- Nie musiałam, ale może powinnam. - Miała na myśli to, że może powinna jednak nieco poszerzyć swój zestaw umiejętności, bo jak widać te, które wydawały się być wystarczające aktualnie wcale mogły nie być odpowiednimi. Gdyby wcześniej się zainteresowała innymi dziedzinami związanymi z polowaniami, to aktualnie mogłoby się im przydać podczas trwającej wojny. To w sumie nie było takie głupie, mogłaby podejrzeć pracę kilku znajomych, żeby zobaczyć z czym to się jadło. Szkoda, że nie robiła tego wcześniej, bo mogłaby byc aktualnie już ekspertem w tej dziedzinie, a tak to nie do końca nawet wiedziała od czego zacząć. Nie do końca jej się to podobało, była nawet na siebie trochę zła, że do tej pory była taką ignorantką. Jak wiadomo jednak mądry czarodziej po szkodzie. Ona zdecydowanie zawsze wybierała te bardziej bezpośrednie techniki walki, w dużej mierze w przeciwieństwie do większości czarodziejów wybierała proste metody, broń, siłę fizyczną, a nie magię i rytuały. To mogło być jej słabością, bo przychodziło im się mierzyć aktualnie ze zdecydowanie silniejszymi przeciwnikami od magicznych bestii z którymi była przyzwyczajona walczyć.
- Akurat odwagi nigdy mi nie brakowało. - Tak, to była jedna z tych cech, którą zawsze w sobie miała. Często można było nazywać to nawet brawurą, a nie po prostu odwagą. Była pewna swoich umiejętności, nie zastanawiała się nad konsekwencjami, jakie mogły przynosić jej zachowania, ryzykowała. Nie bez powodu przecież należała do Gryffindoru, tiara umieściła ją tam bo widziała w niej właśnie tę cechę. Gryfońską głupotę, odwagę, jak zwał tak zwał.
- W takim wypadku doceniam, że nie pokazujesz swojego zniecierpliwienia, tylko tak dzielnie nad tym wszystkim pracujesz. - Wiedziała, to znaczy spodziewała się z czego to wynikało. Zostali postawieni pod ścianą, nie mieli za bardzo innego wyboru. Musieli dbać o swoje bezpieczeństwo, interesować się tematami, które kiedyś nieszczególnie ich interesowały. Tak, to miało niestety sens. Nadeszły bardzo wątpliwe czasy, podczas których wypadało, aby potrafili o siebie zadbać. Mniej lub bardziej skutecznie. Najważniejsze jednak, że próbowali to wszystko przetrwać. Zaciskali zęby i robili to, co wydawało się słuszne.
Zdawała sobie sprawę, że to ich miejsce na ziemi nie było jeszcze jakoś mocno dopracowane pod względem bezpieczeństwa, jednak na pewno z czasem będzie się to zmieniało. Wprowadzali zmiany, szukali nowych sposobów, aby zrobić ich dom twierdzą, no może nie do końca twierdzą, chociaż kto wie, czy kiedyś faktycznie się tym nie stanie. Powoli, małymi krokami dopracowywali wszystkie elementy. To miejsce miało całkiem niezły potencjał, tylko nie zakładali, że kiedykolwiek będą musieli, aż tak bardzo dbać o swoje własne bezpieczeństwo, wojna rozpoczęła się dosyć spontanicznie i trwała w najlepsze, nie widać było jej końca, wręcz przeciwnie, Yaxleyówna raczej miała wrażenie, że to był dopiero początek. Musieli mieć pewność, że w przyszłości faktycznie będą mogli spać tu spokojnie, bo kto wiedział, kiedy faktycznie ktoś się nimi zainteresuje. Byli całkiem niezłymi kąskami dla obu stron trwającego konfliktu. Prędzej, czy później ktoś na pewno pojawi się u ich drzwi z propozycją nie do odrzucenia. Wolała tego uniknąć, dlatego też dobrze by było, jakby nie mogli dotrzeć do tych drzwi, to skutecznie ochroniłoby ich przed podjęciem wyboru, którego żadne z nich nie chciało podejmować. Neutralność była wskazana, całkiem przyjemna, mogła gwarantować względny spokój.
Nikt ich tu nie nawiedzał, nawet członkowie rodziny. Ger skutecznie ignorowała pytania o to, gdzie właściwie się podziewa, nie uważała, żeby ktoś musiał mieć jakieś dokładne informacje. Co jakiś czas po prostu pisała do rodziców, że jest bezpieczna, że są bezpieczni, bo oczywiście jej najbliżsi pytali również o Ambroisa. Przywykli do tego, że ich drogi zostały ze sobą spelcione, chociaż nadal nie do końca przyzwyczaili się do tego w jaki sposób żyli. Oczywiście i to robili na własnych zasadach, nikt w to nigdy nie ingerował, bo chyba zdawali sobie sprawę, że nie miało to najmniejszego sensu. Zawsze robili to na co mieli ochotę, nie zważając na nieprzychylne spojrzenia, tak było im dobrze.
