27.10.2024, 10:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.10.2024, 10:21 przez Brenna Longbottom.)
– Może skorzystam z rady?
Czy była już na tyle nietrzeźwa, by faktycznie uznać to za dobry pomysł? Rejwach był barem nokturnowym, ale jeszcze takim, w którym nie tolerowało się mordowania za progiem, podtruwania gości i tym podobnych rzeczy. Barem, do którego ci pechowcy, którzy byli po prostu przeciętnymi mieszkańcami Nokturna, nie zabijakami, mogli przyjść się uchlać albo załatwić drobne interesy. Do Białego Wiwerna to iść by chyba musiała mając faktycznie życzenie śmierci…
– Uważaj, bo pomyślę, że się martwisz – ostrzegła, biorąc kolejny łyk. Mogła w sumie rzucić coś gorszego, na przykład powiedzieć, że jak młoda, to się przecież nie musi przejmować, ale jeszcze z braku jeziora rozbiłby jej kufel na głowie. Poza tym nastrój nie do końca sprzyjał żartom, zwłaszcza w obliczu jego reakcji na słowa o Stanleyu.
Nie była pewna, co dokładnie to było – czy rozczarowanie, czy rezygnacja, ale na pewno tkwiła tam złość. Tej Atreus zawsze poddawał się chętnie, zdążyła to już zauważyć. Może dlatego, że złość była łatwiejsza, przynajmniej pozornie. I być może powinna poczuć jakąś ulgę albo nawet satysfakcję, bo ta myśl, jak blisko Borgina pozostał, krążyła jej po głowie od dawna, a poza tym – naprawdę Stanleya i jego rodziny szczerze nienawidziła. Nie umiała życzyć im dobrze, gdy ilekroć na któregoś z nich patrzyła, czuła zapach kwiatów, zanoszonych przez siebie na grób Susanne Crawley. Nie cieszyła się jednak, bo nie życzyła z kolei Atreusowi tej złości. I miała dziwne przeczucie, że właśnie trochę zderzał się ze ścianą, odkrywając, jak trudno w Anglii po Beltane pozostać osobą neutralną.
To było możliwe, gdy pracowałeś w jakimś sklepie, gdy twoja rodzina prowadziła gospodarstwo, gdy twoi przyjaciele byli drobniejszymi urzędnikami. Kiedy nikt nie był ani „szlamą”, pierwszą na celowniku, ani konserwatywnym, wysoko postawionym czystokrwistym. Kiedy wygrana Voldemorta utrudniłaby ci życie, ale mogłeś tkwić z boku i liczyć, że zajmie się tym ktoś inny. Problem zaczynał się jednak, kiedy stałeś pomiędzy. Kiedy więzi zadzierzgnięte lata temu, nagle ciągnęły cię w różne strony. Nie myślała nawet o sobie – była elementem nowym, który zasiał może trochę chaosu, ale nie sądziła przecież, by wrosła w jego życie. Ale był Stanley, był Anthony, byli inni Ślizgońscy chłopcy, pośród których pewnie przynajmniej niektórzy sprzyjali Voldemortowi mniej lub bardziej aktywnie. Była kariera aurora, wymagająca poszukiwania właśnie tych aktywnych zwolenników. Były własne interesy i to, jak bardzo zdawał się lubić dbać o swoje rozrywki oraz pozycję w czystokrwistym światku. I była wreszcie rodzina. Starszy brat, który przyjaźnił się z mugolakami i włamywał się z nią do mieszkań, bo podejrzewał, że komuś na rękę było zamknięcie pewnego śledztwa, kuzyn, udzielający wywiadów przeciwko śmierciożercom, kuzynka, przychodząca do Brenny z prośbą o nauki, bo chce skuteczniej bronić się przed śmierciożercami. Wuj, który postanowił aktywnie z nimi walczyć i siostra, która zaoferowała Stewardowi pełne wsparcie.
To nie tak, że nie rozumiała samego uczucia. Unikała raczej bliskich związków z rodzinami o konserwatywnych poglądów, ale były relacje zrodzone dawno temu, pełne emocji i zbyt ważne, aby dało się je zignorować ot tak. Nigdy nie umiała znienawidzić Anthony’ego Borgina. Nie potrafiła położyć krzyżyka na Victorii, chociaż poglądy jej rodziny nie były sekretem. Ciążyło jej milczenie, zapadające czasem pomiędzy nią a Cynthią i wszystko, co się w tym milczeniu kryło.
– Wspomniał dosłownie, że tęskni. Najwyraźniej zapadłam mu w pamięć bardziej niż się spodziewałam, wiedziałam, że mnie nie lubi, ale już nie sądziłam, że tak zostanę mu w myślach – skwitowała więc w końcu, zamiast podsycić tę złość, co pewnie mogłaby zrobić krótkim wspomnieniem, że pisał też o nim. – Chyba nie wierzę, że problemy rozwiązują się same, a ja w sumie jestem jego częścią. Musiałabym chyba zapaść się pod ziemię, żeby to zostawić – mruknęła, wzruszając lekko ramionami. Nie mogła przed tym uciec. Nie na dłużej niż na jeden wieczór. A jednocześnie wiedziała, że w pewnych sprawach nigdy nie zmieni zdania. – Pomyślę o tym jutro – powiedziała, unosząc znowu szklankę. – Randka cię wystawiła? Słynnego aurora? Jak się to rozejdzie, jeszcze stracisz reputację – rzuciła, unosząc lekko brwi, chociaż ledwo co wspominał o tych Synach Harpii. – Mój zysk. – Posłała mu uśmiech znad szklanki.
