31.10.2024, 18:01 ✶
Beka z ojca, szacun dla Ministry, a potem idę do namiotu artystów, żeby zobaczyć moją najlepszą przyjaciółkę zapuścić żurawia na miejsce zbrodni
Spodziewała się czegoś większego po ojcu; z jednej strony odetchnęła z ulgą, że do żadnej tragedii nie doszło, ale z drugiej czuła niesmak zawodu, że jej głodna dramatu natura nie została zaspokojona. Odkąd dowiedziała się o uczestnictwie Fortinbrasa w zamachu podczas Beltane, naiwnie spodziewała się po nim sensacyjnie głupich posunięć, które tylko utwierdziłyby ją w przekonaniu, że staruszek postradał zmysły.
Ale jednak nie, jednak miał w sobie dość ogłady, by nie wzbudzać sensacji pod własnym nazwiskiem. Nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać.
Wyszło na to pierwsze, bo kiedy Ministra błyskawicznie ustawiła go do pionu, nie mając ani ochoty, ani czasu wysłuchiwać jego jęków i stęków o indolencji służb, które przecież równie niemrawe były pod jego przywództwem, Eden nie mogła się powstrzymać i parsknęła cicho pod nosem. Może jeszcze kilka miesięcy temu wspięłaby się na wyżyny powagi i próbowałaby powściągnąć narastający śmiech, utrzymać swoją zwyczajową kamienną maskę, ale obecnie była tak zmęczona indolencją własnej rodziny, że nie czuła potrzeby dbania o jej dobry, spójny wizerunek pod każdym pozorem.
Nie bała się gniewu Fortinbrasa, ale uznawszy, że nie ma siły się użerać z jego ewentualnymi pretensjami, których jego komentarz dotyczący jej reakcji na pewno byłby pełen, postanowiła się oddalić. Posłała rozbawione, acz pełne uznania spojrzenie Ministrze, a potem usunęła się z namiotu bankietowego sprawnie, decydując się ruszyć w kierunku namiotu artystów, gdzie zaczynało się zbierać spore grono gapiów.
Zauważywszy rozpostarte wokół policyjne taśmy, dosłownie spięła się cała, bo z autopsji doskonale wiedziała, co oznaczała ich obecność. Czyli jednak coś się stało.
Przedarła się przez zebranych, może nieco zbyt chamsko rozbijając się łokciami, ale była nie tyle ciekawa, ile zestresowana. Gdyby chociaż nie rzuciła okiem na to, co zaszło wewnątrz, czekałaby ją kolejna nieprzespana noc z powodu zżerającej jej ciekawości podszytej zmartwieniem.
- Bren, wszystko w porządku? - Zawołała, widząc, że to właśnie panna Longbottom krząta się za taśmami. Czyli posłuchała jej ostrzeżenia na poważnie, nie wzięła jej za wariatkę. Miłe, acz niezbyt zaskakujące. Brenna po prostu znalazła okazję do pracy, ale skoro już Eden ją do tego skłoniła, poczuła dziwną potrzebę zaoferowania ewentualnej pomocy. Miała cichą nadzieję, że znając życie Brenna ją odrzuci, bo zbyt wiele tego wieczoru się wydarzyło, żeby do listy traumatycznych przeżyć chciała dokładać sobie pracowanie z nią w tandemie.
Przy okazji spróbowała dojrzeć jak najwięcej wewnątrz namiotu. Jak miała się powstrzymać? Była przecież z natury wścibska.
Rzuty na percepcję, zapuszczam żurawia do namiotu
Spodziewała się czegoś większego po ojcu; z jednej strony odetchnęła z ulgą, że do żadnej tragedii nie doszło, ale z drugiej czuła niesmak zawodu, że jej głodna dramatu natura nie została zaspokojona. Odkąd dowiedziała się o uczestnictwie Fortinbrasa w zamachu podczas Beltane, naiwnie spodziewała się po nim sensacyjnie głupich posunięć, które tylko utwierdziłyby ją w przekonaniu, że staruszek postradał zmysły.
Ale jednak nie, jednak miał w sobie dość ogłady, by nie wzbudzać sensacji pod własnym nazwiskiem. Nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać.
Wyszło na to pierwsze, bo kiedy Ministra błyskawicznie ustawiła go do pionu, nie mając ani ochoty, ani czasu wysłuchiwać jego jęków i stęków o indolencji służb, które przecież równie niemrawe były pod jego przywództwem, Eden nie mogła się powstrzymać i parsknęła cicho pod nosem. Może jeszcze kilka miesięcy temu wspięłaby się na wyżyny powagi i próbowałaby powściągnąć narastający śmiech, utrzymać swoją zwyczajową kamienną maskę, ale obecnie była tak zmęczona indolencją własnej rodziny, że nie czuła potrzeby dbania o jej dobry, spójny wizerunek pod każdym pozorem.
Nie bała się gniewu Fortinbrasa, ale uznawszy, że nie ma siły się użerać z jego ewentualnymi pretensjami, których jego komentarz dotyczący jej reakcji na pewno byłby pełen, postanowiła się oddalić. Posłała rozbawione, acz pełne uznania spojrzenie Ministrze, a potem usunęła się z namiotu bankietowego sprawnie, decydując się ruszyć w kierunku namiotu artystów, gdzie zaczynało się zbierać spore grono gapiów.
Zauważywszy rozpostarte wokół policyjne taśmy, dosłownie spięła się cała, bo z autopsji doskonale wiedziała, co oznaczała ich obecność. Czyli jednak coś się stało.
Przedarła się przez zebranych, może nieco zbyt chamsko rozbijając się łokciami, ale była nie tyle ciekawa, ile zestresowana. Gdyby chociaż nie rzuciła okiem na to, co zaszło wewnątrz, czekałaby ją kolejna nieprzespana noc z powodu zżerającej jej ciekawości podszytej zmartwieniem.
- Bren, wszystko w porządku? - Zawołała, widząc, że to właśnie panna Longbottom krząta się za taśmami. Czyli posłuchała jej ostrzeżenia na poważnie, nie wzięła jej za wariatkę. Miłe, acz niezbyt zaskakujące. Brenna po prostu znalazła okazję do pracy, ale skoro już Eden ją do tego skłoniła, poczuła dziwną potrzebę zaoferowania ewentualnej pomocy. Miała cichą nadzieję, że znając życie Brenna ją odrzuci, bo zbyt wiele tego wieczoru się wydarzyło, żeby do listy traumatycznych przeżyć chciała dokładać sobie pracowanie z nią w tandemie.
Przy okazji spróbowała dojrzeć jak najwięcej wewnątrz namiotu. Jak miała się powstrzymać? Była przecież z natury wścibska.
Rzuty na percepcję, zapuszczam żurawia do namiotu
Rzut Z 1d100 - 93
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 10
Akcja nieudana
Akcja nieudana
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~