04.11.2024, 22:49 ✶
Charlie nie spodziewał się Baldwina tak blisko. Wiedział, że Malfoy jest tuż za nim, jednak fakt, iż poszanowanie osobistej sfery intymnej było konceptem tak obcym w mieszkaniu nad teatrem, musiał wcześniej mu umknąć. Wahał się, nie wiedząc, co robić. Odwracać się, kręcąc kółka jak zabawkowy bąk? Odsuwać, wpadając na obraz? Dróg ucieczki nie było wiele. Czuł jego oddech na swojej skórze, następnie delikatny dotyk na policzkach. Czuł jego wargi na swoich.
Odsunął się odruchowo. Dłoń oparł za sobą, brudząc farbą nie tylko palce, ale też rękaw swojej marynarki.
- Przestań! - Zaprotestował, lecz czy dość silnie? Uniósł dłoń do ust. Wahał się o parę sekund za długo, zdradzając, że być może zgadza się z matką Baldwina. Był degeneratem, który żył w zapluskwionej norze pośród własnego brudu. Charlie zapragnął uciekać. Ten wstręt mógł odmalować się na jego twarzy, lecz szybko ustąpił miejsca czemuś jeszcze. Litości. - Jesteś... zagubiony. - Potwierdził powoli, równie powoli opuścił dłoń, dotąd zakrywającą usta, jakby jego niewinność miała zostać pokalana po raz kolejny.
Pół kroku wystarczyło, by Charles znalazł drogę ucieczki. Prześliznął się między ciałem Malfoya a płótnem, nie oceniając nawet z początku strat w ubiorze. Tym zajmie się później. Baldwin nie był poczytalny i stopa za stopą, Mulciber cofał się, byle dalej od ostrych słów kuzyna.
- Ten świat... nie musi być tylko twój. - Wyjaśnił enigmatycznie, lecz w głowie sprawdzał, czy na pewno wszystko ze sobą ma i niczego nie zostawi w mieszkanku nad teatrem. Nie miał różdżki, niczego nie zdejmował. Mógł uciekać.
Nim jednak udał się do drzwi, pisk ranionego zwierzęcia okazał się ważniejszy niż uratowanie własnej poczytalności. Tak, jak odsuwał się od Baldwina, tak teraz znów się do niego zbliżył, by otoczyć palcami czarną kuleczkę w dłoniach mężczyzny, zamykając ją w klatce z ich rąk.
- Zaniosę go do sklepu ze zwierzętami na Pokątnej, pomogą mu. - Zaproponował od razu, chcąc przejąć kota. - Ty i ja, różnimy się od tego kota. My mamy moc sprawczą. Nas... nas szczur nie taszczy za kark. - Odezwał się ostro. To, co robiła Rosalinda, zupełnie mu nie pasowało. - Czujesz się zwiniętym, zziębniętym kocięciem, Baldwin? Daj mi go, musimy mu pomóc!
Odsunął się odruchowo. Dłoń oparł za sobą, brudząc farbą nie tylko palce, ale też rękaw swojej marynarki.
- Przestań! - Zaprotestował, lecz czy dość silnie? Uniósł dłoń do ust. Wahał się o parę sekund za długo, zdradzając, że być może zgadza się z matką Baldwina. Był degeneratem, który żył w zapluskwionej norze pośród własnego brudu. Charlie zapragnął uciekać. Ten wstręt mógł odmalować się na jego twarzy, lecz szybko ustąpił miejsca czemuś jeszcze. Litości. - Jesteś... zagubiony. - Potwierdził powoli, równie powoli opuścił dłoń, dotąd zakrywającą usta, jakby jego niewinność miała zostać pokalana po raz kolejny.
Pół kroku wystarczyło, by Charles znalazł drogę ucieczki. Prześliznął się między ciałem Malfoya a płótnem, nie oceniając nawet z początku strat w ubiorze. Tym zajmie się później. Baldwin nie był poczytalny i stopa za stopą, Mulciber cofał się, byle dalej od ostrych słów kuzyna.
- Ten świat... nie musi być tylko twój. - Wyjaśnił enigmatycznie, lecz w głowie sprawdzał, czy na pewno wszystko ze sobą ma i niczego nie zostawi w mieszkanku nad teatrem. Nie miał różdżki, niczego nie zdejmował. Mógł uciekać.
Nim jednak udał się do drzwi, pisk ranionego zwierzęcia okazał się ważniejszy niż uratowanie własnej poczytalności. Tak, jak odsuwał się od Baldwina, tak teraz znów się do niego zbliżył, by otoczyć palcami czarną kuleczkę w dłoniach mężczyzny, zamykając ją w klatce z ich rąk.
- Zaniosę go do sklepu ze zwierzętami na Pokątnej, pomogą mu. - Zaproponował od razu, chcąc przejąć kota. - Ty i ja, różnimy się od tego kota. My mamy moc sprawczą. Nas... nas szczur nie taszczy za kark. - Odezwał się ostro. To, co robiła Rosalinda, zupełnie mu nie pasowało. - Czujesz się zwiniętym, zziębniętym kocięciem, Baldwin? Daj mi go, musimy mu pomóc!