Czy była już na tyle nietrzeźwa, by faktycznie uznać to za dobry pomysł? Rejwach był barem nokturnowym, ale jeszcze takim, w którym nie tolerowało się mordowania za progiem, podtruwania gości i tym podobnych rzeczy. Barem, do którego ci pechowcy, którzy byli po prostu przeciętnymi mieszkańcami Nokturna, nie zabijakami, mogli przyjść się uchlać albo załatwić drobne interesy. Do Białego Wiwerna to iść by chyba musiała mając faktycznie życzenie śmierci…
– Uważaj, bo pomyślę, że się martwisz – ostrzegła, biorąc kolejny łyk. Mogła w sumie rzucić coś gorszego, na przykład powiedzieć, że jak młoda, to się przecież nie musi przejmować, ale jeszcze z braku jeziora rozbiłby jej kufel na głowie. Poza tym nastrój nie do końca sprzyjał żartom, zwłaszcza w obliczu jego reakcji na słowa o Stanleyu.
Nie była pewna, co dokładnie to było – czy rozczarowanie, czy rezygnacja, ale na pewno tkwiła tam złość. Tej Atreus zawsze poddawał się chętnie, zdążyła to już zauważyć. Może dlatego, że złość była łatwiejsza, przynajmniej pozornie. I być może powinna poczuć jakąś ulgę albo nawet satysfakcję, bo ta myśl, jak blisko Borgina pozostał, krążyła jej po głowie od dawna, a poza tym – naprawdę Stanleya i jego rodziny szczerze nienawidziła. Nie umiała życzyć im dobrze, gdy ilekroć na któregoś z nich patrzyła, czuła zapach kwiatów, zanoszonych przez siebie na grób Susanne Crawley. Nie cieszyła się jednak, bo nie życzyła z kolei Atreusowi tej złości. I miała dziwne przeczucie, że właśnie trochę zderzał się ze ścianą, odkrywając, jak trudno w Anglii po Beltane pozostać osobą neutralną.
To było możliwe, gdy pracowałeś w jakimś sklepie, gdy twoja rodzina prowadziła gospodarstwo, gdy twoi przyjaciele byli drobniejszymi urzędnikami. Kiedy nikt nie był ani „szlamą”, pierwszą na celowniku, ani konserwatywnym, wysoko postawionym czystokrwistym. Kiedy wygrana Voldemorta utrudniłaby ci życie, ale mogłeś tkwić z boku i liczyć, że zajmie się tym ktoś inny. Problem zaczynał się jednak, kiedy stałeś pomiędzy. Kiedy więzi zadzierzgnięte lata temu, nagle ciągnęły cię w różne strony. Nie myślała nawet o sobie – była elementem nowym, który zasiał może trochę chaosu, ale nie sądziła przecież, by wrosła w jego życie. Ale był Stanley, był Anthony, byli inni Ślizgońscy chłopcy, pośród których pewnie przynajmniej niektórzy sprzyjali Voldemortowi mniej lub bardziej aktywnie. Była kariera aurora, wymagająca poszukiwania właśnie tych aktywnych zwolenników. Były własne interesy i to, jak bardzo zdawał się lubić dbać o swoje rozrywki oraz pozycję w czystokrwistym światku. I była wreszcie rodzina. Starszy brat, który przyjaźnił się z mugolakami i włamywał się z nią do mieszkań, bo podejrzewał, że komuś na rękę było zamknięcie pewnego śledztwa, kuzyn, udzielający wywiadów przeciwko śmierciożercom, kuzynka, przychodząca do Brenny z prośbą o nauki, bo chce skuteczniej bronić się przed śmierciożercami. Wuj, który postanowił aktywnie z nimi walczyć i siostra, która zaoferowała Stewardowi pełne wsparcie.
To nie tak, że nie rozumiała samego uczucia. Unikała raczej bliskich związków z rodzinami o konserwatywnych poglądów, ale były relacje zrodzone dawno temu, pełne emocji i zbyt ważne, aby dało się je zignorować ot tak. Nigdy nie umiała znienawidzić Anthony’ego Borgina. Nie potrafiła położyć krzyżyka na Victorii, chociaż poglądy jej rodziny nie były sekretem. Ciążyło jej milczenie, zapadające czasem pomiędzy nią a Cynthią i wszystko, co się w tym milczeniu kryło.
– Wspomniał dosłownie, że tęskni. Najwyraźniej zapadłam mu w pamięć bardziej niż się spodziewałam, wiedziałam, że mnie nie lubi, ale już nie sądziłam, że tak zostanę mu w myślach – skwitowała więc w końcu, zamiast podsycić tę złość, co pewnie mogłaby zrobić krótkim wspomnieniem, że pisał też o nim. – Chyba nie wierzę, że problemy rozwiązują się same, a ja w sumie jestem jego częścią. Musiałabym chyba zapaść się pod ziemię, żeby to zostawić – mruknęła, wzruszając lekko ramionami. Nie mogła przed tym uciec. Nie na dłużej niż na jeden wieczór. A jednocześnie wiedziała, że w pewnych sprawach nigdy nie zmieni zdania. – Pomyślę o tym jutro – powiedziała, unosząc znowu szklankę. – Randka cię wystawiła? Słynnego aurora? Jak się to rozejdzie, jeszcze stracisz reputację – rzuciła, unosząc lekko brwi, chociaż ledwo co wspominał o tych Synach Harpii. – Mój zysk. – Posłała mu uśmiech znad szklanki.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.