03.11.2024, 03:47 ✶
- Testując kiedy i czy wygoni nas ochrona? - zażartował choć w sumie czy to był taki głupi pomysł? Kto nie chciałby spotkać jednego z największych literackich umysłów ostatnich lat. Nie słyszał nigdy o nikim, koro stworzyłby tak rozległy świat, tak rozbudowany. Popularność jaką zyskał zapewne była odwrotnie proporcjonalna do szansy uzyskania odpowiedzi na nurtujące fanów pytania.
Zaśmiał się na samo wyobrażenie sobie słów wypowiadanych przez Brennę, to był atak surrealistyczne, że aż nie mógł się powstrzymać, czy wystraszył przechodzące nieopodal nieśmiałki i spłoszył kilka wróbli. - To teraz potrzebujemy hobbita, który wygra z nim pojedynek na zagadki i wykradnie mu pierścień, a kiedy on będzie próbował odzyskać swoją dawną potęgę, my zdołamy go zniszczyć - dodał nie zdając sobie sprawy, że faktycznie gdzieś tam czają się przedmioty, może nie pierścień jeden, ale kilka innych, które będzie trzeba unicestwić nim na dobre Voldemort będzie mógł zostać pokonany.
Nie oponował kiedy wciągnęła go na polanę, choć nadal nie czuł się, że powinien tu być. Czuł na swej dłoni ten przyjemny uścisk i ciepło dłoni przyjaciółki co dodawało mu więcej otuchy niż mogłaby się spodziewać. To miejsce było czyste, piękne. A on? Wybrakowany, z mrokiem w duszy i z dziurą w miejscu serca. Pasował tu? To jakby wprowadzać żuka na przyjęcie dla motyli. Ale dał się ponieść, nie uciekał, za młoda Longbottomówną poszedłby nawet w ogień.
- Tak, sprawia, że mach ochotę zanurzyć się w tej magii jak pod bezpiecznym kocem, pozwolić się otulić - powiedział nieco rozmarzonym tonem, nie miał pojęcia czy takie coś jest możliwe. Ale tutaj w tym miejscu, ciągnięty przez paprocie wydawał się mały, jak mała czuć musi się mrówka w środku wielkiego lasu. Wydarzenia z tego dnia zdawały się być tak odległe, jakby minęły od nich lata. Znajdowali się w starej puszczy, miejscu, które zdawało się pamiętać przedwieczne, pierwotne zło i jemu się oparło. Czy tak czułą się Drużyna Pierścienia przemierzająca lasy Lothlorien? Zapewne. Uśmiechnął się rozmarzony. Kim byłby, gdyby byli jak oni, Drużyna? Pewnie niczym Pippin, mało znaczące tło sprawiający problemy, a może jak Boromir? O słabym sercu, ale z poczuciem obowiązku, który ginie by poświęcić się dla innych? Zapewne nie byłby nawet częścią drużyny.
Za to Bren? Była niczym Gandalf, wskazywała im drogę i służyła radą, ale też jak Frodo niosła na sobie brzemię spajające ludzi wokół niej. Dlaczego musiała być postacią tragiczną? Nie chciał tego dla niej, powinna być szczęśliwa. Oni wszyscy powinni móc żyć normalnym życiem.
Co za głupi czas, żeby być żywym - sarknął w myśli pozwalając by myśli o czarnoksiężniku odpłynęły z tym w dal. Magia tego miejsca, chyba nie pozwalała mu na czarne myśli, jakby wymuszała na nim wyciszenie i uspokojenie się, nawet ten wstrętny głosik zamilkł.
Szeroki uśmiech zagościł mu na twarzy, kiedy zaczęła wdrapywać się na drzewo. to przywodziło wspomnienia, te miłe wspomnienia, jakby znów byli beztroskimi dziećmi. ile razy to spędzili czas na włóczeniu się po Kniei czy sadzie Abottów? Zadarł głowę do góry, rzadki moment kiedy to on musiał spojrzeć na kogoś w górę. A przecież był tak częsty podczas wspinania się na drzewa z nią. Obdarzył Brennę promiennym uśmiechem, pierwszym tego dnia, pełnym uśmiechem, który tłoczył mu się na usta prosto z jego duszy. Nie miał pojęcia jak to robiła, ale trafiała do niego bezbłędnie, chyba faktycznie czytała mu w myślach.
- Tak, wydaje się ukajać skołatane serca i sklejać to co rozsypane - potwierdził dotykając kory dębu i przeciągając po niej opuszkami placów z rozmarzeniem. Nawet jego opuszczały tutaj te mroczne myśli, które wiecznie kłębiły się jego głowie. Chciał powiedzieć jak tu jest cudownie, ale nie potrafił, miał wrażenie, że cokolwiek by nie powiedział byłoby strasznie trywialne i nie oddawało prawdziwej natury tego miejsca. Nie wspinał się jednak na dąb jak przyjaciółka, zamiast tego legł w gęstej trawie nie tracąc spojrzenia na Brennę siedzącą na gałęzi drzewa. - Faktycznie, pozwala odpocząć - kiedy ostatnio miał odwagę zwolnić, położyć się w trawie i nie myśleć o niczym, po prostu trwać w chwili i nie zmuszać się do działania, bo przecież trzeba coś robić. W tej całej gonitwie ku ochronie bliskich, czy był czas na beztroskę? Chyba tak, chyba czasami tego potrzebowali, aby nie zwariować.
