04.11.2024, 08:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.11.2024, 08:54 przez Lorraine Malfoy.)
Choć Lorraine z uwagą przysłuchiwała się temu, co miała jej do powiedzenia Victoria, nie przerwała pracy: dłonie, wiedzione kojącą repetycją rutyny, same wykonywały wyuczone czynności, nawet wtedy, gdy podnosiła wzrok i zerkała w stronę kobiety, aby na choćby krótką chwilę złapać spojrzenie głębokich, brązowych oczu. Jestem, mówiła wtedy twarz Lorraine, słucham. Mieszkańcy Nokturnu z nieufnością patrzyli na przedstawicieli służb naruszających teren ich dzielnicy, Victoria nie mogła jednak odczuć podobnej niechęci ze strony wili. Zdarzało się jej już wcześniej współpracować z Biurem Koronera, zdarzało jej się także gościć aurorów i przedstawicieli Brygady Uderzeniowej zarówno w Necronomiconie, jak i w swoim mieszkaniu, a profesjonalny dystans w jej zachowaniu łatwo mieszał się z familiaryjnością. Lorraine nie robiła sobie wrogów tam, gdzie nie musiała, wręcz przeciwnie – głęboko wierzyła, że wszystkie znajomości można w jakiś sposób wykorzystać – jej praca polegała na kojarzeniu faktów, których normalnie nikt by ze sobą nie skojarzył, łączeniu ludzi, o których nikt by nie pomyślał, że mogliby zamienić ze sobą słowa na ulicy, szukaniu powiązań wszędzie – nawet tam, gdzie pozornie nie było żadnych. Życie na granicy dwóch światów przychodziło jej łatwo, może dlatego, że z natury pozostawała wiecznie rozdarta między byciem wilą a byciem kobietą: wszyscy inni zdawali się zapominać, że Nokturn nie stoi wyłącznie przestępstwami – że w ciemności nie mieszkają potwory, którymi straszy się dzieci w bajkach – że w ciemności kryją się możliwości.
Lorraine wybrała Nokturn zamiast salonów, otaczającą je ciemność zamiast światła dnia, ciszę starego zakładu pogrzebowego zamiast zgiełku ministerialnego atrium. Ilu już ludzi oferowało jej pomoc, ilu próbowało przekonać do porzucenia tego życia, uratować ją – przed kim, myślała wtedy pogardliwie Lorraine, przed samą sobą? Gdyby tylko chciała, mogłaby obracać się wśród arystokratycznego przepychu – brylować u boku Anthony'ego Shafiqa w towarzystwie, gdzie jeszcze kilka lat temu plotkowano, że Lorraine Malfoy jest jego nową, stanowczo zbyt młodą narzeczoną – mogłaby wieść życie pozbawione trosk, ciesząc się wszystkimi przywilejami socjety, na której tle tak uwielbiała błyszczeć. Na Nokturnie mieszkała nie z konieczności, a z wyboru. Lorraine wybrała Nokturn. Codziennie podejmowała ten sam wybór – codziennie mierzyła się z jego konsekwencjami – codziennie wybierała na nowo. Tutaj mogła być niezależna. Tutaj mogła być wolna. Zastanawiała się, czy tak właśnie tłumaczył to Victorii Sauriel – tak jak ona próbowała to kiedyś wytłumaczyć Atreusowi – czy trzymał ją w błogiem nieświadomości, bo od kiedy wolność była czymś, co dało się ująć w słowa?
Lorraine zwracała uwagę nie tylko na to, co mówi Victoria, ale i na to, jak mówi: zawsze formowała swoją opinię na temat danej osoby na podstawie subtelności w jej zachowaniu, ulotnych gestów, przywiązując większą wagę do tego, co niewerbalne, niż do tego, co wypowiedziane na głos, do słów, które potrafiły być pozbawione znaczenia. Victoria mówiła spokojnie, acz dobitnie, w sposób, który świadczył o tym, że jest kimś, komu należy się szacunek, i dobrze o tym wie. Lorraine, która sama była dumna i wysoko nosiła głowę, podobała się ta maniera, ceniła bowiem ludzi znających swoją wartość: wartość, która była wypadkową osobistych dokonań, otrzymanego wychowania, ale i rodzinnego dziedzictwa – a ród Lestrange był niemal równie stary, co ród Malfoy. Choć na temat Victorii mogła formować wiele sądów, prawda była taka, że nie znała siedzącej naprzeciw kobiety zbyt dobrze. Chcąc nie chcąc, do tej pory myślała o niej głównie w kontekście Sauriela – Sauriela, który gładkie słówka przeplatał przekleństwami, a przekleństwa – gładkimi słówkami. Sauriel mógł mówić i zachowywać się w sposób diametralnie różny od Victorii, a jednak, odnajdywała między nimi subtelne podobieństwa: pod maską skrytości i powagi, na dnie ciemnych oczu skrywał się przecież ten sam błysk, choć jej tchnęły życiem, a jego były przerażająco martwe. Czy myślała o nim, patrząc na leżące na stołach trupy? Czy nie obawiała się, że ją także dotknie przekleństwo czasu? Że w obliczu trupiej, doskonale zakonserwowanej młodości wampira, tak trudno będzie znieść przemijanie własnej, pogodzić się z ułomnościami wieku, starością, śmiercią?
Sauriel, choć martwy, wciąż jednak pozostawał mężczyzną, a mężczyźni z natury byli istotami o słabszej konstrukcji psychicznej od kobiet – nawet tacy, którzy potrafili sprawić, aby świat drżał przed nimi w posadach. Jak inaczej wyjaśnić, że wciąż nie przemienił swojej ukochanej, aby razem z nim władała nocą? Zapewne powstrzymywały go skrupuły – irracjonalne wyrzuty sumienia, które nie prowokowały w wili współczucia, a jedynie chęć wymownego przewrócenia oczami, bo w postępowaniu wspólnika nie widziała szlachetności, a jedynie egoizm, głupotę i słabość. Czym było brzemię nieśmiertelności w perspektywie wieczności u boku kogoś, kogo kochasz? Lorraine gotowa była obiecać Maeve wieczność, choć nie sądziła, że ma tyle czasu do dyspozycji w swoim kalendarzu. Nie wątpiła w kompetencje Victorii, w to, że jako auror potrafiła o siebie zadbać, ale wciąż było to ryzykowne zajęcie. Będąc na miejscu Sauriela, wolałaby skazać siebie na wieczne potępienie, i ją przemienić, niż patrzeć, jak wpada w objęcia śmierci. Wyglądałaby dobrze z ustami poplamionymi krwią, oceniła chłodno Lorraine. Czym różniłoby się to od zwykłego powleczenia warg czerwoną szminką?
"Mieli mniej szczęścia, o ile w ogóle można mówić o szczęściu w przypadku tamtej kobiety. Tak jakby… wyssano z nich życie. Wyssano z nich czas?"
– Może to nie jest kwestia szczęścia – odrzekła po chwili namysłu Lorraine. – Może to kwestia przeznaczenia. – Skupiła wzrok na Victorii. – Niektórym dane jest żyć długo, nigdy nie narzekając na niedostatek czasu. Niektórym czas przecieka przez palce tak samo jak życie. Niektórym przyznano przywilej, jakim jest starzenie się, a niektórym pisana jest szybka śmierć. – Zimne spojrzenie jasnych oczu Lorraine – oczu legilimentki – wydawało się przewiercać Victorię na wskroś. – Każdy z nas ma tylko tyle czasu, ile przeznaczyli mu bogowie. – Hardość religijnego dogmatyzmu przebrzmiała w jej miękkim, nasyconym słodyczą głosie, pewnym nawet wtedy, gdy taktycznie wycofywała się w głąb kostnicy. – Może ci nieszczęśnicy nie mieli go wystarczająco, aby nasycić apetyt bestii. Może od początku nie mieli go zbyt wiele. Może za rok albo dwa ta kobieta zginęłaby w wypadku komunikacyjnym, leżący obok niej mężczyzna zszedłby na zawał w przyszłym tygodniu, a tamten – skoczyłby z London Bridge. Może tej dziewczynie, o której mówiłaś – tej, która zmieniła się w staruszkę – pisane było z kolei przeżyć wszystkich tych ludzi, z nami włącznie, może miała w sobie tyle życia, że te straszydła z Kniei zdążyły się nasycić i zostawiły ją w spokoju... – Nikły uśmiech zadrgał na wargach Lorraine, ta jednak z powrotem skupiła się na poruszającym całunie, odrywając wzrok od twarzy Victorii. – ...A może, gdy pracujesz w zakładzie pogrzebowym, w pewnym momencie po prostu wszędzie zaczynasz widzieć śmierć. Tak w zakładzie pogrzebowym jak i w biurze aurorów. Nie słuchaj mnie.
Śmierć, jakkolwiek beznadziejnie ostateczna, nosiła mimo wszystko znamiona spokoju, życie było natomiast nieprzewidywalne w swym pędzie: może dlatego widok umarłych wstających ze swych mar budził w żywych taki dysonans poznawczy. Jeszcze raz, nieco nerwowo, spróbowała rzucić zaklęcie ochronne na leżące za nią ciało kobiety, gotowe do zaprezentowania rodzinie, zawahała się jednak, słysząc głos Victorii, która zadała jej pytanie.
rozproszenie (I)
Odetchnęła z ulgą, gdy zaklęcie wyszło. Przestała się cofać, a zamiast tego nieśmiało zbliżyła się do aurorki.
– Zmarli się ruszają. Zmarli mówią. Zmarli demolują prosektoria wykrzykując bezeceństwa – odpowiedziała kompletnie poważnie na pytanie Victorii, utkwiwszy jednak wzrok w całunie. – Na szczęście zwłoki tamtego mężczyzny miały grubo ponad trzy miesiące, więc procesy rozkładu były dosyć zaawansowane, i... Zanim zdążył sforsować drzwi, odpadła mu noga.
Lorraine wybrała Nokturn zamiast salonów, otaczającą je ciemność zamiast światła dnia, ciszę starego zakładu pogrzebowego zamiast zgiełku ministerialnego atrium. Ilu już ludzi oferowało jej pomoc, ilu próbowało przekonać do porzucenia tego życia, uratować ją – przed kim, myślała wtedy pogardliwie Lorraine, przed samą sobą? Gdyby tylko chciała, mogłaby obracać się wśród arystokratycznego przepychu – brylować u boku Anthony'ego Shafiqa w towarzystwie, gdzie jeszcze kilka lat temu plotkowano, że Lorraine Malfoy jest jego nową, stanowczo zbyt młodą narzeczoną – mogłaby wieść życie pozbawione trosk, ciesząc się wszystkimi przywilejami socjety, na której tle tak uwielbiała błyszczeć. Na Nokturnie mieszkała nie z konieczności, a z wyboru. Lorraine wybrała Nokturn. Codziennie podejmowała ten sam wybór – codziennie mierzyła się z jego konsekwencjami – codziennie wybierała na nowo. Tutaj mogła być niezależna. Tutaj mogła być wolna. Zastanawiała się, czy tak właśnie tłumaczył to Victorii Sauriel – tak jak ona próbowała to kiedyś wytłumaczyć Atreusowi – czy trzymał ją w błogiem nieświadomości, bo od kiedy wolność była czymś, co dało się ująć w słowa?
Lorraine zwracała uwagę nie tylko na to, co mówi Victoria, ale i na to, jak mówi: zawsze formowała swoją opinię na temat danej osoby na podstawie subtelności w jej zachowaniu, ulotnych gestów, przywiązując większą wagę do tego, co niewerbalne, niż do tego, co wypowiedziane na głos, do słów, które potrafiły być pozbawione znaczenia. Victoria mówiła spokojnie, acz dobitnie, w sposób, który świadczył o tym, że jest kimś, komu należy się szacunek, i dobrze o tym wie. Lorraine, która sama była dumna i wysoko nosiła głowę, podobała się ta maniera, ceniła bowiem ludzi znających swoją wartość: wartość, która była wypadkową osobistych dokonań, otrzymanego wychowania, ale i rodzinnego dziedzictwa – a ród Lestrange był niemal równie stary, co ród Malfoy. Choć na temat Victorii mogła formować wiele sądów, prawda była taka, że nie znała siedzącej naprzeciw kobiety zbyt dobrze. Chcąc nie chcąc, do tej pory myślała o niej głównie w kontekście Sauriela – Sauriela, który gładkie słówka przeplatał przekleństwami, a przekleństwa – gładkimi słówkami. Sauriel mógł mówić i zachowywać się w sposób diametralnie różny od Victorii, a jednak, odnajdywała między nimi subtelne podobieństwa: pod maską skrytości i powagi, na dnie ciemnych oczu skrywał się przecież ten sam błysk, choć jej tchnęły życiem, a jego były przerażająco martwe. Czy myślała o nim, patrząc na leżące na stołach trupy? Czy nie obawiała się, że ją także dotknie przekleństwo czasu? Że w obliczu trupiej, doskonale zakonserwowanej młodości wampira, tak trudno będzie znieść przemijanie własnej, pogodzić się z ułomnościami wieku, starością, śmiercią?
Sauriel, choć martwy, wciąż jednak pozostawał mężczyzną, a mężczyźni z natury byli istotami o słabszej konstrukcji psychicznej od kobiet – nawet tacy, którzy potrafili sprawić, aby świat drżał przed nimi w posadach. Jak inaczej wyjaśnić, że wciąż nie przemienił swojej ukochanej, aby razem z nim władała nocą? Zapewne powstrzymywały go skrupuły – irracjonalne wyrzuty sumienia, które nie prowokowały w wili współczucia, a jedynie chęć wymownego przewrócenia oczami, bo w postępowaniu wspólnika nie widziała szlachetności, a jedynie egoizm, głupotę i słabość. Czym było brzemię nieśmiertelności w perspektywie wieczności u boku kogoś, kogo kochasz? Lorraine gotowa była obiecać Maeve wieczność, choć nie sądziła, że ma tyle czasu do dyspozycji w swoim kalendarzu. Nie wątpiła w kompetencje Victorii, w to, że jako auror potrafiła o siebie zadbać, ale wciąż było to ryzykowne zajęcie. Będąc na miejscu Sauriela, wolałaby skazać siebie na wieczne potępienie, i ją przemienić, niż patrzeć, jak wpada w objęcia śmierci. Wyglądałaby dobrze z ustami poplamionymi krwią, oceniła chłodno Lorraine. Czym różniłoby się to od zwykłego powleczenia warg czerwoną szminką?
"Mieli mniej szczęścia, o ile w ogóle można mówić o szczęściu w przypadku tamtej kobiety. Tak jakby… wyssano z nich życie. Wyssano z nich czas?"
– Może to nie jest kwestia szczęścia – odrzekła po chwili namysłu Lorraine. – Może to kwestia przeznaczenia. – Skupiła wzrok na Victorii. – Niektórym dane jest żyć długo, nigdy nie narzekając na niedostatek czasu. Niektórym czas przecieka przez palce tak samo jak życie. Niektórym przyznano przywilej, jakim jest starzenie się, a niektórym pisana jest szybka śmierć. – Zimne spojrzenie jasnych oczu Lorraine – oczu legilimentki – wydawało się przewiercać Victorię na wskroś. – Każdy z nas ma tylko tyle czasu, ile przeznaczyli mu bogowie. – Hardość religijnego dogmatyzmu przebrzmiała w jej miękkim, nasyconym słodyczą głosie, pewnym nawet wtedy, gdy taktycznie wycofywała się w głąb kostnicy. – Może ci nieszczęśnicy nie mieli go wystarczająco, aby nasycić apetyt bestii. Może od początku nie mieli go zbyt wiele. Może za rok albo dwa ta kobieta zginęłaby w wypadku komunikacyjnym, leżący obok niej mężczyzna zszedłby na zawał w przyszłym tygodniu, a tamten – skoczyłby z London Bridge. Może tej dziewczynie, o której mówiłaś – tej, która zmieniła się w staruszkę – pisane było z kolei przeżyć wszystkich tych ludzi, z nami włącznie, może miała w sobie tyle życia, że te straszydła z Kniei zdążyły się nasycić i zostawiły ją w spokoju... – Nikły uśmiech zadrgał na wargach Lorraine, ta jednak z powrotem skupiła się na poruszającym całunie, odrywając wzrok od twarzy Victorii. – ...A może, gdy pracujesz w zakładzie pogrzebowym, w pewnym momencie po prostu wszędzie zaczynasz widzieć śmierć. Tak w zakładzie pogrzebowym jak i w biurze aurorów. Nie słuchaj mnie.
Śmierć, jakkolwiek beznadziejnie ostateczna, nosiła mimo wszystko znamiona spokoju, życie było natomiast nieprzewidywalne w swym pędzie: może dlatego widok umarłych wstających ze swych mar budził w żywych taki dysonans poznawczy. Jeszcze raz, nieco nerwowo, spróbowała rzucić zaklęcie ochronne na leżące za nią ciało kobiety, gotowe do zaprezentowania rodzinie, zawahała się jednak, słysząc głos Victorii, która zadała jej pytanie.
rozproszenie (I)
Rzut O 1d100 - 92
Sukces!
Sukces!
Odetchnęła z ulgą, gdy zaklęcie wyszło. Przestała się cofać, a zamiast tego nieśmiało zbliżyła się do aurorki.
– Zmarli się ruszają. Zmarli mówią. Zmarli demolują prosektoria wykrzykując bezeceństwa – odpowiedziała kompletnie poważnie na pytanie Victorii, utkwiwszy jednak wzrok w całunie. – Na szczęście zwłoki tamtego mężczyzny miały grubo ponad trzy miesiące, więc procesy rozkładu były dosyć zaawansowane, i... Zanim zdążył sforsować drzwi, odpadła mu noga.