To nie był pierwszy raz, kiedy trafiła na jeden z ataków. Nie wspominała o tym wcześniejszym swojemu chłopakowi, bo nie chciała go denerwować, ale już jeden raz miała wątpliwą przyjemność z nimi walczyć. Wszystko przez to, że spotkała przed sklepem z zabawkami jedną ze swoich przyjaciółek. Wtedy obyło się bez większych strat, również ocaliły rodzinę mugolaków, zniknęła stamtąd szybko, aby nie być powiązaną ze sprawą. Też nie było łatwo, jednak nic jej się właściwie nie stało. Poprosiła Idę, aby nikomu nie wspominała o tym, że ona była tam obecna. Zmyła się tak szybko, jak się pojawiła.
Teraz było zupełnie inaczej. Trafili ją, kurwa mać, była na siebie zła, bo nie znosiła takich sytuacji. Raczej całkiem zgrabnie sobie radziła w podobnych momentach, wychodziła niemalże bez szwanku, to nieco ugodziło w jej dumę, bo dała się zaskoczyć. Powinna była być czujniejsza, mieć oczy z tyłu głowy, a nie skupiać się na jednej osobie, która była tuż przed nią.
Jak do tej pory radzili sobie całkiem nieźle. Przeniesienie się do Piaskownicy było dobrym pomysłem, dzięki temu właściwie nie odczuwali tego, co działo się w czarodziejskim świecie. To było całkiem wygodne, życie niemalże w bańce. Tym bardziej, że Yaxleyówna jak już gdzieś wychodziła to głównie do lasów, gdzie nie miała styczności z ludźmi, nie wiedziała, jakie mają nastawienie, ani jak wyglądają sprawy w Londynie. Właściwie to wiedziała tyle, co przekazał jej Roise, który bywał tam zdecydowanie częściej. Miał w końcu normalną pracę, plus zajmował się w dalszym ciągu swoimi dodatkowymi biznesami w tej drugiej części Londynu. Aktualnie to było całkiem wygodne, bo mógł przynosić informacje z różnych części miasta, spoglądać na problem z innych perspektyw, to było całkiem przydatne.
Nie zakładała jednak, że dzisiaj sami znajdą się w centrum wydarzeń. Dolina zawsze wydawała się być raczej bezpieczna, nie spodziewała się, że będą chcieli zrobić rozpierdol i tutaj. Powinna to założyć, bo przecież i tutaj mieszkali mugolacy, najwyraźniej więc żadne miejsce nie było bezpieczne, przynajmniej jak na razie. Uświadomiła to sobie, może nawet sporo ją to kosztowało.
Czy było warto? Cóż, uratowała kilka niewinnych żyć, a przynajmniej tej myśli się trzymała, chociaż na chwilę powstrzymała oprawców przez co nie mieli możliwości ruszyć za tamtą rodziną. To był jej sukces, drobny, bo drobny, ale wolała widzieć te jasne strony, chociaż ból przechodzący przez jej ciało przypominał jej też o tej mniej przyjemnej.
Mogli ją dobić, ale miała jednak w tym wszystkim trochę szczęścia, pojawiło się wsparcie, chyba najlepsze na jakie mogła trafić. Ambroise poradził sobie z jej przeciwnikiem, chociaż tego nie widziała, bo była zajęta oglądaniem trawy i poskładała się z bólu, to przeczuwała, że to on był odpowiedzialny za to, że jeszcze żyła.
Źle się czuła z tym, że go zawiodła. Obiecała mu, gdy to się zaczęło, że będzie uważała, niby starała się to robić, ale dzisiejsza sytuacja pokazała jej, że może mieć problem z dotrzymaniem danego słowa. Nie znosiła tego robić, nie przychodziło jej lekko rozczarowywanie najbliższych, a w sumie nie miała nikogo bliższego od niego, to przynosiło dodatkowy ciężar na jej piersi. Zajmie się tym później, będzie musiała my wyjaśnić, co się właściwie stało, chociaż nie sądziła, że to pomoże.
- Mhm. - Zacisnęła zęby, żeby przypadkiem znowu jakieś dziwne dźwięki nie wyszły z jej ust. Nie chciała niepokoić obecnych wokół ludzi swoim krzykiem. Skupiała się na tym, żeby jakoś opanować ból, który przejmował kontrolę nad jej ciałem.
Dzięki temu, że Ambroise wziął ją w ramiona nie próbowała już się drapać, nie walczyła z tym uczuciem, które znajdowało się pod jej skórą, właściwie ciężko było nawet określić w którym miejscu, miała wrażenie, że dotyczy to całego ciała.
Otulił ją płaszczem, to też przyniosło chwilowe ukojenie, szczególnie po tym, jak chwilę wcześniej wytarzała się w oszronionej trawie, jej knykcie były czerwone z zimna, zapewne w końcu zaczęły odzyskiwać swój naturalny kolor.
- Wierzę ci, we wszystko. - Skoro Ambroise mówił, że to przejdzie, to nie mogło być inaczej. Ufała jego osądowi, nikomu innemu nie wierzyła tak bardzo. Byli bezpieczni, to też nie było jej obojętne, skoro wspomniał o tym, że ten człowiek już nie może zrobić im krzywdy, to musiał mieć pewność, że nie ma możliwości tu wrócić. Może ciężko jej było skupić się jakoś mocno, ale przez jej głowę przeszła myśl, skąd wynikała ta pewność, czy coś mu zrobił? Pozbył się problemu, czy po prostu spowodował, że tamten uciekł. Możliwości było wiele. Yaxleyówna aktualnie sama żałowała, że nie posłała go na drugą stronę, może to by jej chociaż odrobinę zrekompensowało to, co przeżywała.
- Tak, to prawda, ból zawsze mija. - Jak silny by nie był, zawsze kiedyś znikał. Musiała właśnie o tym myśleć, to mogło jej pomóc przeżyć ten moment.
Zastygła w jednej pozycji, starała się ograniczyć ruchy kończyn, po prostu tkwiła w uścisku. Czekała na to, aż przejdzie, minie jej to wszystko. Nie miała pojęcia ile właściwie powinna czekać na to, żeby dostrzec efekty powrotu do normalności. Ambroise na pewno wiedziałby, gdyby musiała przyjąć jakiś eliksir, chociaż w sumie nie zajmował się urazami pochodzącymi od zaklęć.