30.10.2024, 13:02 ✶
– Natknęłam się na coś takiego w mugolskiej gazecie, ale no… nie wiem. Trochę głupio stanąć na jego progu i o to spytać. W każdym razie... lubię to miejsce – stwierdziła, bo miała wrażenie, że profesor Tolkien mógł mieć trochę dość natrętnych fanów: a ona naprawdę nie lubiła narzucać się innym ludziom. Zwłaszcza tym, których darzyła nie tylko głębokim szacunkiem, ale także podziwem. – Mogliby nas wysłać na misję do Mordordu. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby zło dało się pokonać wywalając do wulkanu jeden pierścień.
Wojna z Władcy Pierścienia wydawała się teraz Brennie taka prosta.
Nie pod kątem samej walki – ludzie tam walczyli, umierali i mierzyli się z myślą, że wszyscy mogą zginąć lub dostać się pod jarzmo Saurona. Wyprawa do Mordoru nie była łatwa, a poczucie beznadziei ogarniało wielu bohaterów, i nie mieli nawet tej normalności, która była im dana tutaj, w Anglii.
Ale tam zło rzadko skrywało się tuż przy twoim boku.
Tam nie musiałeś się zastanawiać, kto z twoich bliskich więcej ma w sobie czerni niż bieli, szukać odcieni szarości, bać się, w którą stronę podąży.
I przynajmniej wiedzieli, co muszą zrobić, aby mieć szansę na wygraną.
Gdy dostali się na górę, ruszyła dalej, pomiędzy drzewami, aż dotarli do miejsca, gdzie z kolei musieli przejść ostrożnie w dół. Thomasowi w pewnej chwili mignął bardzo stary kamień – przysiągłby, że obrastający go mech układał się w kształt jakiejś runy, ale nie mógł rozpoznać jakiej… i może było to tylko złudzenie?
Coś poruszyło się nad ich głowami.
Po gałęziach jednego z pradawnych drzew przemieszczały się nieśmiałki. Pradawna puszcza, a przynajmniej te miejsca, które zdaniem Brenny były omijane przez mugoli, najwyraźniej stała się miejscem zamieszkania magicznych stworzeń. Gdy stanęli na skraju polany, o której prawdopodobnie mówiła Brenna, Thomas z kolei usłyszał coś jakby bzyczenie – i spośród krzaków faktycznie wyłoniły się elfy, choć nie te Tolkienowskie. Kilka niewielkich stworzonek, o różnokolorowych skrzydłach, przemknęło pomiędzy nimi, a Brenna obróciła się za nimi, zanim wyszła wprost na polanę, na środku której rósł ogromny, prastary dąb, o wielkim pniu. Ziemię pod nim porastały mchy oraz paprocie: mogłaby tu ucztować Drużyna Pierścienia, nim ruszyła w dalszą drogę, ku krainie pełnej cieni.
– Moim zdaniem jest magiczny, trochę jak te drzewa Greengrassów, inaczej nie przeżyłby tak długo, a te liście jakoś tak srebrzyście połyskują… Się nie znam za bardzo na roślinach, mogę się mylić, ale fajnie w coś takiego uwierzyć.
Wojna z Władcy Pierścienia wydawała się teraz Brennie taka prosta.
Nie pod kątem samej walki – ludzie tam walczyli, umierali i mierzyli się z myślą, że wszyscy mogą zginąć lub dostać się pod jarzmo Saurona. Wyprawa do Mordoru nie była łatwa, a poczucie beznadziei ogarniało wielu bohaterów, i nie mieli nawet tej normalności, która była im dana tutaj, w Anglii.
Ale tam zło rzadko skrywało się tuż przy twoim boku.
Tam nie musiałeś się zastanawiać, kto z twoich bliskich więcej ma w sobie czerni niż bieli, szukać odcieni szarości, bać się, w którą stronę podąży.
I przynajmniej wiedzieli, co muszą zrobić, aby mieć szansę na wygraną.
Gdy dostali się na górę, ruszyła dalej, pomiędzy drzewami, aż dotarli do miejsca, gdzie z kolei musieli przejść ostrożnie w dół. Thomasowi w pewnej chwili mignął bardzo stary kamień – przysiągłby, że obrastający go mech układał się w kształt jakiejś runy, ale nie mógł rozpoznać jakiej… i może było to tylko złudzenie?
Coś poruszyło się nad ich głowami.
Po gałęziach jednego z pradawnych drzew przemieszczały się nieśmiałki. Pradawna puszcza, a przynajmniej te miejsca, które zdaniem Brenny były omijane przez mugoli, najwyraźniej stała się miejscem zamieszkania magicznych stworzeń. Gdy stanęli na skraju polany, o której prawdopodobnie mówiła Brenna, Thomas z kolei usłyszał coś jakby bzyczenie – i spośród krzaków faktycznie wyłoniły się elfy, choć nie te Tolkienowskie. Kilka niewielkich stworzonek, o różnokolorowych skrzydłach, przemknęło pomiędzy nimi, a Brenna obróciła się za nimi, zanim wyszła wprost na polanę, na środku której rósł ogromny, prastary dąb, o wielkim pniu. Ziemię pod nim porastały mchy oraz paprocie: mogłaby tu ucztować Drużyna Pierścienia, nim ruszyła w dalszą drogę, ku krainie pełnej cieni.
– Moim zdaniem jest magiczny, trochę jak te drzewa Greengrassów, inaczej nie przeżyłby tak długo, a te liście jakoś tak srebrzyście połyskują… Się nie znam za bardzo na roślinach, mogę się mylić, ale fajnie w coś takiego uwierzyć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.