Ventus zdawał sobie sprawę z jakiego powodu nauczycielki nie lubiły tego, że wirował wokół postaci Brenny Longobottom w szkole. Nie był głupi i nie był też niewinny. Czasami sam prowokował opiekunkę domu Lwa do jednoznacznych wniosków, aby dostawała palpitacji serca. Złośliwość niestety miał w sercu prawdopodobnie odziedziczone w genach. Nie czuł się skrzywdzony, a wręcz lubił to, bo wtedy się nie nudził. Może i miał trochę pod górkę na jej zajęciach w szkole, bo taka jest ludzka natura. Nie ważne jak mocno ktoś chciałby traktować ludzi równo – to się nie uda, bo emocje często biorą górę.
Popatrzył na nią z uwagą i przymrużył delikatnie oczy zastanawiając się nad jej pytaniem. Coś w tym było, a jego mina wyglądała tak jakby sam siebie próbował przekonać do tego, że ojciec jednak go nie lubił, ale zaraz wyrzucił tę myśl z głowy i wzruszył ramieniem wydychając dym z papierosów gdzieś w bok, aby Paskudzie nie przyszło znowu do głowy zdeptać mu fajka.
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale na razie nie chce nawet o tym myśleć – odparł jej krótko i znowu pociągnął sporo dymy do płuc, aby zaraz je wydmuchać. W końcu po krótkiej chwili rzucił niedopałek na ziemię i zdeptał eleganckim oraz drogim butem wciskając go delikatnie w ziemię. Zaśmiał się patrząc na dziewczynę, która dokonywała obliczeń genealogicznych jego rodziny. Brenna pochodziła z trochę innej rodziny niż on sam, więc zapewne nie będzie w stanie tego zrozumieć. Fakt, mógłby być synem swojego brata i pewnie w niektórych sytuacjach Edward go tak traktował, ale Vinc nigdy na to za bardzo nie pozwalał.
– Chyba tak – wzruszył ramieniem – ale co z tego? Nadal jestem jego synem, więc cóż, nie zmienię jego podejścia do życia, ale nie ważne. Zostawmy ten temat na kiedy indziej. Denerwuje mnie myślenie o tym. – odparł, wprawne ucho mogło nawet dosłyszeć ciche zgrzytnięcie jego zębów jakby za mocno je zaciskał, aby się uspokoić.
Gdy stanęła przed nim spojrzał na nią z góry rozluźniając się i uśmiechając zadziornie. Łagodziła jego złość, pomimo tego, że czasami ją generowała, ale jakoś przy tej dziewczynie czuł, że mógł być naturalnie sobą, nic nie kryć, po prostu trwać, ale starał się jeszcze trzymać dystans, bo było to dla niego dziwne i nienaturalne.
– No pewnie. Będzie wszystko, co chcesz w takiej ilości jakiej chcesz – odparł. Na pewno będzie im lepiej zjeść w kuchni niż na sali wśród tych wszystkich pustych rekinów.
Nie słysząc sprzeciwu zabrał ją więc do miejsca, o którym rozmawiali. Gdy uznali, że już im nie będzie grozić nuda na przyjęciu, a ono chyli się ku końcowi wrócili na salę niczym dwójka obcych sobie ludzi. Oczywiście nie obyło się od ukradkowych spojrzeń i uśmiechów, bo tylko oni wiedzieli, że byli partnerami w zbrodni.