27.10.2024, 18:23 ✶
Samuel pojawił się na czas. Nie miał nic lepszego do roboty a i tak przejmował się za bardzo tą nieszczęsną Potańcówką, tym Listem w którym pojawił się Wiersz od człowieka o którym nie wiedział zbyt wiele, a który zaprosił go na gody. Spał słabo też z powodu listy, który dostał od Nory, a która też być całkiem może pojawi się na tej imprezie w towarzystwie z pewnością ojca swojego dziecka, a który - jak dowiedział się w Dolinie - nie mógłby go uznać z powodu różnicy statustów, czymkolwiek ów statusy były. To z pewnością było coś związanego z Systemem, przed którym przestrzegała go matka.
Nie rozumiał tego, ale rozumiał to o czym opowiadała mu Dora. Modlitwa. Do. Boginii. Jego boginią była Knieja, która teraz cierpiała, jej ciało pokryte było śmiercią i widmami, które zakłócały naturalny porządek rzeczy. Wiedział oczywiscie też o Matce i zastanawiał się czy jedna i druga są tą samą osobą w dwóch wcieleniach, a może jedna jest córką drugiej. To by pasowało. Matka była matką wszystkim, mogła być też Matką Kniei. A skoro Dora mówiła, że można ją o coś poprosić...
Odetchnął głęboko i skinął głową, biorąc od niej świecę, czując się dziwnie, że robi to z drugim człowiekiem, ale też znając miłość dziewczyny do roślin i współdzieląc ją, ta dziwność nie była aż tak mocna.
Zapalił świecę ujął chleb, sam przyniósł ze sobą pęki ziół bo już wcześniej Dora wspominała mu o prezencie. Ułamany róg kozy, mała drewniana figurka przedstawiająca nagą kobietę o obfitym biuście z opiekuńczo wyciągniętymi rękoma, którą otaczały wilki.
Zaczął się modlić, zaczął dziękować za opiekę, za Brennę i Roselyn, za Nikolaia i jego wuja, za Lizzy, która dała mu schronienie, za wszystko dobre co go spotkało, że zdążył uciec, że zdążył zabrać kozy i kurę. Zamknął oczy i poruszał bezgłośnie ustami paląc świece i modląc sięo bezpieczeństwo dla dobrych dusz Doliny Godryka, która oswajała go ze społecznością i pozwalała czuć się coraz lepiej. Powoli, coraz lepiej... A potem uciekł myślami do swojego domu do Kniei, która cierpiała i prosił, nie! błagał Matkę o pomoc, o siłę, o mądrość dla tych, którzy wiedzieliby jak zaszyć dziurę i uratować las. Prosił o ochronę Kniei, o wygnanie widm i o to by jego mały dom w lesie był w końcu bezpieczny. Nie wiedział czy widma zamieszkałyby w leśniczówce, w miejscu w któym się urodził, w którym stracił ojca i matkę, który był jego schronieniem przed światem tyle lat. Nie wiedział, ale bardzo, bardzo mocno chciałby tam wrócić, więc prosił boginię o to, by wsparła las i otoczyła swoim ochronnym ramieniem przestrzenie tak drogie jego sercu. Żeby mógł wrócić, żeby mógł postawić książki na półce, żeby znów co rano witał go śpiew świergotników. Chciał, żeby było jak było, więc prosił, a po policzkach leciały mu łzy szczerej wiary i szeptał i zaklinał i błagał tak długo jak świeczka poparzyłą mu dłonie, a wosk zjadł chleb i zioła i kozi róg.
Nie rozumiał tego, ale rozumiał to o czym opowiadała mu Dora. Modlitwa. Do. Boginii. Jego boginią była Knieja, która teraz cierpiała, jej ciało pokryte było śmiercią i widmami, które zakłócały naturalny porządek rzeczy. Wiedział oczywiscie też o Matce i zastanawiał się czy jedna i druga są tą samą osobą w dwóch wcieleniach, a może jedna jest córką drugiej. To by pasowało. Matka była matką wszystkim, mogła być też Matką Kniei. A skoro Dora mówiła, że można ją o coś poprosić...
Odetchnął głęboko i skinął głową, biorąc od niej świecę, czując się dziwnie, że robi to z drugim człowiekiem, ale też znając miłość dziewczyny do roślin i współdzieląc ją, ta dziwność nie była aż tak mocna.
Zapalił świecę ujął chleb, sam przyniósł ze sobą pęki ziół bo już wcześniej Dora wspominała mu o prezencie. Ułamany róg kozy, mała drewniana figurka przedstawiająca nagą kobietę o obfitym biuście z opiekuńczo wyciągniętymi rękoma, którą otaczały wilki.
Zaczął się modlić, zaczął dziękować za opiekę, za Brennę i Roselyn, za Nikolaia i jego wuja, za Lizzy, która dała mu schronienie, za wszystko dobre co go spotkało, że zdążył uciec, że zdążył zabrać kozy i kurę. Zamknął oczy i poruszał bezgłośnie ustami paląc świece i modląc sięo bezpieczeństwo dla dobrych dusz Doliny Godryka, która oswajała go ze społecznością i pozwalała czuć się coraz lepiej. Powoli, coraz lepiej... A potem uciekł myślami do swojego domu do Kniei, która cierpiała i prosił, nie! błagał Matkę o pomoc, o siłę, o mądrość dla tych, którzy wiedzieliby jak zaszyć dziurę i uratować las. Prosił o ochronę Kniei, o wygnanie widm i o to by jego mały dom w lesie był w końcu bezpieczny. Nie wiedział czy widma zamieszkałyby w leśniczówce, w miejscu w któym się urodził, w którym stracił ojca i matkę, który był jego schronieniem przed światem tyle lat. Nie wiedział, ale bardzo, bardzo mocno chciałby tam wrócić, więc prosił boginię o to, by wsparła las i otoczyła swoim ochronnym ramieniem przestrzenie tak drogie jego sercu. Żeby mógł wrócić, żeby mógł postawić książki na półce, żeby znów co rano witał go śpiew świergotników. Chciał, żeby było jak było, więc prosił, a po policzkach leciały mu łzy szczerej wiary i szeptał i zaklinał i błagał tak długo jak świeczka poparzyłą mu dłonie, a wosk zjadł chleb i zioła i kozi róg.