Miał zimne dłonie, zwróciła na to uwagę, kiedy dotknął jej ręki, musiał więc już być na zewnątrz dosyć długo, skoro zdąrzył się wychłodzić, aż tak. Nie pytała. Wiedziała, co tu robił i dlaczego znajdował się na dworze. Niestety powodem nie było tylko podziwianie wschodu słońca, który swoją drogą był całkiem malowniczy.
Przez trwającą wojnę zrobili się jeszcze bardziej ostrożni, dbali o to, aby przez drobne niedopatrzenia nie zdarzyło się nic złego, to było całkiem roztropne, lepiej przecież zapobiegać, niżeli walczyć z konsekwencjami.
Czasem trochę tęskniła za tym, jak było jeszcze ledwie kilka miesięcy wcześniej, kiedy nic nie świadczyło o tym, że mogłoby dojść do takich zmian. Jasne, były jakieś przesłanki świadczące o tym, że coś mogłoby się wydarzyć, ale nikt chyba nie spodziewał się, że problem eskaluje do takich rozmiarów. Mieli już szansę dostrzec, że może to dotyczyć również ich, co przynosiło niepokój, bo przecież nie chcieli nic więcej tylko żyć w swoim całkiem nieźle ułożonym świecie. Szczególnie, że przecież poświęcili wiele lat na to, aby to wyglądało w odpowiedni sposób. Musieli wprowadzić trochę zmian, aby dalej móc żyć, tak jak do tego przywykli.
Prychnęła cicho słysząc jego udawane oburzenie. Cóż, nie musiał jej specjalnie długo namawiać na wzięcie psa, właściwie to zawsze chciała mieć jakiegoś. Kiedyś nie mogła sobie na to pozwolić ze względu na to, że sporo podróżowała, teraz mieli dom, w którym zazwyczaj było jedno z nich, to nie był więc żaden problem, wręcz przeciwnie. Naprawdę spodobał jej się ten pomysł.
- Tak, jest lepiej, zdecydowanie lepiej. - Zgadzali się w tym oczywiście. Aktualnie chyba jednak nie chodziło jej tylko o psy. Najpewniej czuła się bowiem, kiedy byli razem. Miała wtedy pewność, że są w stanie sobie pomóc, gdyby coś poszło nie tak. Miała świadomość, że teraz wcale nie było trudno o to, aby coś szło nie po ich myśli. Nikt bowiem nie wiedział, kiedy i gdzie uderzą poplecznicy Voldemorta po raz kolejny. Razem byli bezpieczniejsi, mogli sobie pomóc w razie ewentualnej konfrontacji, która na pewno kiedyś jeszcze się wydarzy. Nie zapowiadało się bowiem, aby ta wojna miała się szybko skończyć. Mimo, że ustalili, iż nie będą się angażować w działania wojenne, to ich to nie ominęło, no trochę przez narwany charakter panny Yaxley.
Dźwięk fal uderzających o brzeg uspokajał. To miejsce kojarzyło jej się z ostoją, którą sami sobie wybudowali. Dosyć spontaniczny pomysł kupna tego domu zrealizowany kilka lat temu okazał się być całkiem trafny. Zwłaszcza w tych trudnych czasach, w których przyszło im żyć. Mieli swoje miejsce na ziemi, w którym mogli się chować, chociaż nie do końca chować, bo przecież wcale nie unikali konfrontacji, gdy do nich przychodziło. Mogli po prostu w miarę normalnie żyć, mimo tego, co działo się w Wielkiej Brytanii.
- Wcześnie, znowu nie mogłeś spać? - Nie zamierzała pominąć tego tematu, bo nieco ją to martwiło. Miała wrażenie, że ostatnio zbyt wiele brał na swoje barki, za bardzo się angażował w to wszystko. Doceniała to, ale to było raczej niezdrowe. Musieli jakoś się w tym odnaleźć i najlepiej, aby to nie było szczególnie bolesne dla żadnego z nich.
Nie chciała, aby cierpiał przez jej głupie wybory. To ona powinna być tą, która teraz brała odpowiedzialność na siebie, a było zupełnie odwrotnie.
Niepokoiło ją to, że zdarzało się to coraz częściej mimo tego, że minęło już trochę czasu od tych niefortunnych wydarzeń do których doszło w styczniu.
- Martwi mnie to, wiesz? - Tak, zamierzała się tym również z nim podzielić. Może powinni w jakiś sposób pomóc mu coś z tym zrobić, nie sądziła, że posiłkowanie się eliksirami było szczególnie zdrowe, lepiej było to ogarnąć w inny sposób, może jakoś przerobić ten problem? Może dzięki temu będzie mógł spać spokojniej. Zależało jej na tym, żeby nic go nie męczyło i nie gnębiło. Sen wbrew pozorom był dosyć istotną częścią życia i nawet ona sobie z tego zdawała sprawę.
- Tak, wyspałam się. - Czuła się nawet przez to nieco winna, bo ona w przeciwieństwie do niego nie miewała żadnych problemów ze spaniem. Szczególnie w tym miejscu. Bliskość morza, plaży - to wszystko ją uspokajało i kołysało do naprawdę głębokiego snu, zwłaszcza, kiedy on znajdował się na drugiej stronie łóżka. Całość powodowała, że sypiała zdecydowanie dużo lepiej niż wcześniej.
- Napiłabym się kawy. - Tak, to nadal było jej ulubione śniadanie, oczywiście z towarzyszącym temu papierosem, chociaż oczywiście doceniała to, że Ambroise nauczył się całkiem nieźle gotować od kiedy tutaj zamieszkali. Ona nadal tego nie zrobiła, zamierzała uciekać od tego obowiązku tak długo, jak tylko się dało. Wolałaby nie być odpowiedzialna za przypadkowe podpalenie ich wspólnego domu.
- Idziemy do domu? - Zapytała jeszcze, bo nie była pewna, czy zdążył skończyć te swoje rytuały, czy jeszcze coś było tutaj do zrobienia.