29.10.2024, 23:26 ✶
To było po prostu trudne.
Dźwignąć fakt, że ktoś może być dla Ciebie po prostu miły.
Bo świat nie był miły. Świat po prostu był czasem bardziej znośny, a potem przychodziła czerń i pożerała wszystko łapczywie.
Martwe twarze, spalone twarze, pocięte twarze, wykrzywione bólem twarze...
Czasem chciałaby w ogóle ich nie widzieć, chciałaby być zupełnie sama, może siedząc u progu Szeptuchy, śmiejąc się z każdego kto chciałby poczuć na karku odór z jej wiekowych ust. Odór śmierci i jawy. Pierwotny strach.
Zjadła tosta, a kiedy Brenna wyszła wstała również i przytuliła się do Basiliusa. Tak po prostu, tak bez jeziora, bez strachu, bez konieczności uciekania wpisanego w nieprzyjemną wizję. Przytuliła się, żeby poczuć jego zapach, wystające kości, niezręczność osoby, która nie chciała jej przytulać.
– Mój współlokator chyba znowu sobie kogoś znalazł.– szepnęła mu nagle w ramię w cichym zwierzeniu, które zamknięte zostało ciepłem Longbottomowej kuchni. – I jest to dziewczyna, która kilka razy roztrzaskała moje serce w pył. – Nie patrzyła na niego, nie patrzyła na nich. Komu miała to powiedzieć? Komu innemu? Kto wiedział, poza dziwnym pokrzywionym ćpunem, który lubił mugolskie auta, jak bardzo to wszystko było pojebane? – Każdy dzień jest coraz trudniejszy Bazyliszku. Obiecałam już tylu osobom, że się nie poddam, już rzygać mi się chce od myśli, od wysiłku, który wkładam by jeść jak chcecie, by mówić, malować, by nie tracić nadziei, że kiedyś będę mniej popierdolona. Jestem dla nich tylko ciężarem. – słowa jak trucizna, echo rozmowy, którą przecież odbyła przed chwilą, z powodu której płakała, drżała jak osika, mając na sobie ciężar troski wszystkich. – Wyjadę na kilka dni. A potem pójdę do niej i zapytam, czy coś ze mnie będzie. A jeśli nie... to zostanę tam już Liszek. Tak sobie wymyśliłam.
Dźwignąć fakt, że ktoś może być dla Ciebie po prostu miły.
Bo świat nie był miły. Świat po prostu był czasem bardziej znośny, a potem przychodziła czerń i pożerała wszystko łapczywie.
Martwe twarze, spalone twarze, pocięte twarze, wykrzywione bólem twarze...
Czasem chciałaby w ogóle ich nie widzieć, chciałaby być zupełnie sama, może siedząc u progu Szeptuchy, śmiejąc się z każdego kto chciałby poczuć na karku odór z jej wiekowych ust. Odór śmierci i jawy. Pierwotny strach.
Zjadła tosta, a kiedy Brenna wyszła wstała również i przytuliła się do Basiliusa. Tak po prostu, tak bez jeziora, bez strachu, bez konieczności uciekania wpisanego w nieprzyjemną wizję. Przytuliła się, żeby poczuć jego zapach, wystające kości, niezręczność osoby, która nie chciała jej przytulać.
– Mój współlokator chyba znowu sobie kogoś znalazł.– szepnęła mu nagle w ramię w cichym zwierzeniu, które zamknięte zostało ciepłem Longbottomowej kuchni. – I jest to dziewczyna, która kilka razy roztrzaskała moje serce w pył. – Nie patrzyła na niego, nie patrzyła na nich. Komu miała to powiedzieć? Komu innemu? Kto wiedział, poza dziwnym pokrzywionym ćpunem, który lubił mugolskie auta, jak bardzo to wszystko było pojebane? – Każdy dzień jest coraz trudniejszy Bazyliszku. Obiecałam już tylu osobom, że się nie poddam, już rzygać mi się chce od myśli, od wysiłku, który wkładam by jeść jak chcecie, by mówić, malować, by nie tracić nadziei, że kiedyś będę mniej popierdolona. Jestem dla nich tylko ciężarem. – słowa jak trucizna, echo rozmowy, którą przecież odbyła przed chwilą, z powodu której płakała, drżała jak osika, mając na sobie ciężar troski wszystkich. – Wyjadę na kilka dni. A potem pójdę do niej i zapytam, czy coś ze mnie będzie. A jeśli nie... to zostanę tam już Liszek. Tak sobie wymyśliłam.