21.01.2023, 19:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.01.2023, 22:52 przez Florence Bulstrode.)
Florence rzeczywiście zwracała uwagę na punktualność. Przynajmniej własną. Kiedy zbliżała się godzina spotkania, a ona nie była na miejscu, czuła trudny do pokonania niepokój. Jeżeli szło o punktualność osób, z którymi się spotykała… W szpitalu i w przypadku spotkań biznesowych prawdopodobnie spóźnienie by ją zirytowało. Na szczęście dla Williama, raczej dłuższe niż kwadrans, poza tym wobec krewnych i znajomych była trochę bardziej miękka niż dla stażystów albo współpracowników.
Zastał ją pochyloną nad swoją torebką, w której usiłowała ułożyć rzeczy według własnych, wyśrubowanych wymagań. Na blacie leżały już dwie sztuki karty dań, jedna z nich otworzona na daniach wegetariańskich. Florence nie wyglądała na szczególnie rozzłoszczoną tymi pięcioma minutami, a irytacja, jaką odczuwała z powodu wypadku przed knajpą, powoli już ustępowała.
- Dobry wieczór – powiedziała, unosząc głowę znad torby, kiedy się pojawił. Jej wargi drgnęły w mimowolnym uśmiechu, wywołanym głównie tłumaczeniami, które bardzo przypominały jej pewnego studenta, usiłującego wyjaśnić, dlaczego nie pojawił się na teście. – Spokojnie, Williamie, nie czekam długo. Sama dopiero przyszłam, jakiś chłopak wytrącił mi przed restauracją torebkę i pozbieranie rzeczy trochę mi zajęło. Czyżbyś rozmawiał z moimi stażystami i dotarły do ciebie plotki, że za spóźnienie karam szybko i okrutnie?
To nawet była prawda. Acz dotyczyła głównie wykładów. I nieodmiennie praktyk, bo o ile mogła jeszcze podarować jednorazowe spóźnienie na wykład, o tyle na zajęcia praktyczne, gdzie czekał pacjent, już absolutnie nie.
Zlustrowała go uważnym spojrzeniem, na chwilę zatrzymując spojrzenie na uchu.
- Gdybyś faktycznie musiał ją kupować, mogłoby to być trochę problematyczne, słyszałam, że ktoś włamał się do Ollivanderów i zniszczył mnóstwo produktów – stwierdziła. Sama mieszkała tuż za rogiem, na Horyzontalnej, nawet więc jeżeli nie bratała się jakoś szczególnie z sąsiadami, to gdy robiła zakupy albo szła do pracy, niektóre plotki docierały do jej uszu. Na całe szczęście, Williama nie czekała wyprawa do zakładu. – Masz różdżkę za uchem – uświadomiła go, chyba niezbyt tym zaskoczona.
Odłożyła torebkę obok siebie i kiedy Lestrange usiadł, przyciągnęła do siebie kartę dań. Królowały oczywiście makarony, chociaż nie brakowało też sałatek, także o tajemniczo brzmiących nazwach, być może zawierających typowo włoskie, magiczne rośliny, znalazła się też pizza, kluski gnocchi, zupa minestrone czy ryżowe kulki z nadzieniem. Oraz – rzecz jasna – mnóstwo win.
- Muszę przyznać, że nazwy większości tych dań nic mi nie mówią – dorzuciła jeszcze, odwracając głowę do kelnera i ostatecznie zamawiając sałatkę. Uznała ją za stosunkowo bezpieczny wybór, bo zazwyczaj unikała mięsa, zarówno ze względów zdrowotnych, jak i dlatego, że ot niezbyt za nim przepadała, odkąd ojciec zabrał ją na farmę, gdy miała dziesięć lat i odkryła, że królik na talerzu to ten sam królik, który biega po podwórku…
Zastał ją pochyloną nad swoją torebką, w której usiłowała ułożyć rzeczy według własnych, wyśrubowanych wymagań. Na blacie leżały już dwie sztuki karty dań, jedna z nich otworzona na daniach wegetariańskich. Florence nie wyglądała na szczególnie rozzłoszczoną tymi pięcioma minutami, a irytacja, jaką odczuwała z powodu wypadku przed knajpą, powoli już ustępowała.
- Dobry wieczór – powiedziała, unosząc głowę znad torby, kiedy się pojawił. Jej wargi drgnęły w mimowolnym uśmiechu, wywołanym głównie tłumaczeniami, które bardzo przypominały jej pewnego studenta, usiłującego wyjaśnić, dlaczego nie pojawił się na teście. – Spokojnie, Williamie, nie czekam długo. Sama dopiero przyszłam, jakiś chłopak wytrącił mi przed restauracją torebkę i pozbieranie rzeczy trochę mi zajęło. Czyżbyś rozmawiał z moimi stażystami i dotarły do ciebie plotki, że za spóźnienie karam szybko i okrutnie?
To nawet była prawda. Acz dotyczyła głównie wykładów. I nieodmiennie praktyk, bo o ile mogła jeszcze podarować jednorazowe spóźnienie na wykład, o tyle na zajęcia praktyczne, gdzie czekał pacjent, już absolutnie nie.
Zlustrowała go uważnym spojrzeniem, na chwilę zatrzymując spojrzenie na uchu.
- Gdybyś faktycznie musiał ją kupować, mogłoby to być trochę problematyczne, słyszałam, że ktoś włamał się do Ollivanderów i zniszczył mnóstwo produktów – stwierdziła. Sama mieszkała tuż za rogiem, na Horyzontalnej, nawet więc jeżeli nie bratała się jakoś szczególnie z sąsiadami, to gdy robiła zakupy albo szła do pracy, niektóre plotki docierały do jej uszu. Na całe szczęście, Williama nie czekała wyprawa do zakładu. – Masz różdżkę za uchem – uświadomiła go, chyba niezbyt tym zaskoczona.
Odłożyła torebkę obok siebie i kiedy Lestrange usiadł, przyciągnęła do siebie kartę dań. Królowały oczywiście makarony, chociaż nie brakowało też sałatek, także o tajemniczo brzmiących nazwach, być może zawierających typowo włoskie, magiczne rośliny, znalazła się też pizza, kluski gnocchi, zupa minestrone czy ryżowe kulki z nadzieniem. Oraz – rzecz jasna – mnóstwo win.
- Muszę przyznać, że nazwy większości tych dań nic mi nie mówią – dorzuciła jeszcze, odwracając głowę do kelnera i ostatecznie zamawiając sałatkę. Uznała ją za stosunkowo bezpieczny wybór, bo zazwyczaj unikała mięsa, zarówno ze względów zdrowotnych, jak i dlatego, że ot niezbyt za nim przepadała, odkąd ojciec zabrał ją na farmę, gdy miała dziesięć lat i odkryła, że królik na talerzu to ten sam królik, który biega po podwórku…