05.11.2024, 01:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.11.2024, 01:54 przez Scylla Greyback.)
Scylla przez chwilę patrzyła na Peregrinusa, ledwie uchwytna na granicy rzeczywistości. Wciąż w myślach błądziła wśród mgieł przepowiedni, a głos Trelawneya przyciągał ją tylko na chwilę z powrotem. Skinęła delikatnie głową, słysząc jego słowa o Charlesie i zarumieniła się nieco, niepewna, jak odpowiedzieć na pytanie o tym, co sądzi o chłopcu. Przytaknęła wpierw bez słów, bardziej skupiona na miękkim, niemalże ojcowskim tonie Peregrinusa, niż na rzeczywistym znaczeniu jego słów. Charles… czy go lubiła? Zrobił na niej dobre wrażenie, ale sęk w tym, że Scylla zawsze miała odwieczny problem ze zmaterializowaniem emocji w coś, co można było nazwać. Krystalizowały się ślamazarnie, jak krew z nosa, po której tylko boli cię głowa, a na dodatek zostawia dookoła rozbryzganą babraninę.
Kiedy nie umiała jeszcze nazywać kiełkujących uczuć, pozostawały jej już tylko przeczucia. A wobec Mulcibera miała same dobre.
- Jest w nim coś... znajomego - nie wiedziała, jak ubrać w słowa wrażenie, jakie w niej wywołał, ale podczas rozmowy z chłopakiem nie miała ani razu wrażenia, że rozmawia z kimś obcym. Zupełnie jakby o kimś jej przypominał, może nawet o niej samej. - Jest bardzo miły. I nie wziął mnie za zmorę do przegnania, gdy zamiast powitania złożyłam mu kondolencje. - Przyznała się do wyszeptania przepowiedni wbrew własnej woli, a potem, podejrzewając - bezpodstawnie - nadchodzący nagle zawód Peregrinusa, zaczęła śpieszyć z wyjaśnieniami. - Przysięgam ci, Peregrinusie, serce mi opadło aż do żołądka, kiedy dotarło do mnie, że straciłam panowanie nad językiem. Naprawdę nie chciałam i jest mi wstyd tak samo dziś, jak i wtedy. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale to nie pierwszy raz i ja już jestem definitywnie zmęczona tymi opętaniami - westchnęła teatralnie, prawdopodobnie z powodu przebywania zbyt dużo w pobliżu Lyssy i nieświadomie przejmując jej mały nawyk. Scylla wyglądała na skruszoną, ale też w tych zaskakująco zakotwiczonych w zasmucającej ją rzeczywistości oczach, tliła się jakaś iskierka nadziei.
- Wiem, że nie muszę nigdzie iść - odparła, ale obydwoje też wiedzieli, że tak czy tak pewnie poszłaby na ten obiad z grzeczności. - Ale tym razem chcę. Naprawdę. Nie mam zbyt wielu przyjaciół w moim wieku, więc Charlie chyba mi się trafił jak ślepej kurze ziarno... - mruknęła z nutą melancholii w głosie, ale nie wydawała się smutna. Bardziej pogodzona, choć ciężko było poznać z czym.
Kiedy wspomniał o Lyssie, jego niezgrabne próby wyjaśnienia przywołały na jej twarz lekki uśmiech. Oczami wyobraźni widziała ją na pogrzebie - fascynującą się smutkiem otoczenia, niczym wampir energetyczny czerpiącą energię z tego, co dla innych mogło być trudnym, bolesnym przeżyciem. Peregrinus dostrzegał w niej coś, co Scylla widziała w ludziach tylko jako zabawne, przelotne wspomnienie - tęsknotę za dramatami i emocjami, których nie była w stanie wyczuć, a które dla innych były nieodłącznym elementem życia.
Czemu chciała złapać ćmę? Bo miała dosyć czasu, który przemykał jej przez palce. Zamykania oczu na chwilę, która wydawała się ulotna i karygodnie krótka, tylko po to, by spojrzeć na świat przesunięty o krok stomilowy do przodu. Zawsze szukała znajomych obrazów, gdy wizje rozmywały się i wracała do krainy żywych, szukała uziemienia. Owady zamknięte za szkłem były zawieszone w wieczności, uwięzione w teraźniejszości. Nie zmieniały się, na zawsze zachowywały swoją formę.
- Zamierzam ją zabić - oznajmiła bezpardonowo, bez znamion żartu. - Ewentualnie poczekać, aż sama umrze. Nie egzystują zbyt długo, nawet wtedy, kiedy nie próbują desperacko posmakować ognia. Potem włożę ją między strony dziennika i poczekam aż zaschnie. - Mówiła to tak neutralnie, jak ktoś opowiadający kolejne kroki przygotowania swojego śniadania. Nie widziała nic złego w tym, co robiła tym owadom. Jeśli już, wyświadczała im przysługę, nie pozwalając im obrócić się w pył, z którego powstały. - Zamienię ją w eksponat. Mogę ci ją potem podarować - zaproponowała lekkim tonem, prawie jakby miało to zniwelować ciężar całego wyznania. Ciężar, którego na swoich barkach wcale nie czuła.
