28.10.2024, 03:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.11.2024, 13:18 przez Alexander Mulciber.)
Córka boga snów była tylko snem spotkanym we śnie.
Granica między snem a jawą dawno już zatarła się w głowie Alexandra. Wilk tańczący z łanią w śmiertelnym uścisku – nad nimi księżyc, wysoko na niebie – czy nie to zobaczył przed chwilą oczyma swej duszy? Zacisnął zęby, z trudem powstrzymując się od pokusy pobiegnięcia za spłoszoną kobietą. Byłaby jego Ifigenią, którą rozerżnąłby na ołtarzu ofiarnym jak okrutny Agamemnon, od ust do łona – rozprułby jej brzuch jak wilk upolowanej łani z wizji – tylko on nie użyłby rytualnego noża, a własnych zębów, ustami splamionymi krwią błagając o wiatr, który popchnąłby go w stronę domu – w stronę Ambrosii. A potem zabiłby jego.
Łypnął w kierunku Louvaina, którego zamierzeń nie potrafił odczytać: dalej nie wiedział, jakie były intencje tego skurwysyna – nie wiedział, jakie relacje łączą go z kobietą, którą trzymał w ramionach – nie wiedział niczego, ale zaraz miało się to zmienić.
Jesteś i zawsze będziesz nikim, powiedział Alexander, zanim zdążył powściągnąć język: pobladł, otworzył szerzej oczy, w nagłej zgrozie... Ale prawdziwa Mildred Moody nigdy nie potrafiłaby pojąć głębi tego wyznania, dlaczego więc miałaby to zrobić Melpomene Longbottom? Uciekaj, pomyślał, powiódłszy za nią wzrokiem, uciekaj, póki jeszcze możesz. Pozwolił umknąć przypadkowej kobiecie, której rysy zlały się w oblicze kolejnej skrzywdzonej jego rękoma istoty, w oblicze Mildred Moody, choć to nie mogła być przecież prawdziwa Mildred Moody: twarz rozmywająca mu się dotąd przed oczami zaczynała nabierać ostrości, ale on nie chciał widzieć – nie chciał jej widzieć takiej. Mildred była gwałtowną burzą z piorunami, a on niszczącym gradem, który spadał z nieba: ona była Thurisaz, on był Hagalaz. Ogień i lód, przeciwstawne żywioły, niszczycielskie siły nieokiełznanej natury. Zawsze było im pisane ścierać się ze sobą. Czy wiedział o tym Louvain, naznaczając Alexandra runą, której prawdziwego znaczenia nie rozumiał – nie mógł rozumieć – której znaczenia nigdy nie dane mu będzie zrozumieć?
Alexander Mulciber i Mildred Moody byli jak dwa sfinksy ciągnące ten sam rydwan. Dwie wieże, wznoszące się dumnie na przeciwnych skrajach jednego, chylącemu się ku upadkowi królestwa. Dwoje szaleńców, których umysłami władał obłęd. To on chciał być tym, który ją złamie – ją – prawdziwą Mildred Moody, nie zaś urojoną Muzę, Melpomene Longbottom. "Kto cię skrzywdził dziecko", mógłby ją zapytać ojciec, dumny Morpheus Longbottom, z wiedzącymi oczami skrzącymi się niczym boski ichor, "kim był ten człowiek, z którym przed chwilą tak pięknie tańczyłaś?" "Nikt, papo", powinna wyszlochać w odpowiedzi, "on był nikim". Pieśń o nim mogła wyśpiewać tylko Muza pozbawiona głosu.
“Czy gdzieś da się radę lepiej wieszczyć niż w Grecji?”, skrzywił się, kiedy powróciło do niego echo słów kobiety, Grecja, gdzie profeci obradzają jak drzewa oliwne i pomarańcze, Grecja, Grecja, Grecja, Grecja, Grecja, wszystko zawaliło się przez tę pierdoloną Grecję, “energia jest tam lepsza, bo po tamtejszej ziemi chodzili kiedyś bogowie”, zamknij się, pomyślał, zamknij się, kurwa. To ja powinienem stąpać pośród greckich gajów, nie ty, nie Morpheus – ja. Jaki bóg mógł potępić człowieka, który nie wierzył w bogów? Człowieka, który był nikim, znikąd, bez przeszłości, bez przyszłości?
"Nikt", odpowiedział Odyseusz, gdy Polifem zapytał go o imię, "jestem nikim".
Alexander Mulciber zawsze był Odyseuszem.
