05.11.2024, 00:20 ✶
Stał na środku salonu, tuż obok dwójki osób, za których bezpieczeństwo bez wątpienia oddałby swoje życie i... nic nie mówił. Bo znowu nie wiedział, co powiedzieć. Niezręczność. To wszystko było takie niezręczne. Mówienie do innych, nawiązywanie z nimi kontaktu, mówienie im o tym, jak się czuł, co siedziało mu w głowie. Ludzie tego oczekiwali, chcieli wiedzieć o nim pewne rzeczy, rozumieć, a przynajmniej budować jakieś pojęcie o tym, w jaki sposób myślał, przeżywał, funkcjonował. On zaś był teraz sztywny. Miał wrażenie, że to już jakiś wzór spotkań z blondynem - to, że od razu drętwiał, napinał się, a później z czasem powoli rozluźniał wszystkie mięśnie i duszę pod naciskiem bladych, kościstych palców. Ale wciąż - na początku było niezręcznie.
To było wręcz zadziwiające, jak wiele mogło łączyć cię z innym człowiekiem, tak czy siak pozostawiając go gdzieś daleko poza swoją codziennością. Nie rozumieli się nawzajem, mało o sobie wiedzieli. Nie był aż tak głupi, aby nie zauważyć tego, jak Laurent uczy się jego nawyków i reakcji i próbuje działać wokół nich, ale... był na tyle głupi, aby reagować na to dokładnie tak, jak spodziewano by się tego po skończonym bucu. Tylko i wyłącznie dlatego, że tak było łatwiej. Odetchnął głęboko, próbując odciągnąć kosmate myśli od tego, jak Laurent wyglądał i jak się zachowywał i... tego, co w ogóle zastał tam w New Forest. Było mu cholernie wstyd głębokiej, żrącej zazdrości, przez którą miał ochotę zakończyć tę opowieść o wiele gorzej, niż ostatecznie napisała ją wymuszona łagodność. Wampirów nawet nie trzeba było zabijać - wystarczyło unieruchomić je i dać im spłonąć w blasku słońca, którego moc celebrowali tydzień temu.
- To nie mnie pogryzły zwłoki - przypomniał mu, siląc się na normalny, niewzruszony niczym ton, ale w jego słowach czuć było od razu jak długo i mocno zaciskał zęby. Dehumanizacja Astarotha była celowa. Zwłoki. Nic więcej. Pogryzły go zwłoki, paskudne zwłoki, z którymi...
Chyba siedział w wannie i...
Przygryzł wargę, zduszając w sobie stęknięcie. Rozstrajał się. Spojrzał na przyjaciółkę, która zmarszczyła brwi w wyraźnym geście dezaprobaty, po którym zreflektował, cofnął się do wejścia i ściągnął buty.
- Transmutuję wam łóżko, ale Crow... - Pokręciła głową i pokiwała palcem. - Znowu pakujesz się w jakieś kłopoty. Widzę to przecież, od razu spuszczasz głowę jak zbity pies. - I gdyby śledzić go wzrokiem to faktycznie - z każdym kolejnym słowem z jej ust opuszczał głowę i przysłaniał się włosami coraz bardziej, jak ktoś przyłapany na gorącym uczynku. Nie podniósł jej nawet kiedy Cora zniknęła za drzwiami jednego z pomieszczeń ani kiedy szukał w szafce obok okna jakiejś butelki. Nie trzeba było być geniuszem, żeby wyłapać, jak głęboko musiał być uzależniony od używek, skoro żeby przestać się garbić, musiał pociągnąć z niej dwa łyki, a sądząc po zapachu, poczęstował się nalewką na spirytusie. Od końca lipca nie było dnia, w którym zachował trzeźwość. Dał sobie jeszcze chwilę - wsparty o blat kuchennego kredensu podrapał się po brwi, spróbował uspokoić oddech. Słowa nadal nie były po jego stronie. Milcząc, przeszedł się po pomieszczeniu jeszcze raz, tym razem otworzył szafę, z której wyciągnął gruby koc. Jeden z tych wyciąganych na chłodne, zimowe noce, żeby przykryć się podczas leżenia na kanapie. Laurent był goły i drżały mu ręce - przykrycie go wydawało się więc naturalną koleją rzeczy. Zwłaszcza że te stare, londyńskie kamienice zionęły zimnem.
