To nie tak, że zamierzała iść przed siebie jak taran. Po prostu rozważała różne opcje, akurat ta wydawała się jej być słuszna, dlatego chciała nieco bardziej zainteresować się tematem. To mogło im się przydać, powinien to wiedzieć. Ona także chciała mieć swój wkład w to, aby zapewnić im bezpieczeństwo. To była metoda po którą mogła sięgnąć, znajdowała się na wyciągnięcie ręki. Nie widziała w tym nic złego. Czasy były wątpliwe, za to jej wybory powinny być bardziej stanowcze. Docierało to do niej od jakiegoś czasu. Nie widziała w tym nic złego. Ona również powinna się angażować w to wszystko, w sposób w jaki potrafiła. Może jeszcze nie miała tej wiedzy, ale nic nie stawało na przeszkodzie, aby uzupełniła swoje braki. Znała wielu różnych łowców, jednym ufała mniej, innym bardziej, na pewno znalazłby się ktoś, kto zechciałby jej poświęcić nieco czasu i nauczyć tego, czego potrzebowała, nie miała ku temu najdrobniejszych wątpliwości. Szczególnie, że była jedyną córką przewodniczącego klubu myśliwskiego. Zresztą poszłaby po prostu do ojca, ten na pewno nakierowałby ją do odpowiedniej osoby, najbardziej zaufanej, to było chyba najlepsze wyjście. Nie miała problemu z tym, aby korzystać z jego znajomości, gdy przychodziło o sytuacje związane z jej ewentualną przyszłością. Przeciwnie, wtedy bardzo chętnie korzystała ze swoich koneksji. Wiedziała, że nie jest jedyną osobą, która postępuje w ten sposób, w ich świecie takie znajomości były bezcenne. - Mhm. - Mruknęła jedynie w odpowiedzi, bo nie chciała teraz dyskutować o tym, w jakim kierunku powinna zmierzać. Wiedziała swoje, i widziała wiele, co tylko przemawiało za tym, żeby faktycznie się na to zdecydować.
Nie miałaby problemu z tym, aby odebrać życie. Przynajmniej tak się jej wydawało, nie jeśli miało to być zrobione w jakiejś słusznej sprawie, wiadomo, że to był dość kontrowersyjny temat, bo każdy miał zawsze swoją rację, zależy która strona by na to spoglądała, chociaż czy właściwie chodziło o strony? Nie do końca. Nie zawahałaby się zaatakować jednej, czy drugiej, gdyby chodziło o ochronę jej najbliższych, gdyby chodziło o bezpieczeństwo Roisa. Było to trochę przerażające, ale nie tak bardzo jak sama wizja jej życia bez niego.
Skrzywiła się nieco, kiedy zaczął wymieniać te wszystkie synonimy. Nie miała właściwie jak z nimi dyskutować. - Nie spodziewałam się, że jesteś w stanie rzucać takimi epitetami z rękawa. - Tak, zdecydowanie nie spodziewała się tego po nim. Zdecydowanie chciał jej dokopać. Mimo wszystko nadal uważała odwagę za słowo, które najlepiej opisywało to, co się w niej kryło. Nie zaakceptowała nic z tego, co jej podrzucił.
- SŁUCHAM? - Już miała sobie oprzeć ręce na biodrach i posłać mu piorunujące spojrzenie, takie które potrafiło zabijać, tyle, że nie zdążyła tego zrobić. Oberwała śniegiem. No tego to się nie spodziewała.
Jedyne na co było ją w tej chwili stać, to było głośne prychnięcie. Pięknie ją tutaj opisywał, nie ma co. - Może i jestem największą łajzą i szelmą, ale twoją, musisz jakoś z tym żyć. - Zmarszczyła nos i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Miała sporo szczęścia, że trafiła akurat na niego. Tak, to było niezaprzeczalne. Nie wierzyła w to, że na świecie istniał ktoś inny, kto byłby w stanie zaakceptować te jej wszystkie wady. Zdawała sobie sprawę, że wcale nie było łatwo z nią żyć. Zdecydowanie wręcz przeciwnie, ale miała jego, który radził sobie z tym wyzwaniem.
Wiedziała, że tylko się z nią przedrzeźnia, chociaż nieco w tym wszystkim było prawdy, na szczęście niezbyt bolesnej, bo miała świadomość o tym, że faktycznie taka była. Rozmowa jednak przeszła na lżejszy tor, co jej odpowiadało. Ostatnio sporo czasu spędzali na rozmowach o trwającej sytuacji, dobrze było czasem, chociaż na chwilę wrócić do normalności, jakby nic złego nie działo się wokół.
Zdawała sobie sprawę, że musieli być czujniejsi, dbać o detale, aczkolwiek to wcale nie była droga, którą podążałaby, gdyby nie miała go u swojego boku. Wiedziała o tym. Nie miała w zwyczaju zaszywać się z dala od problemu i udawać, że on nie istnieje, on zresztą też. Próbowali przeczekać ten początek wojny, jakoś odnaleźć się w tym wszystkim, ale nie będzie to trwało wiecznie. Nie mogli zamieszkać tutaj na zawsze, być może to miejsce było malownicze, miało swój urok, jednak to nie do końca było to, co mogłoby ją utrzymać na stałe w jednym miejscu. Prędzej, czy później zacznie jej brakować tego, co kiedyś miała. Nie zdawała sobie sprawy jak długo będą tutaj pomieszkiwać, ale miała świadomość, że było to tylko chwilowe. Kiedyś porzucą tą kryjówkę i wrócą na stare śmieci. Może już niedługo się nieco uspokoi. Póki co nie brakowało jej jeszcze zgiełku Londynu, ale była to tylko kwestia czasu. Nie była osobą, która zbyt długo potrafiła trzymać się na uboczu, nie była do tego stworzona, zresztą Roise też nie. Na szczęście to było tylko tymczasowe, aż w końcu sobie wszystko ułożą.
Po raz kolejny ją zaskoczył. Mógł dostrzec błysk w jej oczach, który miał zwiastować jakąś na pewno bardzo elokwentną wypowiedź, którą zamierzała skierować ku niemu, tyle, że nie zdążyła. Efektywnie zamknął jej usta pocałunkiem. Tak, nie było chyba na nią lepszej metody, ta zawsze działała. Stuprocentowa skuteczność. Ambroise bardzo dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Przyjemne ciepło rozeszło się po jej ciele, kiedy zbliżył swoje usta do jej. Raptownie przestała odczuwać ten nadmorski chłód. Jak mógłby ją wypełniać, gdy jej serce dosłownie się topiło? Uczucia, które żywiła do mężczyzny stojącego przed nią wydawały się być z każdym dniem jeszcze bardziej silne, nie miała pojęcia, jak to robił, ale nie mogła zaprzeczyć, że faktycznie to działało.
- Póki co, chyba nie mam żadnych pytań, pewnie pojawią się w trakcie. - Rzuciła jeszcze cicho, kiedy w końcu się od niego odsunęła. Mogli przejść do rzeczy, zająć się tym, co musiało zostać dokończone.
Nigdy specjalnie nie interesowała jej teoria. Nie miała cierpliwości do czytania zagmatwanych opisów. Wolała uczuć się poprzez praktykę. To przychodziło jej prościej. Dlatego nie zamierzała teraz zadawać pytań, jeśli coś ją zastanowi to na pewno poruszy ten temat. Wolała jednak skupić się na działaniu - jak zawsze. Tak było prościej, nie musiała zresztą rozumieć wszystkiego, co działo się wokół niej, grunt, że miało przynieść jakiś efekt. Tak, to liczyło się najbardziej.
- Czasami, tak, na pewno. To nie jest jeden z tych momentów, nieprawdaż? - Nie musiała o to pytać, była przekonana, że właśnie tak jest. Nie wyglądał, jakby było mu przykro, wcale.
