29.10.2024, 07:08 ✶
Zerknęła w jego kierunku, na moment dając się ponieść myślom. Czy coś się stało? Raczej nie można było tak tego nazwać. Nie było to ani nagłe, ani niespodziewane. Była do tego przygotowywana przez samą Fridę, chociaż wtedy nie chciała pochylać się nad prawdą. Chyba jakaś część jej długi czas łudziła się, że to tylko stan przejściowy i jeśli będzie wystarczająco głucha, to wszystko skończy się inaczej niż miało. Ot stan przejściowy, który należy zwyczajnie przeczekać.
-W zasadzie to nic - podjęła z wolna, ważąc słowa. Nie wiedziała do końca od czego zacząć i jak wyjaśnić.
-Była stara i schorowana - wyznała - o swojej śmierci zaczęła mówić z dwa miesiące przed odejściem, gdy jej stan zdrowia się pogorszył - jasne tęczówki zastygły na ściance łyżeczki, przyglądając się krzywemu odbiciu.
-To był dość ciężki okres, bo wtedy cały biznes stopniowo zaczął spadać mi na łeb. W końcu przykuło ją do łóżka, a ja starałam się opiekować nią i interesem. Dni zaczęły się zlewać, aż pewnego dnia, zegar w jej pokoju się zatrzymał... - zmrużyła ślepia. Godzina czwarta czterdzieści cztery. Cóż za ironia - i już nigdy nie ruszył - na jej usta pojawił się smętny uśmiech - Kruchość życia, najdroższy wuju.
Sytuacji z wujem nie trzeba było przedstawiać, gdyż Anthony bardzo dobrze się w niej orientował. Chociaż co się dziwić, nawet ślepiec by zauważył. To co wydarzyło się z Charlim budziło w niej swego rodzaju złość. Poczucie niesprawiedliwości, którego nie dało się ugasić, szczególnie po tym co młody Mulciber jej powiedział zaraz po.
-Wiesz, w obliczu rodzinnych przewinień to co zrobił Charlie wydaje się głupim dziecinnym wybrykiem... - zaczęła nagle - nie było to mądre, a wręcz absurdalnie głupie... Ale co zrobił w obliczu do win przodków? - westchnęła ciężko, krzywiąc się niejako - Ale to decyzja wuja - podsumowała w końcu, przenosząc wzrok na rozmówce, tym samym wyłapując z nim kontakt wzrokowy - Karma wyda wyrok, nie ja.
Pytanie zeszło na plany. Czy jakieś miała? Właściwie dopiero co przyjechała i miała rozglądać się za pracą.
Jej spojrzenie na powrót nabrało ciepłych barw. Lubiła to na co patrzyła. Lubiła ciepło i życzliwość, które biło od tej osoby.
-Na razie mieszkam w rodzinnej kamienicy i rozglądam się za pracą... - wyznała, darując się swoją opinie w tym temacie.
-Nie chciałabym sprawiać ci problemów - wyznała i ten mógł się spodziewać takiej odpowiedzi. Scarlett nie lubiła ciążyć innym i wszystko starała się zawsze ogarnąć sama, od dziecka. W tej kwestii nic się nie zmieniło. Niemniej jednak pytanie o pomoc było jak zimny okład na rozgrzane czoło. Miło czasem było poczuć troskę, taką czystą, w odcieniach bieli, nieskażoną krzywym spojrzeniem czy poczuciem łaski.
-W zasadzie to nic - podjęła z wolna, ważąc słowa. Nie wiedziała do końca od czego zacząć i jak wyjaśnić.
-Była stara i schorowana - wyznała - o swojej śmierci zaczęła mówić z dwa miesiące przed odejściem, gdy jej stan zdrowia się pogorszył - jasne tęczówki zastygły na ściance łyżeczki, przyglądając się krzywemu odbiciu.
-To był dość ciężki okres, bo wtedy cały biznes stopniowo zaczął spadać mi na łeb. W końcu przykuło ją do łóżka, a ja starałam się opiekować nią i interesem. Dni zaczęły się zlewać, aż pewnego dnia, zegar w jej pokoju się zatrzymał... - zmrużyła ślepia. Godzina czwarta czterdzieści cztery. Cóż za ironia - i już nigdy nie ruszył - na jej usta pojawił się smętny uśmiech - Kruchość życia, najdroższy wuju.
Sytuacji z wujem nie trzeba było przedstawiać, gdyż Anthony bardzo dobrze się w niej orientował. Chociaż co się dziwić, nawet ślepiec by zauważył. To co wydarzyło się z Charlim budziło w niej swego rodzaju złość. Poczucie niesprawiedliwości, którego nie dało się ugasić, szczególnie po tym co młody Mulciber jej powiedział zaraz po.
-Wiesz, w obliczu rodzinnych przewinień to co zrobił Charlie wydaje się głupim dziecinnym wybrykiem... - zaczęła nagle - nie było to mądre, a wręcz absurdalnie głupie... Ale co zrobił w obliczu do win przodków? - westchnęła ciężko, krzywiąc się niejako - Ale to decyzja wuja - podsumowała w końcu, przenosząc wzrok na rozmówce, tym samym wyłapując z nim kontakt wzrokowy - Karma wyda wyrok, nie ja.
Pytanie zeszło na plany. Czy jakieś miała? Właściwie dopiero co przyjechała i miała rozglądać się za pracą.
Jej spojrzenie na powrót nabrało ciepłych barw. Lubiła to na co patrzyła. Lubiła ciepło i życzliwość, które biło od tej osoby.
-Na razie mieszkam w rodzinnej kamienicy i rozglądam się za pracą... - wyznała, darując się swoją opinie w tym temacie.
-Nie chciałabym sprawiać ci problemów - wyznała i ten mógł się spodziewać takiej odpowiedzi. Scarlett nie lubiła ciążyć innym i wszystko starała się zawsze ogarnąć sama, od dziecka. W tej kwestii nic się nie zmieniło. Niemniej jednak pytanie o pomoc było jak zimny okład na rozgrzane czoło. Miło czasem było poczuć troskę, taką czystą, w odcieniach bieli, nieskażoną krzywym spojrzeniem czy poczuciem łaski.