Odyseusz zaś zszedł do podziemi Hadesu, gdzie rozlał na ziemi wino i krew, aby przyzwać głodne duchy: ducha oszalałej z rozpaczy Antiklei, ducha Tyrezjasza, ślepego wieszcza, który objawił mu przyszłość, i ducha towarzysza broni, Elpenora, zmienionego w wieprza przez Kirke.
Alexander zrobił to samo. Przykląkł, aby podnieść z ziemi upuszczoną przez Melpomene kartę i umieścić ją z powrotem w talii. Pozwolił, aby leżące na parkiecie szkło z kieliszka jakiejś nieuważnej damy, zraniło jego dłoń. Kilka kropel krwi jasnowidza zmieszało się z rozlanym winem. Mildred Moody, Morpheus Longbottom, Louvain Lestrange. Wszyscy byli tylko duchami, wytworami umysłu targanego szaleństwem. Zaklinał ich po kolei: Mildred, jego Antikleię – Morpheusa, jego Tyrezjasza – Louvaina, jego Elpenora. Nawet nie poczuł bólu, wpatrzony w kartę, która znalazła się na samej górze talii.
Dziewiątka mieczy. Karta, która objawiając się w jego rozkładach zawsze szeptała cicho: pomyśl, że to sen. Pomyśl że to sen – po raz pierwszy od dawna nie brzmiało to jak przekleństwo. Kiedyś te słowa były dla niego symbolem siły – symbolem tego, że to on – on jeden – ma moc kreacji świata podług swoich snów. Nic nie mogło go powstrzymać, dopóki myślał, że wszystko to, co go otacza, to sen. Jako jasnowidz wiedział, że nie jest wyłącznym panem swego losu, ale mógł być panem swoich snów, które przypominały sploty nici powiązań – czuł dreszcz podniecenia kiedy rozgarniał je palcami jak włosy kochanki – mieniące się pod jego dotykiem kolorami możliwości. Wszyscy śnili, ale jego sny... Jego sny były wyjątkowe. W snach nie czuł się przytłoczony nadmiarem wrażeń zmysłowych, w snach panował nad swym darem – w snach przeszłość, teraźniejszość i przyszłość wydawały się nie mieć przed nim tajemnic. W snach tkwiła jego nadzieja, kiedy życie wydawało się jej pozbawione. W snach zawsze znajdował powód, żeby żyć dalej.
Alexander Mulciber podniósł się, jak gdyby nigdy nic, i schował karty do wewnętrznej kieszeni marynarki. Powiódł niewidzącym wzrokiem po sali, szukając tego, który dotychczas wymykał się jego percepcji – tego, który winien mu być przewodnikiem. Morpheus Longbottom. Czy takim chciał się widzieć Alexander w odbiciu lustra? Oczy, zasnute profetyczną mgłą, przystojna twarz, tchnąca powagą i cesarski diadem wieńczący skroń? Wiecznie zgarbiony pod ciężarem fatum Mulciber wyprostował się i uniósł wysoko głowę, wysunąwszy nieco do przodu mocno zaznaczony podbródek, naśladując w tych gestach swojego ojca i swojego brata. We wszystkich wielkich opowieściach ojcowie umierali, a ich miejsce zajmowali synowie, których chwała także przemijała, przyćmiona przez dokonania ich synów. Być może chciał być nim, pomyślał, patrząc na sylwetkę mężczyzny w oddali, nie było wstydu w przyznaniu, że chciał być czasem kimś lepszym, a na pewno kimś innym – wszyscy grali kogoś innego na tym weselu, kogoś, kim nie byli. Peregrinus Trelawney, William Lestrange – każda z twarzy, jaką dziś nosił, żadna z nich prawdziwa – a co gdyby pożyczył twarz Morpheusa Longbottoma?
Niemal się uśmiechnął.
Ansuz, pomyślał, zostawiając w tyle Morpheusa, runa mądrości i natchnienia, która zaraz po Thurisaz-Mildred była najsilniejszą z run obronnych – razem zaś, stanowiły tarczę, chroniącą przed wpływem złego.
Alexander nie potrzebował tarczy, tylko miecza. Jednego, nie dziewięciu – jeden mu w zupełności wystarczył, aby udowodnić swoją wartość przed bogami i ludźmi.
Odwrócił się od Melpomene i jej ojca plecami, kierując swoje kroki w stronę Ambrosii i towarzyszącego jej Louvaina. Córka boga snów była tylko snem spotkanym we śnie, ale czyj był to sen?