Czasem zastanawiała się, czy coś by się zmieniło, gdyby faktycznie przeszli przez te jeszcze bardziej oficjalne formalności, pewnie nie, nie zmieniłaby nic poza nazwiskiem. Nie sądziła, aby taki krok miał jakieś większe znaczenie, no i może mogłaby odwiedzić Roisa w szpitalu, gdyby coś mu się stało, tak właściwie to wydawało jej się, że przeszłoby to i teraz, bo przez niego kojarzyła niektórych pracowników Munga, ktoś na pewno przymknąłby oko zważając na to, że byli widywani u swojego boku od tylu lat. Wszyscy wiedzieli o ich relacji, nie kryli się z tym, to nie było tajemnicą.
- Najlepiej by było, gdyby dzięki tej próbie dotarło do niego, że nie warto podejmować kolejnej. - Ostrzeżenia były dobrą metodą na zapewnienie sobie bezpieczeństwa, no i nie przynosiły bezpośredniej wymiany sił. Całkiem rozsądny wybór, który mógł ich kosztować najmniej. Gdyby doszło do dalszego starcia - cóż, mogliby ucierpieć bardziej, a robili to wszystko przede wszystkim po to, aby mieć nadzieję na wspólną przyszłość. - Jesteśmy gorsi od zwierząt. - Była tego pewna. Stworzenia nie miały sumienia, które powinno w jakiś sposób dawać do myślenia ludziom. Wiedziała jednak, że są osoby, które go nie miały, to było najgorsze. Byli przepełnieni żądzą krwi, chcieli zabijać dla przyjemności. Zwierzęta raczej robiły to z innych pobudek. Ludzie to były zdecydowanie najgorsze z bestii, coraz bardziej to do niej docierało. Byli gotowi przelewać krew praktycznie bez powodu, to było zatrważające. Sama zresztą wiedziała, że byłaby w stanie zabić drugiego człowieka, tyle, że w jej przypadku było to raczej kierowane chęcią obrony najbliższych, tutaj nie miała żadnych granic. Gdyby chodziło o Roisa nie wahałaby się nawet sekundy, byłaby w stanie dla niego zabijać, tak, byleby mieć pewność, że będzie bezpieczny.
- Nie mogłabym do tego podchodzić inaczej. - Zresztą Yaxleyówna nigdy nie należała do szczególnie wygodnych osób, takie drobne niedogodności nie były czymś, co przeszkadzałoby jej w jakikolwiek sposób. Mogłaby odrzucić wszystkie niepotrzebne ułatwienia, aby mieć pewność, że będą bezpieczni.
- Wiem, ale pamiętaj o tym, że nie musisz się dla nas poświęcać. - Cóż, Ambroise i tak był dosyć mocno zapracowany, powinien mieć więcej czasu dla siebie. Musiała mu o tym przypominać, bo wykazywał niestety skłonności, które mogłyby go wepchnąć w pracoholizm. Gdy się w coś angażował, to nie było zmiłuj. Robił to całym sobą, jakby nic innego się nie liczyło. Zapominał w tym wszystkim o sobie samym. Nie do końca jej się to podobało, bo powinien o siebie dbać. Właściwie to od tego miał ją, przypominała mu czasem aby odetchnął, chociaż wcale nie tak łatwo było go do tego zmusić, tak, niby nic nie musiał, ale potrafiła go do tego zachęcić w inny sposób. Zbyt wiele razem przeżyli, żeby ignorował jej opinię, to ją cieszyło, bo miała wpływ na to, co się z nim działo. Nie chciała, żeby się przemęczał, bo to mogło przynosić nie do końca mile widziane konsekwencje, musiał o siebie dbać.
- To na pewno nie będą ostatnie słowa. - Tak, była o tym bardzo mocno przekonana i zamierzała się z nim podzielić swoją opinią. Na pewno o to zadba.
- Całkiem nieźle Roise, ale ta odpowiedź mnie nie satysfakcjonuje. - Niewystarczająco, oczywiście, że mogła się po nim spodziewać podobnego odzewu. Najwyraźniej zamierzał faktycznie skończyć to co zaczął, bez względu na panujące na zewnątrz warunki atmosferyczne. Rozumiała to, nie miała zamiaru oczywiście w to ingerować, ale zamierzała zostać tuż obok, żeby mieć pewność, iż się nie wyziębi. Wydawało jej się, że musiał tu spędzić dłuższą chwilę, przynajmniej tak zakładała po tym, jak skostniałe były jego dłonie, które jeszcze chwilę wcześniej dotykała. Na pewno spędził tu już wystarczającą ilość czasu.
- Nie jest trochę chłodno, a kurewsko zimno. - Poprawiła go jeszcze. Ten zacinający wiatr powodował, że odczuwalna temperatura była jeszcze niższa od tej faktycznej. Nie, żeby jej to aktualnie jakoś przeszkadzało, bo przecież była tu ledwie chwilę. Chodziło o niego, miała nadzieję, że to do niego dotrze.
- Brzmi jak idealny poranek. - Dodała w końcu z uśmiechem. Tak, najlepiej, aby ruszyli się w końcu z miejsca, bo to spowoduje, że szybciej znajdą się w domu i w końcu zajmą czymś przyjemniejszym.
Bardzo lubiła te poranki, kiedy byli tutaj razem. Ich praca powodowała, że często się mijali, więc naprawdę chciała w pełni wykorzystać ten dzień.
- Tak, chodźmy, nie ma sensu zwlekać. - Naciągnęła na głowę kaptur swojego płaszcza, żeby wiatr w końcu przestał plątać jej włosy i ruszyła przed siebie, w stronę głazu, który przed chwilą jej pokazał.