Nie miała innego wyjścia, jak zaakceptować jego zdanie. Nie mogła go zmusić do tego, aby udzielał jej lekcji. To było ponad nią. Podjął decyzję - musiała się z nią oswoić. Nie do końca jej się to podobało, co pewnie mógł zauważyć w wyrazie jej twarzy, ale to by było na tyle. Nie naciskała. Pewnie miał swoje powody, o których nie chciał jej mówić, tyle. Znajdzie jakieś inne wyjście, poszuka wśród swoich znajomych.
Na pewno nie zamierzała zostawiać tego tematu, musiała się odpowiednio przygotować, bo przecież był to dopiero początek wojny, a już udało jej się oberwać dosyć mocno. Nie mogła sobie pozwolić na kolejne błędy wynikające z jej niewiedzy. To było niedopuszczalne. Yaxleyówna wbrew pozorom naprawdę starała się nie doprowadzać do tego, aby dwa razy popełniać te same błędy, tym bardziej, kiedy mogło ją to kosztować utratę życia.
Bała się czarnej magii, a raczej siły jaka mogła ze sobą nieść. Obawiała się tego, że mogło ją to pochłonąć, jednak w tym momencie zamierzała pokonać ten strach, wiedziała, że jest inna od tych ludzi, którzy chcieli przejąć władzę nad brytyjskim światem czarodziejów. Była ponad to, nigdy nie odczuwała takich potrzeb. Powinna sobie jakoś poradzić z tym, co te umiejętności ze sobą niosły. Nie chciała, żeby strach przed działaniem wykluczył ją z tego wszystkiego.
- Jasne, przecież mamy czas. - Nie spieszyło im się nigdzie, tylko, czy aby na pewno? Skąd mogli wiedzieć, że na dniach sytuacja się nie powtórzy, że znowu nie znajdą się w miejscu, w którym nie powinni, że ktoś nie postanowi zacząć rzucać zaklęciami na ulicy. Tego nie mogli być pewni, już nie. Nie było w tym wszystkim żadnej stałości. Poplecznicy Voldemorta robili to, na co mieli ochotę. Niszczyli ich świat.
- Trzeba. - Spodziewała się, że mogą wrócić, mogli też ją rozpoznać, do tego nie trzeba było mieć szczególnie wielkich, detektywistycznych zdolności. Nie zamierzała się oszukiwać - wyróżniała się nieco na tle innych czarodziejek. Była bardzo mocno charakterystyczna, ktoś na pewno mógł powiązać jej sylwetkę z nazwiskiem. Wolała zakładać najgorsze, niż łudzić się, że mieli w swoich szeregach samych półgłówków. Wolała być gotowa na to, co mogło się jej nie spodobać.
Nie negowała decyzji, którą podjął Ambroise, nie dziwiło ją to, że postanowił zająć się nią. Sama zapewn postąpiłaby w ten sam sposób. Nie mogli jednak zapominać o tym, że oni gdzieś tam się czaili, mogli mieć aktualnie nad nimi przewagę. To ją drażniło. Nie myślała wczoraj o tym, że będzie mogła być z tym powiązana, teraz trochę się tego obawiała, i nie chodziło tylko o nią, a o jej najbliższych, chodziło o niego. Wmieszała go to zupełnie przypadkowo, chociaż zdecydowanie tego nie chciała.
W przyszłości jednak nie powinni dopuszczać do takich sytuacji, oczywiście najlepiej jeśli w ogóle by ich unikali, jednak gdyby doszło do powtórki z rozrywki to wypadałoby mieć pewność, że tamci nie będą mieli możliwości ucieczki. Mieli dwa wyjścia, albo ich zabić, albo łapać, aktualnie było jej obojętne, które mieliby wybrać. Po tym, co zrobili wczoraj z jej umysłem naprawdę było jej wszystko jedno, tym bardziej, że oni na pewno się nad tym nie zastanawiali i wybierali najbardziej brutalne z opcji.
Westchnęła ciężko, gdy usłyszała jego kolejne słowa. Znowu przypominał jej o tym, że go zawiodła. - To zrozumiałe. - Wiedziała do czego zmierza, nie miała zamiaru po raz kolejny popełniać tego błędu, na pewno nie w taki głupi sposób. Jego rady zawsze miały sens, starała się spełniać te wszystkie życzenia, ale tym razem nie wyszło. Nie mogła już tego naprawić, na pewno będzie mierzyła się z konsekwencjami jeszcze przez długi czas. Najważniejsze jednak było to, że póki co jej nie skreślił. Oczywiście nie chciała sprawdzać jego cierpliwości, wydawało jej się, że to co zrobiła wczoraj było wystarczającym ciosem.
Nie znosiła tej ciszy. Milczenie powodowało, że zaczynała się denerwować, wolała, gdy mówił, kiedy dzielił się z nią wszystkimi swoimi przemyśleniami, to było bardzo niewygodne, powodowało domysły, niepewność.
- Nigdzie się nie wybieram. - Póki co nie mogła się stąd ruszyć. Liczyła na to, że kiedy do niej wróci będzie miał jakieś pozytywne wieści, przede wszystkim zależało jej na tym, żeby opuścić to miejsce. Nie znosiła Munga, nie czuła się tu dobrze, teraz będzie jej się kojarzyło z tą rozmową, której nie udało im się skończyć, z dniem kiedy zaczęła zauważać to, że się od siebie oddalili przez jej głupie zachowanie. Miała do siebie ogromny żal, ale to nic nie zmieniało. Nie mogła cofnąć czasu. Cóż, ocaliła może kilka mugolaków, ale co z tego? Nic. Spierdoliła przy okazji coś, co budowali razem przez wiele lat.
- Nie, nie potrzebuję niczego. - Miała ochotę zajarać, ale nie spodziewała się, że mogłaby to zrobić w tym szpitalnym łóżku. Chętnie wyszłaby też na zewnątrz i odetchnęła świeżym powietrzem, ale w tym przypadku była skazana na łaskę uzdrowicieli. Może okaże się, że faktycznie są ją w stanie stąd wypuścić. Zastanawiała się nad tym, jak to będzie kiedy wrócą do domu, czy tam też będzie taka cisza? Wolałaby jej uniknąć. Nie marzyła o niczym więcej, tylko o tym, żeby położyć się w cih wspólnym łóżku, przytulić do niego i przespać ten niewygodny czas, nie do końca wiedziała, czy będzie to możliwe.
Kiedy na nią spojrzał zauważyła jego zaczerwienione oczy, poczuła jeszcze większy ciężar na piersiach, był to dowód na to, jak bardzo go zawiodła i było jej z tego powodu naprawdę przykro, zacisnęła usta i ugryzła od wewnątrz swój policzek. Naprawdę był to jeden z gorszych dni w jej życiu.