Granica między snem a jawą dawno już zatarła się w głowie Alexandra. Wilk tańczący z łanią w śmiertelnym uścisku – nad nimi księżyc, wysoko na niebie – czy nie to zobaczył przed chwilą oczyma swej duszy? Zacisnął zęby, z trudem powstrzymując się od pokusy pobiegnięcia za spłoszoną kobietą. Byłaby jego Ifigenią, którą rozerżnąłby na ołtarzu ofiarnym jak okrutny Agamemnon, od ust do łona – rozprułby jej brzuch jak wilk upolowanej łani z wizji – tylko on nie użyłby rytualnego noża, a własnych zębów, ustami splamionymi krwią błagając o wiatr, który popchnąłby go w stronę domu – w stronę Ambrosii. A potem zabiłby jego.
Łypnął w kierunku Louvaina, którego zamierzeń nie potrafił odczytać: dalej nie wiedział, jakie były intencje tego skurwysyna – nie wiedział, jakie relacje łączą go z kobietą, którą trzymał w ramionach – nie wiedział niczego, ale zaraz miało się to zmienić.
Jesteś i zawsze będziesz nikim, powiedział Alexander, zanim zdążył powściągnąć język: pobladł, otworzył szerzej oczy, w nagłej zgrozie... Ale prawdziwa Mildred Moody nigdy nie potrafiłaby pojąć głębi tego wyznania, dlaczego więc miałaby to zrobić Melpomene Longbottom? Uciekaj, pomyślał, powiódłszy za nią wzrokiem, uciekaj, póki jeszcze możesz. Pozwolił umknąć przypadkowej kobiecie, której rysy zlały się w oblicze kolejnej skrzywdzonej jego rękoma istoty, w oblicze Mildred Moody, choć to nie mogła być przecież prawdziwa Mildred Moody: twarz rozmywająca mu się dotąd przed oczami zaczynała nabierać ostrości, ale on nie chciał widzieć – nie chciał jej widzieć takiej. Mildred była gwałtowną burzą z piorunami, a on niszczącym gradem, który spadał z nieba: ona była Thurisaz, on był Hagalaz. Ogień i lód, przeciwstawne żywioły, niszczycielskie siły nieokiełznanej natury. Zawsze było im pisane ścierać się ze sobą. Czy wiedział o tym Louvain, naznaczając Alexandra runą, której prawdziwego znaczenia nie rozumiał – nie mógł rozumieć – której znaczenia nigdy nie dane mu będzie zrozumieć?
Alexander Mulciber i Mildred Moody byli jak dwa sfinksy ciągnące ten sam rydwan. Dwie wieże, wznoszące się dumnie na przeciwnych skrajach jednego, chylącemu się ku upadkowi królestwa. Dwoje szaleńców, których umysłami władał obłęd. To on chciał być tym, który ją złamie – ją – prawdziwą Mildred Moody, nie zaś urojoną Muzę, Melpomene Longbottom. "Kto cię skrzywdził dziecko", mógłby ją zapytać ojciec, dumny Morpheus Longbottom, z wiedzącymi oczami skrzącymi się niczym boski ichor, "kim był ten człowiek, z którym przed chwilą tak pięknie tańczyłaś?" "Nikt, papo", powinna wyszlochać w odpowiedzi, "on był nikim". Pieśń o nim mogła wyśpiewać tylko Muza pozbawiona głosu.
“Czy gdzieś da się radę lepiej wieszczyć niż w Grecji?”, skrzywił się, kiedy powróciło do niego echo słów kobiety, Grecja, gdzie profeci obradzają jak drzewa oliwne i pomarańcze, Grecja, Grecja, Grecja, Grecja, Grecja, wszystko zawaliło się przez tę pierdoloną Grecję, “energia jest tam lepsza, bo po tamtejszej ziemi chodzili kiedyś bogowie”, zamknij się, pomyślał, zamknij się, kurwa. To ja powinienem stąpać pośród greckich gajów, nie ty, nie Morpheus – ja. Jaki bóg mógł potępić człowieka, który nie wierzył w bogów? Człowieka, który był nikim, znikąd, bez przeszłości, bez przyszłości?
"Nikt", odpowiedział Odyseusz, gdy Polifem zapytał go o imię, "jestem nikim".
Alexander Mulciber zawsze był Odyseuszem.
