28.10.2024, 15:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.10.2024, 15:33 przez Brenna Longbottom.)
Gdy otworzyła drzwi i za progiem zobaczyła Vincenta, na moment dosłownie się zawiesiła.
Powody tego stanu były dwojakie. Po pierwsze, próbowała zrozumieć, skąd się tu wziął i robiła szybki przegląd ich ostatnich rozmów, starając się przypomnieć sobie, czy jakimś cudem podała mu adres i o nim zapomniała. Po drugie, coś jej nie grało, a niezawodny zmysł detektywa podpowiadał, że tym czymś był stan twarzy Vincenta, i jego ubrań, bo ta pierwsza coś była gładsza niż zwykle, a te drugie… no jakoś mało vincentowe, ale może to ze względu na niemagiczny Londyn.
Już ona sobie pogada z bratem o udostępnianiu tego adresu na prawo i lewo. Nawet przyjaciołom i osobom z Sieci. Przecież powinien jej chociaż wspomnieć, że ktoś mógł nagle pojawić się na jej progu.
– Erik ci powiedział? – spytała podejrzliwie, a potem po prostu zgarnęła mu z ręki ciasteczka i od razu wpakowała sobie jedno do ust, zanim się cofnęła, wpuszczając go do mieszkania. Wciąż było trochę zagracone, bo pomiędzy przedpokojem a kuchnią stało kilka kartonów: rzeczy niedawno kupione, trochę jej przyniesionych z Warowni… nie, nie zamierzała się tu przeprowadzać, brat by ją zabił, ale po prostu w razie konieczności przenocowania w Londynie, chciała mieć je pod ziemią.
Miała już – już przestąpić nad jednym z pudeł, i zażądać wyjaśnień, co do celu tej niespodziewanej wizyty, kiedy Vincent wspomniał coś o ścieżkach i coś o jaraniu. Jakim jaraniu?
– Co? Jakie ścieżki? – zdziwiła się, i opuściła kolejne ciasteczko, które już miała unieść do ust. Obejrzała je podejrzliwie, nagle zastanawiając się, czy powinna je zjadać… ale przecież on mówił jak Vincent, rysy miał jak Vincent, nawet nos był trochę krzywy, dokładnie w tym samym miejscu, co trzeba, bo kiedyś mu go złamała, a on nie chciał od razu iść do uzdrowiciela. I nazywał ją paskudą, a to nie było przezwisko, które byłyby powszechnie znane. – Nie prosiłam cię, żeby załatwiać cokolwiek na ścieżkach? To znaczy, sprawa Salta jest już załatwiona. Patrick się z tobą skontaktował? – spytała, obserwując go z absolutnym niezrozumieniem. Czy do Warowni ktoś posłał wiadomość, gdy jej tam nie było? Czy miała czymś się zająć, i wszyscy założyli, że jakoś się dowie, że ma to zrobić, i zapomnieli jej o tym powiedzieć? Coś padło w Księżycowym Stawie? - A poza tym to nie ja paliłam.
Powody tego stanu były dwojakie. Po pierwsze, próbowała zrozumieć, skąd się tu wziął i robiła szybki przegląd ich ostatnich rozmów, starając się przypomnieć sobie, czy jakimś cudem podała mu adres i o nim zapomniała. Po drugie, coś jej nie grało, a niezawodny zmysł detektywa podpowiadał, że tym czymś był stan twarzy Vincenta, i jego ubrań, bo ta pierwsza coś była gładsza niż zwykle, a te drugie… no jakoś mało vincentowe, ale może to ze względu na niemagiczny Londyn.
Już ona sobie pogada z bratem o udostępnianiu tego adresu na prawo i lewo. Nawet przyjaciołom i osobom z Sieci. Przecież powinien jej chociaż wspomnieć, że ktoś mógł nagle pojawić się na jej progu.
– Erik ci powiedział? – spytała podejrzliwie, a potem po prostu zgarnęła mu z ręki ciasteczka i od razu wpakowała sobie jedno do ust, zanim się cofnęła, wpuszczając go do mieszkania. Wciąż było trochę zagracone, bo pomiędzy przedpokojem a kuchnią stało kilka kartonów: rzeczy niedawno kupione, trochę jej przyniesionych z Warowni… nie, nie zamierzała się tu przeprowadzać, brat by ją zabił, ale po prostu w razie konieczności przenocowania w Londynie, chciała mieć je pod ziemią.
Miała już – już przestąpić nad jednym z pudeł, i zażądać wyjaśnień, co do celu tej niespodziewanej wizyty, kiedy Vincent wspomniał coś o ścieżkach i coś o jaraniu. Jakim jaraniu?
– Co? Jakie ścieżki? – zdziwiła się, i opuściła kolejne ciasteczko, które już miała unieść do ust. Obejrzała je podejrzliwie, nagle zastanawiając się, czy powinna je zjadać… ale przecież on mówił jak Vincent, rysy miał jak Vincent, nawet nos był trochę krzywy, dokładnie w tym samym miejscu, co trzeba, bo kiedyś mu go złamała, a on nie chciał od razu iść do uzdrowiciela. I nazywał ją paskudą, a to nie było przezwisko, które byłyby powszechnie znane. – Nie prosiłam cię, żeby załatwiać cokolwiek na ścieżkach? To znaczy, sprawa Salta jest już załatwiona. Patrick się z tobą skontaktował? – spytała, obserwując go z absolutnym niezrozumieniem. Czy do Warowni ktoś posłał wiadomość, gdy jej tam nie było? Czy miała czymś się zająć, i wszyscy założyli, że jakoś się dowie, że ma to zrobić, i zapomnieli jej o tym powiedzieć? Coś padło w Księżycowym Stawie? - A poza tym to nie ja paliłam.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.