21.01.2023, 03:18 ✶
Próba dalszego czarowania w obliczu takich wyjaśnień wydawała się być wielce bezsensowna, chyba że mowa o spopieleniu cholernej miotły. Tak, dokładnie tak chciała z nią teraz postąpić i to coraz bardziej, z każdą upływającą chwilą.
Problem jednak polegał na tym, iż siedziała na rzeczonej miotle, wiele stóp nad ziemią. Spopielenie więc nie wchodziło w grę, nie, gdy równałoby się to z piłowaniem gałęzi, na której usadowiło się swoje szacowne cztery litery.
Tyle że to była wybitnie podbramkowa sytuacja i z którejkolwiek strony by nie spojrzeć, przesiadka na miotłę dziewczyny była najrozsądniejszym posunięciem, zwłaszcza że nie było co liczyć na przybycie przeogromnych orłów, które uchwyciłyby Mavelle w swe szpony i bezpiecznie przetransportowały na ziemię.
Ewentualnie do swojego gniazda.
- Nie no, nie ma sensu na moją, skoro nie chce się słuchać – zaoponowała i zadygotała; powoli panujący na górze ziąb zaczął się dawać we znaki – ot, wcześniej nie zauważała… niemniej brak stosownego odzienia teraz się mścił. Szczegół, naprawdę szczegół, że w planach przecież nie było ani osiągania wysokości, ani też lotu tam, gdzie zdecydowanie nie powinno się pojawiać.
A przynajmniej nie na miotle.
Skinęła skrzętnie głową – trzymanie się mocno to coś, co z pewnością mogła zrobić. I w zasadzie robiła wciąż, nadal obawiając się puścić kij. Bo a nuż miotle jeszcze bardziej odbije i znowu postanowi bryknąć? Swoją siłę, owszem, miała, jak również nie należała do cherlawych panienek, co można było je złamać w pół jednym tylko palcem, co nie znaczyło, iż znajdowała w sobie chęci do podejmowania naprawdę dużego ryzyka.
Choć tak po prawdzie, chęci przestawały już mieć znaczenie, pewne czynności stawały się koniecznością, nie zaś dobrą wolą.
Niemniej trzymała się nadal, obserwując uważnie poczynania Mackenzie, zgrzytając w duchu zębami. Lina, całkiem dobry pomysł – nawet jeśli nie do końca była pewna jej skuteczności, to dawała jakiś komfort psychiczny. I może szansę na spowolnienie potencjalnego upadku, o ile również i druga miotła się nie zbiesi i nie uzna, że ma gdzieś swoją robotę i przeznaczenie, więc najwyższa pora poswawolić.
- Aha, lepiej – potwierdziła, aczkolwiek nie wiązało się żadną miarą z jakimkolwiek rozluźnieniem, a nawet jeśli, to nie było ono jakoś specjalnie widoczne. Skinęła głową, wzięła głęboki wdech, drugi, trzeci… no, nie było co tego przeciągać w nieskończoność. Albo spadnie, albo cały ten manewr się uda i wróci w jednym kawałku do domu. Stąd też koniec końców zdecydowała się podążyć za wskazówkami blondynki i przełożyć nogę. Starała się to zrobić sprawnie, bez medytowania nad każdym centymetrem przestrzeni, jaki musiała pokonać. A potem i drugą, by całkowicie się przenieść na miotłę prawie-wybawicielki („prawie”, bo do pełnego bycia uratowaną jeszcze trochę brakowało) i uchwycić się nowego kija. Jedną ręką, bowiem drugą sięgnęła za pazuchę po różdżkę, w końcu; teraz poczuła się nieco pewniej.
- Próba jej zniszczenia też może pogorszyć sytuację? – spytała na wszelki wypadek. Bowiem miotła nadal przecież leciała, a mugole nie powinni być świadkiem takich rzeczy. Tak samo lepiej, żeby nie spadła im prosto na głowy.
Problem jednak polegał na tym, iż siedziała na rzeczonej miotle, wiele stóp nad ziemią. Spopielenie więc nie wchodziło w grę, nie, gdy równałoby się to z piłowaniem gałęzi, na której usadowiło się swoje szacowne cztery litery.
Tyle że to była wybitnie podbramkowa sytuacja i z którejkolwiek strony by nie spojrzeć, przesiadka na miotłę dziewczyny była najrozsądniejszym posunięciem, zwłaszcza że nie było co liczyć na przybycie przeogromnych orłów, które uchwyciłyby Mavelle w swe szpony i bezpiecznie przetransportowały na ziemię.
Ewentualnie do swojego gniazda.
- Nie no, nie ma sensu na moją, skoro nie chce się słuchać – zaoponowała i zadygotała; powoli panujący na górze ziąb zaczął się dawać we znaki – ot, wcześniej nie zauważała… niemniej brak stosownego odzienia teraz się mścił. Szczegół, naprawdę szczegół, że w planach przecież nie było ani osiągania wysokości, ani też lotu tam, gdzie zdecydowanie nie powinno się pojawiać.
A przynajmniej nie na miotle.
Skinęła skrzętnie głową – trzymanie się mocno to coś, co z pewnością mogła zrobić. I w zasadzie robiła wciąż, nadal obawiając się puścić kij. Bo a nuż miotle jeszcze bardziej odbije i znowu postanowi bryknąć? Swoją siłę, owszem, miała, jak również nie należała do cherlawych panienek, co można było je złamać w pół jednym tylko palcem, co nie znaczyło, iż znajdowała w sobie chęci do podejmowania naprawdę dużego ryzyka.
Choć tak po prawdzie, chęci przestawały już mieć znaczenie, pewne czynności stawały się koniecznością, nie zaś dobrą wolą.
Niemniej trzymała się nadal, obserwując uważnie poczynania Mackenzie, zgrzytając w duchu zębami. Lina, całkiem dobry pomysł – nawet jeśli nie do końca była pewna jej skuteczności, to dawała jakiś komfort psychiczny. I może szansę na spowolnienie potencjalnego upadku, o ile również i druga miotła się nie zbiesi i nie uzna, że ma gdzieś swoją robotę i przeznaczenie, więc najwyższa pora poswawolić.
- Aha, lepiej – potwierdziła, aczkolwiek nie wiązało się żadną miarą z jakimkolwiek rozluźnieniem, a nawet jeśli, to nie było ono jakoś specjalnie widoczne. Skinęła głową, wzięła głęboki wdech, drugi, trzeci… no, nie było co tego przeciągać w nieskończoność. Albo spadnie, albo cały ten manewr się uda i wróci w jednym kawałku do domu. Stąd też koniec końców zdecydowała się podążyć za wskazówkami blondynki i przełożyć nogę. Starała się to zrobić sprawnie, bez medytowania nad każdym centymetrem przestrzeni, jaki musiała pokonać. A potem i drugą, by całkowicie się przenieść na miotłę prawie-wybawicielki („prawie”, bo do pełnego bycia uratowaną jeszcze trochę brakowało) i uchwycić się nowego kija. Jedną ręką, bowiem drugą sięgnęła za pazuchę po różdżkę, w końcu; teraz poczuła się nieco pewniej.
- Próba jej zniszczenia też może pogorszyć sytuację? – spytała na wszelki wypadek. Bowiem miotła nadal przecież leciała, a mugole nie powinni być świadkiem takich rzeczy. Tak samo lepiej, żeby nie spadła im prosto na głowy.
483/1636