21.01.2023, 19:33 ✶
- Dzięki, zgadzam się z tym – odparł nieskromnie. Co innego mógłby robić? Nie miał wystarczającego zacięcia, by profesjonalnie grać na miotle. Nie posiadał specjalnego talentu w żadnej magicznej dziedzinie. Być może mógłby być dobrym sprzedawcą. wciskać nieznajomym kit, ale nie wyobrażał sobie robić ciągle tego samego przez osiem godzin dziennie aż do końca życia. To nie było dla niego. Aktorstwo było zaś skrojone dla Theodore’a. Podobnie jak muzykowanie na ulicy, ale na tym nie dało się dużo zarobić.
Ciężko było mu sobie wyobrazić, że komuś nie zależało na rozpoznawalności i nie chciał korzystać z jej uroków. Uznał, że wezwała imię Merlina nadaremno, bo bardzo spodobało jej się to, co usłyszała i była po prostu wdzięczna losowi, że wszyscy jej fani w okolicy będą wkrótce wiedzieć, że mieszkała w pobliżu. Theo uśmiechnął się zadowolony z siebie i pokazał jej kciuk uniesiony w górę, szczęśliwy, że jego gadulstwo będzie pomocne. Nie musiała nawet dziękować, z przyjemnością opowie ze szczegółami o sławnej sąsiadce znajomym.
Gdy się uśmiechnęła odwdzięczył się trzy razy bardziej od niej wyszczerzając zęby. Jako człowiek, który porozumiewał się ze światem za pomocą uśmiechniętej buzi oraz śmiechu, nie mógł nie zauważyć, że Mackenzie miała poważniejszy styl (a przynajmniej tak było w jego towarzystwie) i sprowokowanie ją do uśmiechu nie było proste. Tak więc ucieszył się tym, że choć na chwilę rozpromieniała i nawet przez moment przemilczał jej tłumaczenie, które nie do końca kupował.
- Zgadza się, mam tam krewniaków, ale nie jest regułą, że Lovegoodowie żyją tylko w Dolinie Godryka – odparł, trochę zaskoczony, że wiedziała tyle o jego rodzinie. Chociaż możliwym było, że nie był jedynym Lovegoodem, którego znała. Wbrew temu, co mu się wydawało, wcale nie był centrum wszechświata - Dla mojego tatka na przykład jest tam zbyt tłoczno i woli mieszkać w bardziej odosobnionej okolicy. Ja tymczasem mam wprost przeciwnie. Londyn mi się podoba, bo dużo jest tu ludzi – wyjaśnił schodząc za nią po schodach. Musiał się pospieszyć, by za nią nadążyć. Dynamicznie przeskakiwał stopnie by nie zostać za daleko w tyle.
- A co z twoją rodziną? Wybacz, jeśli się mylę, ale czy Greengrassowie nie są lepiej usytuowani niż Lovegoodowie? Nie powinnaś mieszkać w jakieś frymuśnej rezydencji? - dopytywał się dalej, bo nadal jej osoba nie pasowała mu do skromnego sąsiedztwa i to mimo marketu, pubu i miłych sąsiadów.
Gdy znaleźli się na dole pomachał dłonią na przywitanie sklepikarzowi, który pilnował jej rzeczy i z zaskoczeniem zorientował się, że naprawdę nie żartowała o kilku kursach. Nie widział tylu roślin od czasu, gdy na zawsze pożegnał się z szklarniami Hogwartu.
- To wszystko twoje? Handlujesz ziołami po treningach? - spytał dla pewności i odetchnął głęboko, pogodzony z faktem, że pomoc blondynce może zająć mu trochę dłużej niż się spodziewał. Posiadała więcej roślin niż pozostali mieszkańcy ulicy. Razem wzięci.
- Lepsze rośliny niż zwierzęta – mruknął do siebie pod nosem nachylając się nad jedną z roślinek. Przynajmniej nie były to psy, koty lub sowy, które będą mu hałasować po nocy za ścianą. Nie posłuchał jej i zamiast lawendy chwycił paproć, gdyż wydawała mu się największą z roślinek, które zostały. Dziewczyna wzięła ciężki kwiat, więc nie chciał być gorszy. Do drugiej dłoni, dla równowagi, zmieścił jeszcze małą doniczkę z tulipanami. Nie korzystał z różdżki, przyzwyczajony do robienia rzeczy samemu. Tak wyposażony ruszył na górę. Tym razem dużo wolniej i bez przeskakiwania stopni.
