01.11.2024, 16:39 ✶
– Albo pokręcić się po Oxfordzie i zabawić się w szalonych fanów, obserwujących go z krzaków? – powiedziała, uśmiechając się do Thomasa łobuzersko. Też wątpiła, by Tolkien odpisał na ich listy: był starym człowiekiem, według kryteriów mugoli przynajmniej, a jego książki rozchodziły się w setkach tysięcy czy milionach egzemplarzy: Brenna mogła sobie wyobrazić te stosy listów, zaścielające jego gabinet… – Taaaak, ulubiony pierścionek, z ładnym oczkiem, który pociera i nazywa swoim skarbem, i może jeszcze przelał w nie swoje najgłębsze lęki oraz nadzieję? – zażartowała Brenna, nieświadoma, jak blisko jest prawdy. Że gdzieś tam, w jaskini pełnej infernusów, znajduje się pierścień Salazara Slytherina, w którym umieszczono fragment duszy Toma Riddle’a, nić łącząca go ze światem śmiertelnych, nawet gdyby unicestwili jego ciało.
Wyciągnęła po prostu rękę, chwyciła go za dłoń i pociągnęła, gdy wahał się nad wejściem na polanę. To nie było jej miejsce: Forest of Dean nie należał do niej, nie należał do niej ten pradawny dąb, nie należała do niej magia tego miejsca. Pokochała je na swój sposób, jak kochała sady Warowni, cienie Doliny Godryka i niektóre zakątki Londynu, ale to uczucie nie sprawiało, że zyskała cokolwiek na własność.
Wierzyła, że wiele wieków temu, to miejsce było ważne dla starożytnych czarodziejów – i że magia, którą tutaj odprawiano, była dobra.
– Może w jakiś sposób ochrania. Wiesz, kręcą się tutaj nieśmiałki i elfy, mam wrażenie, że chowałyby się bardziej, gdyby zbliżali się tutaj mugolscy turyści… – powiedziała, oglądając się na jedno z drzew, po którym poruszała się magiczna istota.
Tutaj niemagiczny Londyn, targowisko, na którym byli rankiem, korytarze Ministerstwa, zdawały się nieskończenie dalekie. Nie tylko pod względem położenia geograficznego. Otaczał ich las, a ta polana zdawała się mieć w sobie ślady dawnej magii.
Ciągnąc do za sobą przeszła przez mech i paprocie, wprost do dęby. Jeżeli kiedyś ten był święty, to właśnie dopuszczała się świętokradztwa – bo oczywiście jak już zobaczyła takie drzewo, to oczywiste, że nie mogła się oprzeć i po prostu musiała na nie wejść. Wypuściła dłoń Thomasa, schwyciła się jednej z niższych gałęzi, by podciągnąć się i po chwili na niej usiąść.
– Nie ma za co. To dobre miejsce, żeby odpocząć, tak myślę – stwierdziła, podpierając się o pień i spoglądając na Thomasa z góry.
Wyciągnęła po prostu rękę, chwyciła go za dłoń i pociągnęła, gdy wahał się nad wejściem na polanę. To nie było jej miejsce: Forest of Dean nie należał do niej, nie należał do niej ten pradawny dąb, nie należała do niej magia tego miejsca. Pokochała je na swój sposób, jak kochała sady Warowni, cienie Doliny Godryka i niektóre zakątki Londynu, ale to uczucie nie sprawiało, że zyskała cokolwiek na własność.
Wierzyła, że wiele wieków temu, to miejsce było ważne dla starożytnych czarodziejów – i że magia, którą tutaj odprawiano, była dobra.
– Może w jakiś sposób ochrania. Wiesz, kręcą się tutaj nieśmiałki i elfy, mam wrażenie, że chowałyby się bardziej, gdyby zbliżali się tutaj mugolscy turyści… – powiedziała, oglądając się na jedno z drzew, po którym poruszała się magiczna istota.
Tutaj niemagiczny Londyn, targowisko, na którym byli rankiem, korytarze Ministerstwa, zdawały się nieskończenie dalekie. Nie tylko pod względem położenia geograficznego. Otaczał ich las, a ta polana zdawała się mieć w sobie ślady dawnej magii.
Ciągnąc do za sobą przeszła przez mech i paprocie, wprost do dęby. Jeżeli kiedyś ten był święty, to właśnie dopuszczała się świętokradztwa – bo oczywiście jak już zobaczyła takie drzewo, to oczywiste, że nie mogła się oprzeć i po prostu musiała na nie wejść. Wypuściła dłoń Thomasa, schwyciła się jednej z niższych gałęzi, by podciągnąć się i po chwili na niej usiąść.
– Nie ma za co. To dobre miejsce, żeby odpocząć, tak myślę – stwierdziła, podpierając się o pień i spoglądając na Thomasa z góry.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.