Zaśmiał się na samo wyobrażenie sobie słów wypowiadanych przez Brennę, to był atak surrealistyczne, że aż nie mógł się powstrzymać, czy wystraszył przechodzące nieopodal nieśmiałki i spłoszył kilka wróbli. - To teraz potrzebujemy hobbita, który wygra z nim pojedynek na zagadki i wykradnie mu pierścień, a kiedy on będzie próbował odzyskać swoją dawną potęgę, my zdołamy go zniszczyć - dodał nie zdając sobie sprawy, że faktycznie gdzieś tam czają się przedmioty, może nie pierścień jeden, ale kilka innych, które będzie trzeba unicestwić nim na dobre Voldemort będzie mógł zostać pokonany.
Nie oponował kiedy wciągnęła go na polanę, choć nadal nie czuł się, że powinien tu być. Czuł na swej dłoni ten przyjemny uścisk i ciepło dłoni przyjaciółki co dodawało mu więcej otuchy niż mogłaby się spodziewać. To miejsce było czyste, piękne. A on? Wybrakowany, z mrokiem w duszy i z dziurą w miejscu serca. Pasował tu? To jakby wprowadzać żuka na przyjęcie dla motyli. Ale dał się ponieść, nie uciekał, za młoda Longbottomówną poszedłby nawet w ogień.
- Tak, sprawia, że mach ochotę zanurzyć się w tej magii jak pod bezpiecznym kocem, pozwolić się otulić - powiedział nieco rozmarzonym tonem, nie miał pojęcia czy takie coś jest możliwe. Ale tutaj w tym miejscu, ciągnięty przez paprocie wydawał się mały, jak mała czuć musi się mrówka w środku wielkiego lasu. Wydarzenia z tego dnia zdawały się być tak odległe, jakby minęły od nich lata. Znajdowali się w starej puszczy, miejscu, które zdawało się pamiętać przedwieczne, pierwotne zło i jemu się oparło. Czy tak czułą się Drużyna Pierścienia przemierzająca lasy Lothlorien? Zapewne. Uśmiechnął się rozmarzony. Kim byłby, gdyby byli jak oni, Drużyna? Pewnie niczym Pippin, mało znaczące tło sprawiający problemy, a może jak Boromir? O słabym sercu, ale z poczuciem obowiązku, który ginie by poświęcić się dla innych? Zapewne nie byłby nawet częścią drużyny.
Za to Bren? Była niczym Gandalf, wskazywała im drogę i służyła radą, ale też jak Frodo niosła na sobie brzemię spajające ludzi wokół niej. Dlaczego musiała być postacią tragiczną? Nie chciał tego dla niej, powinna być szczęśliwa. Oni wszyscy powinni móc żyć normalnym życiem.
Co za głupi czas, żeby być żywym - sarknął w myśli pozwalając by myśli o czarnoksiężniku odpłynęły z tym w dal. Magia tego miejsca, chyba nie pozwalała mu na czarne myśli, jakby wymuszała na nim wyciszenie i uspokojenie się, nawet ten wstrętny głosik zamilkł.
Szeroki uśmiech zagościł mu na twarzy, kiedy zaczęła wdrapywać się na drzewo. to przywodziło wspomnienia, te miłe wspomnienia, jakby znów byli beztroskimi dziećmi. ile razy to spędzili czas na włóczeniu się po Kniei czy sadzie Abottów? Zadarł głowę do góry, rzadki moment kiedy to on musiał spojrzeć na kogoś w górę. A przecież był tak częsty podczas wspinania się na drzewa z nią. Obdarzył Brennę promiennym uśmiechem, pierwszym tego dnia, pełnym uśmiechem, który tłoczył mu się na usta prosto z jego duszy. Nie miał pojęcia jak to robiła, ale trafiała do niego bezbłędnie, chyba faktycznie czytała mu w myślach.
- Tak, wydaje się ukajać skołatane serca i sklejać to co rozsypane - potwierdził dotykając kory dębu i przeciągając po niej opuszkami placów z rozmarzeniem. Nawet jego opuszczały tutaj te mroczne myśli, które wiecznie kłębiły się jego głowie. Chciał powiedzieć jak tu jest cudownie, ale nie potrafił, miał wrażenie, że cokolwiek by nie powiedział byłoby strasznie trywialne i nie oddawało prawdziwej natury tego miejsca. Nie wspinał się jednak na dąb jak przyjaciółka, zamiast tego legł w gęstej trawie nie tracąc spojrzenia na Brennę siedzącą na gałęzi drzewa. - Faktycznie, pozwala odpocząć - kiedy ostatnio miał odwagę zwolnić, położyć się w trawie i nie myśleć o niczym, po prostu trwać w chwili i nie zmuszać się do działania, bo przecież trzeba coś robić. W tej całej gonitwie ku ochronie bliskich, czy był czas na beztroskę? Chyba tak, chyba czasami tego potrzebowali, aby nie zwariować.