Ciężko było mu sobie wyobrazić, że komuś nie zależało na rozpoznawalności i nie chciał korzystać z jej uroków. Uznał, że wezwała imię Merlina nadaremno, bo bardzo spodobało jej się to, co usłyszała i była po prostu wdzięczna losowi, że wszyscy jej fani w okolicy będą wkrótce wiedzieć, że mieszkała w pobliżu. Theo uśmiechnął się zadowolony z siebie i pokazał jej kciuk uniesiony w górę, szczęśliwy, że jego gadulstwo będzie pomocne. Nie musiała nawet dziękować, z przyjemnością opowie ze szczegółami o sławnej sąsiadce znajomym.
Gdy się uśmiechnęła odwdzięczył się trzy razy bardziej od niej wyszczerzając zęby. Jako człowiek, który porozumiewał się ze światem za pomocą uśmiechniętej buzi oraz śmiechu, nie mógł nie zauważyć, że Mackenzie miała poważniejszy styl (a przynajmniej tak było w jego towarzystwie) i sprowokowanie ją do uśmiechu nie było proste. Tak więc ucieszył się tym, że choć na chwilę rozpromieniała i nawet przez moment przemilczał jej tłumaczenie, które nie do końca kupował.
- Zgadza się, mam tam krewniaków, ale nie jest regułą, że Lovegoodowie żyją tylko w Dolinie Godryka – odparł, trochę zaskoczony, że wiedziała tyle o jego rodzinie. Chociaż możliwym było, że nie był jedynym Lovegoodem, którego znała. Wbrew temu, co mu się wydawało, wcale nie był centrum wszechświata - Dla mojego tatka na przykład jest tam zbyt tłoczno i woli mieszkać w bardziej odosobnionej okolicy. Ja tymczasem mam wprost przeciwnie. Londyn mi się podoba, bo dużo jest tu ludzi – wyjaśnił schodząc za nią po schodach. Musiał się pospieszyć, by za nią nadążyć. Dynamicznie przeskakiwał stopnie by nie zostać za daleko w tyle.
- A co z twoją rodziną? Wybacz, jeśli się mylę, ale czy Greengrassowie nie są lepiej usytuowani niż Lovegoodowie? Nie powinnaś mieszkać w jakieś frymuśnej rezydencji? - dopytywał się dalej, bo nadal jej osoba nie pasowała mu do skromnego sąsiedztwa i to mimo marketu, pubu i miłych sąsiadów.
Gdy znaleźli się na dole pomachał dłonią na przywitanie sklepikarzowi, który pilnował jej rzeczy i z zaskoczeniem zorientował się, że naprawdę nie żartowała o kilku kursach. Nie widział tylu roślin od czasu, gdy na zawsze pożegnał się z szklarniami Hogwartu.
- To wszystko twoje? Handlujesz ziołami po treningach? - spytał dla pewności i odetchnął głęboko, pogodzony z faktem, że pomoc blondynce może zająć mu trochę dłużej niż się spodziewał. Posiadała więcej roślin niż pozostali mieszkańcy ulicy. Razem wzięci.
- Lepsze rośliny niż zwierzęta – mruknął do siebie pod nosem nachylając się nad jedną z roślinek. Przynajmniej nie były to psy, koty lub sowy, które będą mu hałasować po nocy za ścianą. Nie posłuchał jej i zamiast lawendy chwycił paproć, gdyż wydawała mu się największą z roślinek, które zostały. Dziewczyna wzięła ciężki kwiat, więc nie chciał być gorszy. Do drugiej dłoni, dla równowagi, zmieścił jeszcze małą doniczkę z tulipanami. Nie korzystał z różdżki, przyzwyczajony do robienia rzeczy samemu. Tak wyposażony ruszył na górę. Tym razem dużo wolniej i bez przeskakiwania stopni.