Coś mogło mu się stać. Coś mogło... JEMU się stać. A to jemu znaczy... komu?
W jego mózgu, który teraz był nad wyraz mały, skupiony na podtrzymywaniu własnego życia, wizja, w której Flynn robi prawdziwy użytek z noszonych przy sobie noży nie miała miejsca, więc i prawa bytu. Wyparcie, tak to ładnie nazywają, ale możemy to też nazwać zmęczeniem, bo w końcu "zmęczenie" było rewelacyjnym słowem na opis stanu doczesnego. Półmroku nocy, szelestu firanek poruszanych przez letni wiaterek, skrzypienia paneli pod nogami Cory. Albo to skrzypiała noc, żeby w niej zatapiać swoje opowieści. Opowiadane między topolami i drzewami, prowadzone prosto do jeziora, nad którym przecież już tyle ślicznych pocałunków zostało sprzedanych. Człowiek może zapomnieć - czy zapomnieć mogą drzewa? Zapomnieć mógł na pewno blondyn o rzeczach oczywistych i faktach, które chciały pogryźć siebie wzajem. Ta historia brzmiała dokładnie tak - jak letni wiatr, jak szelest topoli, jak szmer jeziora. Był jej bohaterem, ale z punktu tego krzesła wydawał się jej jedynie biernym obserwatorem.
Nie Flynna pogryzły zwłoki - a mogły. Tak samo jak Astaroth mógł tam stracić więcej niż zaufanie. Ha... tylko kto do kogo powinien zaufanie tutaj tracić? Ta historia była gorsza, niż się wydawała. O wiele gorsza, brzydsza. Granice między oprawcą i ofiarą doprawdy potrafiły pięknie się zacierać. Wystarczy, że wyglądasz jak aniołek i jak wiele grzechów potrafi świat ci wybaczyć..! Dodaj do tego niewinne spojrzenie, trzepnięcie tych ciężkich rzęs, uśmiech. Tak, to były zwłoki. Wampir, który bardzo chciał żyć jak człowiek. I który teraz będzie żył z ogromnymi wyrzutami, a mógł żyć z jeszcze większymi. Gdyby nie ten pierścionek, który Laurent właśnie przytrzymywał kurczowo kciukiem, jakby bał się, że może spaść z jego słabej dłoni.
- Nie ma... nie ma potrzeby. Nie chcę sprawiać kłopotu. Możesz mnie odstawić do domu. - Nie chciał tu nawet zostawać. Czy chciał wracać do domu? Chyba nie. Więc czego chciał? Ha... Znowu pakuje się w kłopoty... Laurent powinien być na to bardziej aktywny, ale nie było tu żadnej śpiewki w odpowiedzi. Żadnej próby bronienia siebie, czy Fleamonta, tak jakby było przed czym, lecz w końcu - winny się broni. Kiedy było się Laurentem Prewettem poczucie winy było wpisane w twoją codzienność jak angielska herbata.
Złapał niepewnymi palcami koc i naciągnął go na siebie. Miał tyle pytań - a żadnego nie zadał. Większość z nich wcale nie zniknie i nie rozpłynie się w senności, która go coraz mocniej przygniatała. Za to wszystkie się rozbryznęły, kiedy stal uderzyła o stół. Laurent aż poskoczył, spoglądając na to ostrze. Nic nie układało się w jego głowie. Żaden logiczny ciąg wydarzeń, którego powinien szukać, żadna wątpliwość o Yaxleya, żadna refleksja, że to, jak Flynn się zachował, było irracjonalne. Może Astaroth nie opróżnił całego alkoholu z jego krwi, a może to przez utratę tego cennego płynu. Za to Flynn dopiero w siebie alkohol wlewał, a on miał mu ochotę powiedzieć, żeby tego nie robił.
- Możesz mnie odstawić do domu. Nie martw się. Nic mi nie będzie. - Mówił wolno, ciągle tak samo słabo, ale przynajmniej po eliksirze bardziej... stabilnie. - Po prostu pójdę spać, a jak wstanę to nic mi nie będzie. A ty wrócisz do niego. I też ci nic nie będzie. Pewnie się upijesz. Albo to tylko przy mnie? Zawsze. - Tak, zdecydowanie eliksir musiał pomóc, skoro znowu mógł gadać (niekoniecznie rzeczy mądre).