąć.
Słysząc jego pytanie o wizje, poczuła, jak gardło jej się ściska, ale po chwili przemogła się i lekko skinęła głową.
- Czasami pojawiają się bez ostrzeżenia - powiedziała cicho, jakby każde słowo było krokiem w nieznane. – Znikąd. Nic ich nie zapowiada, a ja… jestem zmuszona oglądać rzeczy, których wolałabym nigdy nie zobaczyć. - Jej głos drżał, choć starała się mówić spokojnie. Uspokoiła się nieco, widząc, że Charles nie naciskał, gotowy, by zmienić temat, jeśli miałoby ją to bardziej zaboleć. Zaimponował jej tą troskliwością. Nie wybuchał śmiechem, nie próbował bagatelizować jej obaw ani traktować ich z politowaniem - a tego się spodziewała, przywykła do tego.
- Nie zrozum mnie źle - zaczęła ponownie od swojej starej śpiewki, nauczona wieloma przykrymi doświadczeniami, kiedy właśnie tak się działo. - To nie tak, że nie chcę o tym rozmawiać. Po prostu... ciężko to ubrać w słowa. O wiele łatwiej byłoby ci to pokazać, ale nie wiem, jak miałabym to zrobić - wyjaśniwszy, uśmiechnęła się przepraszająco. Wszystko byłoby prostsze, gdyby Charlie po prostu wlazł jej do głowy i na własne oczy zobaczył, co się dzieje w jej umyśle. Nie chciała go na to skazywać, ale kiedy nie umiała daru przekuć w słowa, nie było lepszego wyjścia.
Nie potrafiła również wskazać, co splamiło krew jej rodziny ani kto spośród jej przodków był na tyle nierozważny, by zbliżyć się do mugoli lub ich potomstwa. Prawdopodobnie była to jakaś siódma woda po kisielu, praciotka, ale to wystarczyło, żeby jej grzechy teraz ciążyły na jej życiorysie, przekreślając szanse na budowanie wartościowych więzi. Charles co prawda starał się przekonać ją, że jest "honorową" czystokrwistą, lecz Scylla nie mogła pozbyć się wrażenia, że jego słowa były tylko formą uprzejmości. W końcu dziwnie by wyglądało, gdyby po zaproszeniach na obiad i żarliwym zainteresowaniu nagle wycofał się z oburzeniem i udał, że nigdy jej nie poznał.
Spojrzała na Charlesa z wdzięcznością, lecz jej serce ścisnęło się w niepewności. Mimo jego uprzejmych słów nie mogła w pełni uwierzyć, że naprawdę traktował ją jak równą. Uznanie kogoś za nieoficjalnie za czystokrwistego nie miało przecież tej samej wagi co rzeczywista czystość krwi, a niepewność tego, co kryło się w przeszłości jej rodziny, jak cień spowijała ją od lat. Czy ktokolwiek, kto znałby prawdę, mógłby faktycznie zaakceptować ją jako część tego świata?
Jednak jego ciepły uśmiech, pełen niewymuszonej troski, sprawił, że jej wątpliwości na chwilę się rozmyły. Słowa o niechęci do mugoli i ich podejściu niemal ją rozbawiły, ale uśmiechnęła się jedynie z lekką rezerwą. Gdy zmniejszył dystans, instynktownie cofnęła się nieznacznie, lecz jego życzliwość sprawiła, że szybko zapanowała nad reakcją. Wysłuchała jego pytania, serce zaczęło bić nieco szybciej. W jego obecności przeszłe grzechy zdawały się tracić swój ciężar, jakby zapach żywicy i estragonu tworzył ochronną barierę, miejsce, gdzie mogła chociaż na chwilę zdjąć maskę obojętności. Słowa Charlesa przemykały przez jej myśli, zostawiając po sobie ciepłe ślady, jakby ich znaczenie powoli zapuszczało korzenie w jej zamkniętym, chłodnym świecie. Czuła się odsłonięta, jakby nagle ktoś dostrzegł jej ukryte lęki, które przez lata były jej towarzyszem. Uśmiechnęła się nieśmiało i odezwała się wreszcie:
- To nie twoja wina, naprawdę. Być może przesadzam, czasem trudno mi uwierzyć, że ktoś mógłby traktować mnie… na równi. Chociaż czasem tego pragnę. - Spojrzała w bok, przemykając wzrokiem po stołach, by nie musieć patrzeć mu w oczy. - Ale dziękuję, Charlie. To wiele dla mnie znaczy - oznajmiła cichym, nieco niepewnym głosem. Uniosła nieśmiało palce i ostrożnie poklepała wierzch dłoni Mulcibera, która spoczywała teraz na jej drugim ramieniu, jakby chciała wyrazić swoją wdzięczność czymś więcej niż tylko słowami. Dotyk chłopaka palił, jak wszystkie gesty, do których nie nawykła, ale żar z nieprzyjemnego szybko przerodził się w pożądany; nie miała zamiaru ani drgnąć.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga