28.10.2024, 21:03 ✶
Słysząc, jak Electra wspomina o sercowych kłopotach matki, Scylla kiwnęła głową z lekkim zrozumieniem. Często spotykała się z przypadkami, w których cienie rodzinnych obciążeń kładły się na barkach kolejnych pokoleń, sama takim była. Wyczuwała też w jej słowach odrobinę tego ciężaru, który, choć niewidoczny, nieustannie wplatał się w codzienność. Wiedziała, że dla ludzi przyzwyczajonych do życia w blasku światła nawet drobne wspomnienie o cieniach bywało trudne do zaakceptowania. Ale Scylla nie zamierzała naciskać. To nie było jej miejsce - ona sama zbyt dobrze znała smak tajemnic, które pozostawały wyłącznie dla niej.
Gdy Electra nawiązała do znajomości z Dolohovem, Scylla uśmiechnęła się lekko, przypominając sobie, ile razy jako dziecko próbowała dowiedzieć się czegoś więcej o tajnikach jasnowidzenia, choć nawet rodzina nie zawsze podchodziła do jej daru z pełnym zrozumieniem. Tego typu zdolność - co było dla Scylli gorzką lekcją - częściej przyciągała sceptyków i intrygantów niż prawdziwych przyjaciół. Pomyślała, że może i Electra traktuje to jako chwilową ciekawostkę, ale jest coś w jej spojrzeniu, co sugeruje, że ta fascynacja jest prawdziwa, nawet jeśli opiera się na niepełnym zrozumieniu.
- Masz rację. Pan Dolohov to nie tylko mistrz jasnowidzenia, to też tytan praktyki i nieprzerwanej dyscypliny. Ja... wciąż uczę się żyć z własnym darem, choć czasami myślę, że to bardziej przekleństwo niż błogosławieństwo. Swoją drogą, jestem jego uczennicą - przyznała w końcu, nie brzmiąc jednak jakby chełpiła się swoim stanowiskiem.
Zatrzymała się i spojrzała na Electrę ze spokojem. Gdy po raz pierwszy wpatrzyła się w wielkie, zdumione oczy Prewettówny, Scylla czuła jakby ich spojrzenia przecięły zasłonę, która oddzielała je od siebie - odmiennych, a zarazem bliższych sobie niż mogły przypuszczać. Electra trzymała miotłę jak zaklętą, wyraźnie rozdarta między chęcią zaoferowania wsparcia a niepewnością, czy cokolwiek mogłaby zdziałać. Scylla miała wrażenie, że obie w pewnym sensie utkwiły gdzieś pomiędzy.
W końcu, gdy Electra zapewniła ją o swojej gotowości do pomocy, Scylla spojrzała na nią z mieszanką wdzięczności i wciąż falującego pod powierzchnią smutku. Jak długo minęło, odkąd ktoś otwarcie oferował jej wsparcie, niezależnie od wszystkiego? Było to uczucie dziwne i nieco dezorientujące, lecz nie odrzuciła go, a zamiast tego przyjęła ciche słowa Electry jako obietnicę.
- Dziękuję, Electro. To... jest coś, czego nie słyszę na co dzień - wyznała szczerze, choć w głosie pobrzmiewała nuta melancholii. - Nasze ścieżki może są różne, ale może właśnie dlatego możemy się od siebie czegoś nauczyć. - Uśmiechnęła się nieznacznie.
Później, gdy wróciła z otchłani wizji i zobaczyła Electrę czekającą w napięciu, nieco przytłoczoną nową świadomością, Scylla poczuła chwilowy przebłysk zrozumienia. Nie dała po sobie tego poznać, ale poczuła się... dziwnie związana z dziewczyną. Jakby łączyło ich to samo skołowanie, jakby identyczny mętlik wypełniał teraz ich głowy.
- Nie, nieszczególnie - przyznała w kwestii kontroli, choć ciężko było wyczytać, czy jest jej z tego powodu przykro, czy przywykła do takiego stanu rzeczy. - Ale wiesz... to adekwatne. Nikt nie ma nigdy pełnej kontroli nad swoim losem. To tylko wypadkowa kilku niewiadomych, łutów szczęścia i słów wypowiedzianych w mniej lub bardziej odpowiednim czasie. - Wzruszyła ramionami, nie mając zamiaru ubolewać na swoją niemocą. - Nie wiem, czy przepowiednia jest pozytywna. To że miłość go znajdzie, nie oznacza, że przyjmie ją z otwartymi ramionami. Musi sam się przekonać - uśmiechnęła się, niby przepraszająco. - Przepraszam za wtargnięcie w twój dzień, powinnam wracać do pracy. Żuk najwyraźniej nie chciał być dziś przeze mnie znaleziony, więc muszę uszanować jego wybór oraz prywatność - oznajmiła, chyba żartując. Ciężko określić - nadal wyglądała na smutną.
Gdy Electra nawiązała do znajomości z Dolohovem, Scylla uśmiechnęła się lekko, przypominając sobie, ile razy jako dziecko próbowała dowiedzieć się czegoś więcej o tajnikach jasnowidzenia, choć nawet rodzina nie zawsze podchodziła do jej daru z pełnym zrozumieniem. Tego typu zdolność - co było dla Scylli gorzką lekcją - częściej przyciągała sceptyków i intrygantów niż prawdziwych przyjaciół. Pomyślała, że może i Electra traktuje to jako chwilową ciekawostkę, ale jest coś w jej spojrzeniu, co sugeruje, że ta fascynacja jest prawdziwa, nawet jeśli opiera się na niepełnym zrozumieniu.
- Masz rację. Pan Dolohov to nie tylko mistrz jasnowidzenia, to też tytan praktyki i nieprzerwanej dyscypliny. Ja... wciąż uczę się żyć z własnym darem, choć czasami myślę, że to bardziej przekleństwo niż błogosławieństwo. Swoją drogą, jestem jego uczennicą - przyznała w końcu, nie brzmiąc jednak jakby chełpiła się swoim stanowiskiem.
Zatrzymała się i spojrzała na Electrę ze spokojem. Gdy po raz pierwszy wpatrzyła się w wielkie, zdumione oczy Prewettówny, Scylla czuła jakby ich spojrzenia przecięły zasłonę, która oddzielała je od siebie - odmiennych, a zarazem bliższych sobie niż mogły przypuszczać. Electra trzymała miotłę jak zaklętą, wyraźnie rozdarta między chęcią zaoferowania wsparcia a niepewnością, czy cokolwiek mogłaby zdziałać. Scylla miała wrażenie, że obie w pewnym sensie utkwiły gdzieś pomiędzy.
W końcu, gdy Electra zapewniła ją o swojej gotowości do pomocy, Scylla spojrzała na nią z mieszanką wdzięczności i wciąż falującego pod powierzchnią smutku. Jak długo minęło, odkąd ktoś otwarcie oferował jej wsparcie, niezależnie od wszystkiego? Było to uczucie dziwne i nieco dezorientujące, lecz nie odrzuciła go, a zamiast tego przyjęła ciche słowa Electry jako obietnicę.
- Dziękuję, Electro. To... jest coś, czego nie słyszę na co dzień - wyznała szczerze, choć w głosie pobrzmiewała nuta melancholii. - Nasze ścieżki może są różne, ale może właśnie dlatego możemy się od siebie czegoś nauczyć. - Uśmiechnęła się nieznacznie.
Później, gdy wróciła z otchłani wizji i zobaczyła Electrę czekającą w napięciu, nieco przytłoczoną nową świadomością, Scylla poczuła chwilowy przebłysk zrozumienia. Nie dała po sobie tego poznać, ale poczuła się... dziwnie związana z dziewczyną. Jakby łączyło ich to samo skołowanie, jakby identyczny mętlik wypełniał teraz ich głowy.
- Nie, nieszczególnie - przyznała w kwestii kontroli, choć ciężko było wyczytać, czy jest jej z tego powodu przykro, czy przywykła do takiego stanu rzeczy. - Ale wiesz... to adekwatne. Nikt nie ma nigdy pełnej kontroli nad swoim losem. To tylko wypadkowa kilku niewiadomych, łutów szczęścia i słów wypowiedzianych w mniej lub bardziej odpowiednim czasie. - Wzruszyła ramionami, nie mając zamiaru ubolewać na swoją niemocą. - Nie wiem, czy przepowiednia jest pozytywna. To że miłość go znajdzie, nie oznacza, że przyjmie ją z otwartymi ramionami. Musi sam się przekonać - uśmiechnęła się, niby przepraszająco. - Przepraszam za wtargnięcie w twój dzień, powinnam wracać do pracy. Żuk najwyraźniej nie chciał być dziś przeze mnie znaleziony, więc muszę uszanować jego wybór oraz prywatność - oznajmiła, chyba żartując. Ciężko określić - nadal wyglądała na smutną.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga