29.10.2024, 23:18 ✶
Brenna nie miała pojęcia, co czuł Vincent z tego świata. Ba, nie miała nawet pojęcia, co czuła Brenna z tej rzeczywistości, czy mogłaby odwzajemnić to uczucie, czy absolutnie nie, czy oglądała się może za pewnym aurorem, czy też lubiła swojego kumpla albo była zupełnie niezainteresowana kimkolwiek, bo zajmowały ją praca oraz pączki. Pomijając fakt, że nie wiedziała nawet, że trafiła do innego świata, to ją samą w tej chwili interesował tylko jeden mężczyzna, nie zanosiło się na to, aby to mogło się zmienić, a była osobą, która po prostu nie umiałaby myśleć o dwóch chłopakach na raz. Nie przyszłoby jej więc nic takiego nawet do głowy.
Choć w tej chwili to myślała głównie o tym, że ta głowa bardzo ją boli, a rozmowa obiera dziwny kierunek. Nie rozumiała połowy rzeczy, które mówił do niej Prewett.
– Vinc, to ty się chyba naćpałeś albo ktoś podstawia mi tutaj pierdolonego przebierańca – oświadczyła, przechodząc wreszcie ponad pudłem, by opaść na jeden z zielonych foteli, które powinny być czerwone. Gdyby nie to, że nie powinien znać tego adresu, że wyrażał się w bardzo vincentowy sposób i że nawet trzymał jej ulubione ciastka, to chyba wyciągnęłaby różdżkę, i zaczęła go przepytywać pod groźbą ciskania czarami. – Nigdy w życiu niczego nie ćpałam, chyba że liczyć usypiającą herbatkę, którą wypiłam kilka dni temu przez czysty przypadek – powiedziała, obserwując Vincenta Prewetta z absolutną podejrzliwością.
Bo na litość bogini, czemu miałaby nie utrzymywać kontaktów z własnym bratem? Mieszkali razem! Owszem, dzisiaj nocowała tutaj, ale to wcale nie oznaczało, że nie wróci do Warowni. Brenna nie zamierzała porzucać rodziny. Musiała po prostu zanim do nich wróci upewnić się, że będzie w stanie zachowywać się tak, by nie dawać nikomu powodów do zmartwień.
– Steward. Auror. Cholera, zapomniałam ci wspomnieć, że on dowodzi – mruknęła, chociaż nie do końca zapomniała. Po prostu nie uważała, że ktoś dopiero wprowadzany powinien wiedzieć wszystko, nawet jeżeli od dawna wiedziała, po której stronie wchodzi. Ale że Vincent był już w Księżycowym Stawie, nie było sensu na krycie się. – Widać siniaka? – zdziwiła się, sięgając odruchowo dłonią do czoła, i do zamaskowanego sińca, a potem zamarła.
Jaki Roderick?
Jaki hajs? Miała coś załatwić z Erikiem na hajs?
Jakie włamanie?!
– Ja pierdolę. Jaki dziś dzień? – spytała, nagle przerażona, że… cofnęła się źle. Psując zmieniacz czasu, zmieniła coś jeszcze. Przerzuciło ją jakoś do przodu…? Odruchowo rozejrzała się za kalendarzem, ale nie zdążyła jeszcze takiego powiesić, ba, nie zdążyła nawet o tym pomyśleć.
Choć w tej chwili to myślała głównie o tym, że ta głowa bardzo ją boli, a rozmowa obiera dziwny kierunek. Nie rozumiała połowy rzeczy, które mówił do niej Prewett.
– Vinc, to ty się chyba naćpałeś albo ktoś podstawia mi tutaj pierdolonego przebierańca – oświadczyła, przechodząc wreszcie ponad pudłem, by opaść na jeden z zielonych foteli, które powinny być czerwone. Gdyby nie to, że nie powinien znać tego adresu, że wyrażał się w bardzo vincentowy sposób i że nawet trzymał jej ulubione ciastka, to chyba wyciągnęłaby różdżkę, i zaczęła go przepytywać pod groźbą ciskania czarami. – Nigdy w życiu niczego nie ćpałam, chyba że liczyć usypiającą herbatkę, którą wypiłam kilka dni temu przez czysty przypadek – powiedziała, obserwując Vincenta Prewetta z absolutną podejrzliwością.
Bo na litość bogini, czemu miałaby nie utrzymywać kontaktów z własnym bratem? Mieszkali razem! Owszem, dzisiaj nocowała tutaj, ale to wcale nie oznaczało, że nie wróci do Warowni. Brenna nie zamierzała porzucać rodziny. Musiała po prostu zanim do nich wróci upewnić się, że będzie w stanie zachowywać się tak, by nie dawać nikomu powodów do zmartwień.
– Steward. Auror. Cholera, zapomniałam ci wspomnieć, że on dowodzi – mruknęła, chociaż nie do końca zapomniała. Po prostu nie uważała, że ktoś dopiero wprowadzany powinien wiedzieć wszystko, nawet jeżeli od dawna wiedziała, po której stronie wchodzi. Ale że Vincent był już w Księżycowym Stawie, nie było sensu na krycie się. – Widać siniaka? – zdziwiła się, sięgając odruchowo dłonią do czoła, i do zamaskowanego sińca, a potem zamarła.
Jaki Roderick?
Jaki hajs? Miała coś załatwić z Erikiem na hajs?
Jakie włamanie?!
– Ja pierdolę. Jaki dziś dzień? – spytała, nagle przerażona, że… cofnęła się źle. Psując zmieniacz czasu, zmieniła coś jeszcze. Przerzuciło ją jakoś do przodu…? Odruchowo rozejrzała się za kalendarzem, ale nie zdążyła jeszcze takiego powiesić, ba, nie zdążyła nawet o tym pomyśleć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.