22.01.2023, 00:29 ✶
Tego kwietniowego dnia postanowił wybrać się do Londynu. W tym celu zamierzał się teleportować z Little Hangleton. Jego oczom nie ukazała londyńska ulica z widokiem na pub Dziurawy Kocioł, tylko... bagna nieopodal Little Hangleton. Jako stały mieszkaniec tej wsi doskonale wiedział o istnieniu tych mokradeł, choć w tym momencie nie wiedział, że znajduje się w pobliżu rodzinnej miejscowości. Na co dzień starał się nie zapuszczać na te mokradła. Z prostego powodu – dla zdrowego człowieka bezpieczne przeprawienie się nierzadko graniczyło z cudem. Dla niego byłoby to wyzwanie, któremu nie byłby w stanie sprostać bez użycia magii. Wytężając wzrok podczas próby rozejrzenia się wokół nie widział praktycznie nic. W naturalnym odruchu postanowił sięgnąć po swoją różdżkę.
— Lumos — Wyszeptał inkantację, po której koniec jego różdżki powinien rozjaśnić się ciepłym światłem. Ku jego zaskoczeniu i niezadowoleniu, nic takiego nie miało miejsca. Pewność co do tego, że magia nie działała, zyskał dopiero przy podjęciu drugiej próby rzucenia tego samego zaklęcia. Znów nic się nie stało. Nie miał po co nawet próbować teleportacji. Oznaczało to tylko jedno – musiał jednak dotrzeć do miejsca, z którego wyruszył albo do jakiegokolwiek miasta, z którego będzie mógł przenieść do Londynu czy powrócić piechotą do rodzinnej miejscowości. Biorąc pod uwagę jego poważnie nadwątlone przez chorobę genetyczną zdrowie i bardzo ograniczoną widoczność na tym terenie to czekała go trudna i niebezpieczna przeprawa. Będzie poruszać się praktycznie na oślep i to będzie cud, jeśli uda mu się opuścić te bagna całym i zdrowym. Jeśli mu się nie uda tego osiągnąć a wejdzie w trzęsawisko to niechybnie pożegna się z życiem. O jego zaginięciu i ewentualnej śmierci przez dłuższy czas nie będzie wiedzieć nikt z jego rodziny.
Ten nieprzyjemny zapach pozostawał ostatni na liście wszystkich niedogodności związanych z jego pobytem w tym miejscu. Nie przejmował się też ubłoconymi butami. Pozostawało mieć tylko nadzieję, że nie wejdzie w interakcję z bytującymi tutaj magicznymi stworzeniami. Noszony wełniany płaszcz zapewniał mu dostateczną ilość ciepła. Wiedział, że nie powinien pozostać w miejscu, tylko powoli iść do przodu. Dzierżona w prawej dłoni hebanowa laska służyła mu teraz do badania przestrzeni przed sobą. Każdy stawiany przez niego krok wiązał się z większym, niż zwykle wysiłkiem. Już czuł się zmęczony, z trudem łapał oddech. A gdzie tam do granicy tych mokradeł.
Przekonany, że jest tu sam nagle usłyszał kobiecy głos. Mógł się rzecz jasna przesłyszeć. Te mokradła były pełne niepokojących go dźwięków, które sprawiały, że szedł z duszą na ramieniu. Tak działała jego wyobraźnia. Dobiegający go głos sprawił, że niemalże podskoczył w miejscu. Jego prawa noga zapadła się w małe bagienko, a uwolnienie jej zdawało się go przerastać. Musiał sobie poradzić.
— Tutaj! Co za zbieg okoliczności, szczęśliwy wręcz — Zawołał w stronę, z której dobiegł go kobiecy głos. O ile faktycznie się nie przesłyszał. Było to całkiem możliwe. A on potrzebował trochę pomocy, ale póki co starał się uwolnić o własnych siłach.
Słowa: 470
— Lumos — Wyszeptał inkantację, po której koniec jego różdżki powinien rozjaśnić się ciepłym światłem. Ku jego zaskoczeniu i niezadowoleniu, nic takiego nie miało miejsca. Pewność co do tego, że magia nie działała, zyskał dopiero przy podjęciu drugiej próby rzucenia tego samego zaklęcia. Znów nic się nie stało. Nie miał po co nawet próbować teleportacji. Oznaczało to tylko jedno – musiał jednak dotrzeć do miejsca, z którego wyruszył albo do jakiegokolwiek miasta, z którego będzie mógł przenieść do Londynu czy powrócić piechotą do rodzinnej miejscowości. Biorąc pod uwagę jego poważnie nadwątlone przez chorobę genetyczną zdrowie i bardzo ograniczoną widoczność na tym terenie to czekała go trudna i niebezpieczna przeprawa. Będzie poruszać się praktycznie na oślep i to będzie cud, jeśli uda mu się opuścić te bagna całym i zdrowym. Jeśli mu się nie uda tego osiągnąć a wejdzie w trzęsawisko to niechybnie pożegna się z życiem. O jego zaginięciu i ewentualnej śmierci przez dłuższy czas nie będzie wiedzieć nikt z jego rodziny.
Ten nieprzyjemny zapach pozostawał ostatni na liście wszystkich niedogodności związanych z jego pobytem w tym miejscu. Nie przejmował się też ubłoconymi butami. Pozostawało mieć tylko nadzieję, że nie wejdzie w interakcję z bytującymi tutaj magicznymi stworzeniami. Noszony wełniany płaszcz zapewniał mu dostateczną ilość ciepła. Wiedział, że nie powinien pozostać w miejscu, tylko powoli iść do przodu. Dzierżona w prawej dłoni hebanowa laska służyła mu teraz do badania przestrzeni przed sobą. Każdy stawiany przez niego krok wiązał się z większym, niż zwykle wysiłkiem. Już czuł się zmęczony, z trudem łapał oddech. A gdzie tam do granicy tych mokradeł.
Przekonany, że jest tu sam nagle usłyszał kobiecy głos. Mógł się rzecz jasna przesłyszeć. Te mokradła były pełne niepokojących go dźwięków, które sprawiały, że szedł z duszą na ramieniu. Tak działała jego wyobraźnia. Dobiegający go głos sprawił, że niemalże podskoczył w miejscu. Jego prawa noga zapadła się w małe bagienko, a uwolnienie jej zdawało się go przerastać. Musiał sobie poradzić.
— Tutaj! Co za zbieg okoliczności, szczęśliwy wręcz — Zawołał w stronę, z której dobiegł go kobiecy głos. O ile faktycznie się nie przesłyszał. Było to całkiem możliwe. A on potrzebował trochę pomocy, ale póki co starał się uwolnić o własnych siłach.
Słowa: 470