Wreszcie podjęła jego grę, próbując przewidzieć ruchy ćmy i złapać ją najpierw umysłem, a potem, jego śladem, uchwycić ją rękoma.
Trzeciookuję ćmę
Kiedy nie umiała jeszcze nazywać kiełkujących uczuć, pozostawały jej już tylko przeczucia. A wobec Mulcibera miała same dobre.
- Jest w nim coś... znajomego - nie wiedziała, jak ubrać w słowa wrażenie, jakie w niej wywołał, ale podczas rozmowy z chłopakiem nie miała ani razu wrażenia, że rozmawia z kimś obcym. Zupełnie jakby o kimś jej przypominał, może nawet o niej samej. - Jest bardzo miły. I nie wziął mnie za zmorę do przegnania, gdy zamiast powitania złożyłam mu kondolencje. - Przyznała się do wyszeptania przepowiedni wbrew własnej woli, a potem, podejrzewając - bezpodstawnie - nadchodzący nagle zawód Peregrinusa, zaczęła śpieszyć z wyjaśnieniami. - Przysięgam ci, Peregrinusie, serce mi opadło aż do żołądka, kiedy dotarło do mnie, że straciłam panowanie nad językiem. Naprawdę nie chciałam i jest mi wstyd tak samo dziś, jak i wtedy. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale to nie pierwszy raz i ja już jestem definitywnie zmęczona tymi opętaniami - westchnęła teatralnie, prawdopodobnie z powodu przebywania zbyt dużo w pobliżu Lyssy i nieświadomie przejmując jej mały nawyk. Scylla wyglądała na skruszoną, ale też w tych zaskakująco zakotwiczonych w zasmucającej ją rzeczywistości oczach, tliła się jakaś iskierka nadziei.
- Wiem, że nie muszę nigdzie iść - odparła, ale obydwoje też wiedzieli, że tak czy tak pewnie poszłaby na ten obiad z grzeczności. - Ale tym razem chcę. Naprawdę. Nie mam zbyt wielu przyjaciół w moim wieku, więc Charlie chyba mi się trafił jak ślepej kurze ziarno... - mruknęła z nutą melancholii w głosie, ale nie wydawała się smutna. Bardziej pogodzona, choć ciężko było poznać z czym.
Kiedy wspomniał o Lyssie, jego niezgrabne próby wyjaśnienia przywołały na jej twarz lekki uśmiech. Oczami wyobraźni widziała ją na pogrzebie - fascynującą się smutkiem otoczenia, niczym wampir energetyczny czerpiącą energię z tego, co dla innych mogło być trudnym, bolesnym przeżyciem. Peregrinus dostrzegał w niej coś, co Scylla widziała w ludziach tylko jako zabawne, przelotne wspomnienie - tęsknotę za dramatami i emocjami, których nie była w stanie wyczuć, a które dla innych były nieodłącznym elementem życia.
Czemu chciała złapać ćmę? Bo miała dosyć czasu, który przemykał jej przez palce. Zamykania oczu na chwilę, która wydawała się ulotna i karygodnie krótka, tylko po to, by spojrzeć na świat przesunięty o krok stomilowy do przodu. Zawsze szukała znajomych obrazów, gdy wizje rozmywały się i wracała do krainy żywych, szukała uziemienia. Owady zamknięte za szkłem były zawieszone w wieczności, uwięzione w teraźniejszości. Nie zmieniały się, na zawsze zachowywały swoją formę.
- Zamierzam ją zabić - oznajmiła bezpardonowo, bez znamion żartu. - Ewentualnie poczekać, aż sama umrze. Nie egzystują zbyt długo, nawet wtedy, kiedy nie próbują desperacko posmakować ognia. Potem włożę ją między strony dziennika i poczekam aż zaschnie. - Mówiła to tak neutralnie, jak ktoś opowiadający kolejne kroki przygotowania swojego śniadania. Nie widziała nic złego w tym, co robiła tym owadom. Jeśli już, wyświadczała im przysługę, nie pozwalając im obrócić się w pył, z którego powstały. - Zamienię ją w eksponat. Mogę ci ją potem podarować - zaproponowała lekkim tonem, prawie jakby miało to zniwelować ciężar całego wyznania. Ciężar, którego na swoich barkach wcale nie czuła.
Wreszcie podjęła jego grę, próbując przewidzieć ruchy ćmy i złapać ją najpierw umysłem, a potem, jego śladem, uchwycić ją rękoma.
Trzeciookuję ćmę
Rzut PO 1d100 - 35
Slaby sukces...
Slaby sukces...
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga