Yaxleyówna po dzisiejszym spotkaniu z fanatykami Voldemorta miała zmienić swoje podejście co do nie zabijania ludzi w imię nie swoich idei. Ból, który wypełniał jej ciało był na tyle silny, że na pewno skłoni ją to do późniejszych refleksji. Oni nie mieli oporów, nie patrzyli w kogo rzucają zaklęciami, wystarczyło, że ktoś wszedł im w drogę, a zamierzali się go pozbyć. Nie podobało się jej to podejście, w ogóle nie akceptowała zabijania niewinnych, dla niej to było zdecydowanie nieodpowiednie. Geraldine nie uważała, żeby takie metody miały przynieść coś dobrego. Rozumiała, że czystokrwiści chcą utrzymać władzę w swoich rękach, ale sposób w jaki to robili był nieodpowiedni. Co gdyby tu jej dzisiaj nie było? Czy przeczytałby w gazecie o tym, że gwiazdor quidditcha został zabity tutaj ze swoimi dzieciakami? To było nie do pomyślenia.
Nie żałowała tego, że im pomogła, zrobiłaby to pewnie i drugi raz, byleby nie mieć na sumieniu swojego dawnego znajomego ze szkoły i jego najbliższych. To, że przypadkowo przez to oberwała, to już inna sprawa. Powinna była być uważniejsza, powinna podejść do tej walki nieco brutalniej, jednak nie chciała nikogo skrzywdzić zbyt mocno. To nastawienie było nieodpowiednie, już teraz wiedziała, że oni nie mieli żadnych skrupułów, atakowali jak leci, sięgali po najgorsze z zaklęć. Na pewno będzie o tym pamiętać, kto wie, czy jeszcze kiedyś przypadkiem gdzieś na nich nie trafi. Lepiej zakładać najgorsze. Wtedy na pewno będzie wiedziała czego się spodziewać i w jaki sposób z nimi walczyć. Tak, może to i dobrze, że miała za sobą pierwsze doświadczenie, może niezbyt przyjemne, ale przecież przeżyła, nic takiego jej się nie stało, no prawie, było całkiem blisko, gdyby nie to wsparcie które pojawiło się znienacka mogłoby jej tutaj już nie być, chociaż wolała na to nie patrzeć z tej strony. Przeżyła, tamci chyba uciekli, bo nie dostrzegała zaklęć fruwających w powietrzu.
Poczuła opuszki palców, które znalazły się na jej policzku. Jego dotyk ją uspokajał, mimo, że ból jej nie opuszczał, jeszcze nie, to czuła się nieco lepiej. Właściwie jak zawsze, gdy znajdował się tuż obok, na nikogo innego tak nie reagowała, Ambroise powodował, że każda, nawet najbardziej chujowa sytuacja stawała się znośną. Wiedziała, że już nic jej nie grozi, bo był obok, a on na pewno nie pozwoliłby aby stała się jej krzywda. Właściwie to chyba dzięki niemu jeszcze żyła. Nie miała pojęcia skąd się tutaj wziął, ale najwyraźniej los jej sprzyjał, że zesłał jej tu jego. Wiedziała, że był jedną z tych osób, które były w stanie poruszyć niebo i ziemię, aby nie stała się jej krzywda. Szkoda, że w ogóle został zmuszony do tego, aby angażować się w tę wymianę zaklęć, ale nie przewidywała, że to stanie się takie zaciekłe, no i nie miała świadomości ilu właściwie było przeciwników. Nie zdawała sobie sprawy, że jest ich więcej.
Opadła nieco bezwiednie w jego objęciach, bo to dziwne uczucie które ogarniało jej ciało nadal nie przestawało jej niepokoić. Przymknęła znowu oczy, starała się być spokojna, chociaż wiedziała, że nie do końca poszło po jej myśli. Obiecała mu coś, to było najgorsze, a teraz zastał ją w takiej sytuacji. Nie powinna była do tego dopuścić, to wyglądało naprawdę źle.
- To dalej boli. Dalej boli. - Wyrzuciła z siebie jeszcze. Łatwiej byłoby jej zebrać myśli, gdyby nie musiała się przejmować ciałem, które wypełniał najbardziej okropny ból jaki kiedykolwiek czuła. - Kiedy to minie? - Nie miała pojęcia ile zwyczajowo trwają takie uroki, ale zdecydowanie chciałaby, żeby już minął, czy w ogóle samo jej przejdzie, czy powinien ktoś się tym zająć? Nie wiedziała. Dlatego też przestała się nad tym zastanawiać, tylko wtuliła się jeszcze bardziej w swojego ukochanego.