Odyseusz zaś zszedł do podziemi Hadesu, gdzie rozlał na ziemi wino i krew, aby przyzwać głodne duchy: ducha oszalałej z rozpaczy Antiklei, ducha Tyrezjasza, ślepego wieszcza, który objawił mu przyszłość, i ducha towarzysza broni, Elpenora, zmienionego w wieprza przez Kirke.
Alexander zrobił to samo. Przykląkł, aby podnieść z ziemi upuszczoną przez Melpomene kartę i umieścić ją z powrotem w talii. Pozwolił, aby leżące na parkiecie szkło z kieliszka jakiejś nieuważnej damy, zraniło jego dłoń. Kilka kropel krwi jasnowidza zmieszało się z rozlanym winem. Mildred Moody, Morpheus Longbottom, Louvain Lestrange. Wszyscy byli tylko duchami, wytworami umysłu targanego szaleństwem. Zaklinał ich po kolei: Mildred, jego Antikleię – Morpheusa, jego Tyrezjasza – Louvaina, jego Elpenora. Nawet nie poczuł bólu, wpatrzony w kartę, która znalazła się na samej górze talii.
Rzut Tarot 1d78 - 41
Dziewiątka Mieczy
Dziewiątka Mieczy
Dziewiątka mieczy. Karta, która objawiając się w jego rozkładach zawsze szeptała cicho: pomyśl, że to sen. Pomyśl że to sen – po raz pierwszy od dawna nie brzmiało to jak przekleństwo. Kiedyś te słowa były dla niego symbolem siły – symbolem tego, że to on – on jeden – ma moc kreacji świata podług swoich snów. Nic nie mogło go powstrzymać, dopóki myślał, że wszystko to, co go otacza, to sen. Jako jasnowidz wiedział, że nie jest wyłącznym panem swego losu, ale mógł być panem swoich snów, które przypominały sploty nici powiązań – czuł dreszcz podniecenia kiedy rozgarniał je palcami jak włosy kochanki – mieniące się pod jego dotykiem kolorami możliwości. Wszyscy śnili, ale jego sny... Jego sny były wyjątkowe. W snach nie czuł się przytłoczony nadmiarem wrażeń zmysłowych, w snach panował nad swym darem – w snach przeszłość, teraźniejszość i przyszłość wydawały się nie mieć przed nim tajemnic. W snach tkwiła jego nadzieja, kiedy życie wydawało się jej pozbawione. W snach zawsze znajdował powód, żeby żyć dalej.
Alexander Mulciber podniósł się, jak gdyby nigdy nic, i schował karty do wewnętrznej kieszeni marynarki. Powiódł niewidzącym wzrokiem po sali, szukając tego, który dotychczas wymykał się jego percepcji – tego, który winien mu być przewodnikiem. Morpheus Longbottom. Czy takim chciał się widzieć Alexander w odbiciu lustra? Oczy, zasnute profetyczną mgłą, przystojna twarz, tchnąca powagą i cesarski diadem wieńczący skroń? Wiecznie zgarbiony pod ciężarem fatum Mulciber wyprostował się i uniósł wysoko głowę, wysunąwszy nieco do przodu mocno zaznaczony podbródek, naśladując w tych gestach swojego ojca i swojego brata. We wszystkich wielkich opowieściach ojcowie umierali, a ich miejsce zajmowali synowie, których chwała także przemijała, przyćmiona przez dokonania ich synów. Być może chciał być nim, pomyślał, patrząc na sylwetkę mężczyzny w oddali, nie było wstydu w przyznaniu, że chciał być czasem kimś lepszym, a na pewno kimś innym – wszyscy grali kogoś innego na tym weselu, kogoś, kim nie byli. Peregrinus Trelawney, William Lestrange – każda z twarzy, jaką dziś nosił, żadna z nich prawdziwa – a co gdyby pożyczył twarz Morpheusa Longbottoma?
Niemal się uśmiechnął.
Ansuz, pomyślał, zostawiając w tyle Morpheusa, runa mądrości i natchnienia, która zaraz po Thurisaz-Mildred była najsilniejszą z run obronnych – razem zaś, stanowiły tarczę, chroniącą przed wpływem złego.
Alexander nie potrzebował tarczy, tylko miecza. Jednego, nie dziewięciu – jeden mu w zupełności wystarczył, aby udowodnić swoją wartość przed bogami i ludźmi.
Odwrócił się od Melpomene i jej ojca plecami, kierując swoje kroki w stronę Ambrosii i towarzyszącego jej Louvaina. Córka boga snów była tylko snem spotkanym we śnie, ale czyj był to sen?
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat