Listy tego lata tłumie zapychały nie tylko jego biurko, ale swojego czasu i całą podłogę. Szczególnie felernego dnia z jeszcze bardziej felernym artykułem. Były listy, których nawet nie otwierał, takie, które czekały, nim miał czas na zapoznanie się z nimi i te, które otwierał z priorytetem. List od Caroline był jednym z takich listów. Ciekawość. To ciekawość zgubiła kota i to ona zgubiła człowieka. Wygnała Ewę z Raju, a wraz z jej zakusami Adama. Kto był wężem? Wąż, czy kobieta, która wężem dla mężczyzny się stała?
Kim była Caroline, która słowem obietnic chciała sączyć jad?
Nie każda trucizna zabijała. Niektóre z nich były ledwo ostrzeżeniem, by nie zrobić drugiego kroku. W którą stronę? Nie wiedział, jaką drogę ta kobieta chciała mu pokazać. Ładna - och tak - nie piękna, jak diva z wybiegu, ale przecież bardzo ładna. Taka, która mogłaby ledwo okryć swą skórę i wyciągnąć do ciebie czerwone jabłuszko.
Tylko kto miał być Adamem? Sebastien, który przyszedł tutaj razem z nią, czy Laurent, który przyszedł odwiedzić ten Matczyny Ogród?
Ach, morze. To zaklęte w oczach Laurenta przeniosło się teraz na Maximilliana, który o tym wspomniał. Jego ruchy, jego postawa, jego mimika. Wszystko to wyćwiczone, czy jednak naturalne do cna? Nie sposób było ocenić. Pewnie gdyby ten mężczyzna chciał to w tym momencie przekonałby ich oboje do tego, że sztorm jednak tym morzem włada. I że pochłonie ich fala, przed którą nie uchroni żaden czar. Nie to jednak było jego celem. Ślicznie ujęte słowa malowały przed nimi inną przyszłość.
- Zgadzam się z panem Macmillanem. - Być może mogli tutaj już porzucić te konwenanse biorąc pod uwagę rozpracowywaną sprawę widm, ale chwilowe poczucie podniosłości chwili jakoś automatycznie wkroczyło w odpowiednią semantykę. Może to obecność samej Matki? Wykutej w zimnym kamieniu, spoglądającej wzrokiem pozbawionym życia na wszystko, co żywe. - Nie masz się czego obawiać, Caroline. - Odezwał się śpiewnym głosem, rzucając jej imię jak zaklęcie*. Lubił imiona ludzi. Lubił przykładać do nich wagę i podkreślać ich wartość. Nie było drugiej takiej Caroline - była jedna i jedyna w swoim rodzaju. I stała teraz tutaj przed nimi, gotowa mówić o sekretach, o których nie powinna. - Czy gdybyśmy nie byli, jak to określiłaś, litościwymi ludźmi, to zaprosiłabyś nas na rozmowę? Z góry wierząc w porażkę? - Uśmiechnął się łagodnie do tej szczupłej, urokliwej kobiety. Wydoroślała, oj tak. Ząb ich czasu tylko pokazywał, jak pięknymi kwiatami były. I jak wspaniale kobiety potrafiły kwitnąć.
Odwzajemnił krótkie spojrzenie Sebastiana. Nie, nie wiedział, czym trudni się Caroline i co takiego ma im do powiedzenia, ale jasne było jedno - boi się konsekwencji tego. Tak jak jasne było to, że jej obecność na Polanie oznaczała, że związek z Departamentem Tajemnic istniał. Pytanie, jak głęboki? I co takiego wiedziała, że zwróciła się akurat do nich? Nie do Minister Magii, nie do aurorów, do nikogo innego - właśnie do nich.
- Caroline. - Powtórzył to zaklęcie, obracając w stronę wywoływanej głowę. - Pracujemy nad widmami i odbiliśmy się od Ministerstwa. Nie musisz się obawiać o swoją karierę. Chyba jeszcze pamiętasz? Jestem z rodziny Prewett. - Znów się uśmiechnął, przesuwając palcem po sygnecie rodowym. - Zapewniam Cię, że tak jak potrafię dochować sekretów, tak potrafię zatroszczyć się o kogoś, kto swoimi dobrymi intencjami chce pomóc.* - Ktoś uważny mógłby go oskarżyć o bardzo wysoki poziom wysublimowania.
Ach, więc szukali Węża w Matczynym Raju...
Szukali - i znaleźli.
*mam ten śpiew selkie i przewagę bogacza, rzucam z charyzmy
Slaby sukces...