Postanowił sobie, że to dokończy i nie było innej możliwości, chociażby ręce miały mu skostnieć, a twarz stać się lodowata niczym kostka lodu. Nie chciał porzucić tego zajęcia, póki nie będzie miał pewności, że zajął się wszystkim. Czasem trochę mu zazdrościła tego, że doprowadzał wszystko do końca. Jeśli coś sobie założył, to nie było szansy, aby z tym dyskutować. No, czasem udawało jej się go jakoś przekonać do zmiany zdania, ale nie zdarzało się to zbyt często.
Przeziębienie nie było dla niego wymówką. Szczególnie, że potrafił się leczyć i zdawała sobie sprawę, że mieli w domu naprawdę spory zapas eliksirów, które mogły szybko postawić go na nogi. Większość osób mogła im pozazdrościć tych zasobów, na pewno niewielu czarodziejów miało, aż takie duże zaplecze. Nie dało się ukryć, że wynikało to z tego, czym się zajmowali. To na pewno ułatwiało sporo spraw.
Nie było więc sensu ciągnąć tego tematu, nie przemówi mu do rozumu, zresztą co mogło się stać? Najwyżej na własne życzenie zostanie tutaj uziemiony na kilka dni. To też była jakaś opcja. Na pewno nie zostawi go na pastwę losu, nawet jeśli nie życzył sobie jej pomocy to znajdowała się obok, zawsze gotowa go wesprzeć. Nie do końca jej się podobało to, że czasem bywał bardzo uparty i nie pozwalał sobie pomóc, ale do tego też musiała przywyknąć. To była loteria, przynajmniej częściowo, ale wiedziała, czego powinna się spodziewać. To nie byłaby jego pierwsza choroba w tym miejscu.
- Możesz o mnie powiedzieć naprawdę wiele, ale nie to, że jestem skromna. - Westchnęła jeszcze cicho. Po prostu wiedziała, że w tym co aktualnie robił za bardzo mogła mu się nie przydać. Nie znała się na tych wszystkich rytuałach i zaklęciach. W innych przypadkach, w dziedzinach w których się znała chętnie wspominała o swoim doświadczeniu. Nie miała z tym najmniejszego kłopotu, była świadoma swoich zalet, ale również i wad. Cóż, nie była skromną osobą, po prostu w tym przypadku wiedziała, gdzie dokładnie jest jej miejsce w szeregu, była raczej tylko i wyłącznie wsparciem, tłem, on grał pierwsze skrzypce podczas tworzenia tych zabezpieczeń, nie zamierzała mu tego odmawiać.
Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, nie odrywała wzroku nawet na chwilę, ciekawa tego, co robi. Nie przeszkadzała mu jednak, czekała w milczeniu. Nie miała pojęcia, czy uda im się osiągnąć założony cel (tak naprawdę nie wiedziała, jak powinny wyglądać efekty), ale stała w miejscu, żeby przypadkiem nie zrujnować tego wszystkiego, co tutaj tworzył.
Może i była narwana, ale czasami potrafiła panować nad swoim zachowaniem, to był jeden z takich momentów. Kaptur zsunął jej się z głowy i delikatny wiatr ponownie zaczął plątać jej włosy.
Nie do końca rozumiała, co Roise mamrocze pod nosem. Nie słyszała go zbyt dokładnie, ale wiedziała, że wie co robi, tak, przygotował się do tego wszystkiego, o czym świadczyć mogła też kartka, którą trzymał w dłoniach.
Pozostawało czekać na to, co się wydarzy. Yaxleyówna uważnie obserwowała otoczenie, aby niczego nie przegapić. W końcu skończył swoją inkantację, a nad nimi mrygnęło jasnoniebieskie światło, które po chwili zgasło, albo jej się wydawało, albo widziała kopułę nad okręgiem, który wysypała z soli. Zmrużyła oczy, wpatrywała się dłuższą chwilę, aż przeniosła wzrok na swojego ukochanego.
- Albo mi się wydaje, albo to działa? - W sumie wcale nie była tego taka pewna, stąd to zawahanie w jej głosie. Musiała zaczekać na opinię eksperta.