Nie zadał mu żadnego pytania o to, co się stało. Nie miał odwagi. Zresztą... na tak wiele odpowiedział sobie sam. Kiedy opatulił go szczelnie i odsunął się, zahaczył o stół jednym z noży. Noży, których nie użył. Bo przecież jedną z odpowiedzi na niezadane pytania było to, że wampir był tam mile widziany i jakaż to by pewnie była wielka szkoda, gdyby coś mu się stało... Szkoda dla Laurenta. Dla Crowa miła niespodzianka.
To było wręcz zadziwiające, jak wiele mogło łączyć cię z innym człowiekiem, tak czy siak pozostawiając go gdzieś daleko poza swoją codziennością. Nie rozumieli się nawzajem, mało o sobie wiedzieli. Nie był aż tak głupi, aby nie zauważyć tego, jak Laurent uczy się jego nawyków i reakcji i próbuje działać wokół nich, ale... był na tyle głupi, aby reagować na to dokładnie tak, jak spodziewano by się tego po skończonym bucu. Tylko i wyłącznie dlatego, że tak było łatwiej. Odetchnął głęboko, próbując odciągnąć kosmate myśli od tego, jak Laurent wyglądał i jak się zachowywał i... tego, co w ogóle zastał tam w New Forest. Było mu cholernie wstyd głębokiej, żrącej zazdrości, przez którą miał ochotę zakończyć tę opowieść o wiele gorzej, niż ostatecznie napisała ją wymuszona łagodność. Wampirów nawet nie trzeba było zabijać - wystarczyło unieruchomić je i dać im spłonąć w blasku słońca, którego moc celebrowali tydzień temu.
- To nie mnie pogryzły zwłoki - przypomniał mu, siląc się na normalny, niewzruszony niczym ton, ale w jego słowach czuć było od razu jak długo i mocno zaciskał zęby. Dehumanizacja Astarotha była celowa. Zwłoki. Nic więcej. Pogryzły go zwłoki, paskudne zwłoki, z którymi...
Chyba siedział w wannie i...
Przygryzł wargę, zduszając w sobie stęknięcie. Rozstrajał się. Spojrzał na przyjaciółkę, która zmarszczyła brwi w wyraźnym geście dezaprobaty, po którym zreflektował, cofnął się do wejścia i ściągnął buty.
- Transmutuję wam łóżko, ale Crow... - Pokręciła głową i pokiwała palcem. - Znowu pakujesz się w jakieś kłopoty. Widzę to przecież, od razu spuszczasz głowę jak zbity pies. - I gdyby śledzić go wzrokiem to faktycznie - z każdym kolejnym słowem z jej ust opuszczał głowę i przysłaniał się włosami coraz bardziej, jak ktoś przyłapany na gorącym uczynku. Nie podniósł jej nawet kiedy Cora zniknęła za drzwiami jednego z pomieszczeń ani kiedy szukał w szafce obok okna jakiejś butelki. Nie trzeba było być geniuszem, żeby wyłapać, jak głęboko musiał być uzależniony od używek, skoro żeby przestać się garbić, musiał pociągnąć z niej dwa łyki, a sądząc po zapachu, poczęstował się nalewką na spirytusie. Od końca lipca nie było dnia, w którym zachował trzeźwość. Dał sobie jeszcze chwilę - wsparty o blat kuchennego kredensu podrapał się po brwi, spróbował uspokoić oddech. Słowa nadal nie były po jego stronie. Milcząc, przeszedł się po pomieszczeniu jeszcze raz, tym razem otworzył szafę, z której wyciągnął gruby koc. Jeden z tych wyciąganych na chłodne, zimowe noce, żeby przykryć się podczas leżenia na kanapie. Laurent był goły i drżały mu ręce - przykrycie go wydawało się więc naturalną koleją rzeczy. Zwłaszcza że te stare, londyńskie kamienice zionęły zimnem.
Nie zadał mu żadnego pytania o to, co się stało. Nie miał odwagi. Zresztą... na tak wiele odpowiedział sobie sam. Kiedy opatulił go szczelnie i odsunął się, zahaczył o stół jednym z noży. Noży, których nie użył. Bo przecież jedną z odpowiedzi na niezadane pytania było to, że wampir był tam mile widziany i jakaż to by pewnie była wielka szkoda, gdyby coś mu się stało... Szkoda dla Laurenta. Dla Crowa miła niespodzianka.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.